Karły krzyczą, gdy śpią herosi
Prawda o powstaniu w getcie warszawskim
"Prawie wszystkie napisane dotychczas – a przecież napisano wiele książek
i artykułów o powstaniu warszawskich Żydów – to albo perfidna fałszywka tych,
którzy szukają
własnej sławy w zapomnieniu innych, albo błąd wynikający z niedostatecznej
wiedzy i ufnego stosunku do pozostających przy życiu świadków, którzy wysmażyli
swoje
opowiadania i skrócone wersje, pomniejszające innych, i – rzecz jasna – upiększające
ich samych" – pisał Chaim Lazar-Litai w swojej książce "Masada w
Warszawie".
Również w Polsce propaganda peerelowska od samego początku fałszowała obraz
powstania. Żydowską Organizację Bojową (ŻOB) traktowała jako jedyną liczącą
się uczestniczkę
powstania, mimo że jej rzeczywisty udział w powstaniu był drugoplanowy. O jej
wyeksponowaniu przez pezetpeerowskich historyków zadecydowała komunistyczna,
prosowiecka orientacja.
Władze PRL konsekwentnie przemilczały udział w powstaniu ściśle współdziałającego
z Armią Krajową Żydowskiego Związku Wojskowego (ŻZW). Jako liczniejszy, lepiej
uzbrojony i wyszkolony przez polskich instruktorów ŻZW stawiał długotrwały
opór Niemcom (od 19 do 27 kwietnia 1943 r.). Dla porównania – słabo uzbrojeni
i nieprzygotowani
do walki bojowcy ŻOB byli w stanie bronić się efektywnie jedynie kilkanaście
godzin pierwszego dnia powstania.
Formalny upadek komunizmu nie przerwał zmowy milczenia wokół ŻZW. Do dzisiaj
nie brakuje zwolenników "historycznego uśmiercenia" prawdy o podstawowym
udziale żołnierzy tej formacji w powstaniu. Popyt na to gigantyczne kłamstwo
trwa, zmieniło się tylko jego podłoże. Wizja Polski "antysemitów",
forsowana przez filosemitów i żydowski ruch roszczeniowy, nie wytrzymuje porównania
z faktami polsko-żydowskiego braterstwa broni. Na tle piętrzących się kłamstw
i półprawd na temat powstania w getcie warszawskim warto zwrócić uwagę na dwie
żydowskie publikacje: "Prawda o powstaniu w getcie warszawskim" autorstwa
żydowskiego publicysty Aleksandra Swiszczewa, która ukazała się na łamach "Shalom
New York"[1], oraz "Zmienne oblicze pamięci. Kto obronił Getto Warszawskie?" Moshe
Arensa opublikowaną w "The Jerusalem Post"[2] 23 kwietnia 2003 r.
– w 60. rocznicę powstania.
Geneza ŻZW
W listopadzie 1939 r. u jednego z oficerów Związku Walki Zbrojnej, kapitana
Henryka Iwańskiego ps. "Bystry", pojawiło się czterech Żydów –
oficerów Wojska Polskiego – z porucznikiem Dawidem Mordechajem Apfelbaumem.
Zaproponowali Iwańskiemu utworzenie żydowskiej grupy bojowej, która stałaby
się częścią polskiego podziemia. Pod koniec grudnia grupa została powołana
do życia (liczyła 39 ludzi), złożyła przysięgę i otrzymała nazwę Żydowskiego
Związku Wojskowego. Po przysiędze kapitan Iwański wręczył członkom ŻZW 39
pistoletów vis. 30 stycznia 1940 r. informację o powstaniu ŻZW przesłano
do generała Sikorskiego. W latach 1940-1942 komórki ŻZW powstały w całej
Polsce; najsilniejsze ogniwa istniały w Lublinie, we Lwowie i w Stanisławowie.
Trzon organizacji tworzyli członkowie młodzieżowej organizacji "Betar" i
dwóch organizacji syjonistycznych.
Głównym celem działalności ŻZW w 1940 r. było przeprawienie przez granicę polsko-węgierską
swoich członków, szczególnie oficerów, do polskich dywizji formowanych we Francji
i Anglii.
Eksterminacja Żydów i słabość lewicy
Latem 1942 r. Niemcy przystąpili do planowego unicestwienia getta warszawskiego.
Tak zwana wielka akcja trwała od 22 lipca do 21 września. Z Warszawy wywieziono
do Treblinki i na Majdanek ponad 300 tysięcy warszawskich Żydów. W getcie
pozostało ok. 50 tysięcy (według oficjalnej statystyki niemieckiej – 35 tysięcy)
osób. Dopiero wówczas członkowie syjonistycznych partii lewicowo-socjalistycznych
zdecydowali się stworzyć swoją organizację (razem z Bundem i komunistami).
Do tego czasu nie prowadzili żadnej działalności podziemnej. "To my
byliśmy prawdziwą władzą w getcie. To my decydowaliśmy, jak mają żyć ludzie,
którzy pozostali w getcie. Nazywali nas 'partią’. Gdy partia coś kazała,
było to wykonywane" – wspomina Marek Edelman sowieckie porządki panujące
w komunistycznych strukturach[3].
W ŻOB w ciągu całej jej działalności nie było ani jednego oficera Wojska Polskiego.
Przygotowania i organizacja ŻZW
W tym czasie Żydowski Związek Wojskowy działał już dwa i pół roku. Przez cały
ten czas konspiratorzy otrzymywali od Armii Krajowej broń i uczyli się jej
używać. W tym celu z miasta regularnie przychodził do nich instruktor – kapitan
Wojska Polskiego. Ze wspomnień Henryka Iwańskiego, oficera Korpusu Bezpieczeństwa
AK odpowiedzialnego za łączność z organizacjami żydowskimi, dowiadujemy się,
że latem 1942 r. w ŻZW służyło 320 uzbrojonych żołnierzy. W czasie tzw. wielkiej
akcji ukrywali się w bunkrach. Dlatego zginęło spośród nich "tylko" 15-20
ludzi. Dowódca ŻZW, Dawid Apfelbaum, został przez Korpus Bezpieczeństwa uprzedzony
o zbliżającej się akcji Niemców. Poinformował o tym przewodniczącego Judenratu
Czerniakowa i zalecił stawienie oporu.
W lipcu 1942 r. odbyło się zebranie społeczności getta, na którym byli obecni
Czerniakow ze swoim zastępcą Lichtenbaumem. Raport o sytuacji przedstawili
Apfelbaum i Iwański. Ich propozycje zostały odrzucone. Dowódcy ŻZW nie zdecydowali
się samodzielnie wystąpić przeciwko Niemcom, obawiając się, że później to właśnie
oni zostaliby obwinieni o rozpętanie krwawej rzezi. Co istotne, jak wynika
ze wspomnień Iwańskiego, już na samym początku "wielkiej akcji" organizacja
była odcięta od swoich składów broni, nie byłaby więc w stanie nic zrobić.
Do pierwszego otwartego wystąpienia przeciw Niemcom doszło dopiero w styczniu
1943 r., kiedy ŻZW liczył już około 500 ludzi. Potwierdza tę liczbę sama struktura
organizacji oparta na tzw. piątkach – czterech żołnierzy i dowódca. Trzy piątki
tworzyły oddział, cztery oddziały – pluton, cztery plutony – kompanię (240
ludzi). Z początkiem stycznia 1943 r. ŻZW liczył dwie pełne kompanie uzbrojone
i wyekwipowane, a także dwie kompanie szkieletowe. Nie miały one żołnierzy
ani broni, ale zakładano, że w czasie powstania masy ochotników zapełnią ich
szeregi. W kwietniu 1943 r. zadanie to zostało wykonane.
Dysproporcje w uzbrojeniu ŻZW i ŻOB
Podstawowym dostawcą broni dla ŻZW był Korpus Bezpieczeństwa AK. Od czerwca
1942 r. do początku powstania kwietniowego 1943 r. (tak w historiografii
żydowskiej określa się powstanie w getcie warszawskim) Korpus Bezpieczeństwa
przekazał dla getta 3 ciężkie karabiny maszynowe, 100 pistoletów, 7 karabinów,
15 automatów i około 750 granatów. Już po rozpoczęciu powstania KB dostarczył
jeszcze 4 karabiny maszynowe RKM, 1 lekki karabin maszynowy LKM, 11 automatów
FM, 50 pistoletów i 300 granatów. Oprócz tego Henryk Iwański przekazał ŻZW
broń w 1941 r. W pierwszej połowie 1942 r. ŻZW uzyskał uzbrojenie również
od innych grup Armii Krajowej.
Jeśli wierzyć Markowi Edelmanowi, najlepiej przygotowana do walki była jego
macierzysta ŻOB. "My, bundowcy, byliśmy jedyną organizacją polityczną
mającą pieniądze. Arbeter Ring, nowojorska organizacja robotnicza, do której
należał szef amerykańskich związków zawodowych Dubiński, a także towarzysze
Pat i Held, od samego początku przysyłała nam pieniądze. Natomiast syjoniści
nie mieli grosza. Ich towarzysze z Palestyny porzucili ich" – tłumaczył
Edelman[4]. Dodał, że innym sposobem "zabierania forsy" było "terroryzowanie" "bogatych
Żydów", "przemytników" czy też "żydowskich policjantów". "Kasę
Judenratu ograbiliśmy na setki tysięcy złotych, obrabowaliśmy też i przedsiębiorstwo
aprowizacyjne. Posunęliśmy się nawet do porwania. [Marek] Lichtenbaum, przewodniczący
Judenratu na Czerniakowie, odmówił nam pieniędzy. Uwięziliśmy więc jego syna.
Do Lichtenbauma napisaliśmy, że trzymamy chłopca z nogami zanurzonymi w cebrzyku
z lodowatą wodą, tak że na pewno nabawi się choroby. Przyszli z pieniędzmi.
Innym razem żydowski policjant, zresztą skurwysyn, nie chciał dać pieniędzy.
Musieliśmy pokazać, że jesteśmy twardzi. Przyszliśmy do niego około czwartej,
gdy termin ultimatum już upływał. 'Nie chcesz dać?’ – spytaliśmy i zastrzeliliśmy
go. Po tym zdarzeniu wszyscy płacili. W sumie pieniędzy nam nie brakowało"[5].
Tymczasem Aleksander Swiszczew, powołując się na wspomnienia B. Jaworskiego
(komunista i dowódca jednej z grup ŻOB), podaje wręcz zatrważający stan uzbrojenia
ŻOB. "W styczniu 1943 r. dysponowała ona zaledwie 2 pistoletami i 1 granatem,
i to po pięciu miesiącach pracy! 19 kwietnia ŻOB posiadała tylko 70 pistoletów
(50 z nich otrzymała od ŻZW, a 10 od polskich komunistów). Ani jednego karabinu
maszynowego… Co więcej – ani jednego człowieka, któryby kiedykolwiek w życiu
go widział, nie mówiąc już o umiejętności posługiwania się nim. Liczebność
ŻOB (według jej oficjalnych danych) wynosiła w momencie powstania 500 ludzi,
ale według późniejszych wspomnień dowódców ŻOB – tylko 200-300 osób. Tymczasem
liczba bojowników ŻZW na początku powstania doszła do 1500 ludzi (wg wspomnień
kapitana Zajdlera i niektórych innych oficerów AK). Wpływał na to fakt, że
ŻZW przyjmowała do swoich szeregów wszystkich chętnych, nie oglądając się na
ich przynależność partyjną. Jedynie kierownictwo pozostało rewizjonistyczne.
Wśród dowódców średniego szczebla znajdujemy członka Bundu, członka Arudat-Israel
i komunistę. Do ŻZW przyłączały się na autonomicznych zasadach organizacja
chasydów z Bracławia i lewicowo-socjalistyczna grupa Ryszarda Walewskiego,
której ŻOB nie przyjął jako 'nie należącej do obozu syjonistycznego’. Komuniści
i Bund również nie należeli do obozu syjonistycznego, ale ich z jakichś powodów
do ŻOB przyjęto. (…) Dodajmy, że cyfra 1500 bojowników ŻZW nie obejmuje osób
przyłączających się już w czasie trwania powstania. Ilu ich było – nikt nie
wie".
Partyjny zaciąg lewicowców
W odróżnieniu od ŻZW ŻOB tworzona była na zasadach czysto partyjnych. Partie
wchodzące do tej organizacji formowały własne kompanie. Było ich łącznie
22. Bund miał 4 kompanie, komuniści – 4, pozostałych 15 należało do obozu
syjonistycznego. Bezpartyjnych do ŻOB nie przyjmowano. Nie było ich można
przyjąć choćby z powodu braku broni. Z tych właśnie powodów liczebność ŻOB
nie mogła wzrosnąć w trakcie samego powstania. Problem pogłębiał fakt, że
ŻOB pryncypialnie orientowała się na ZSRS i poszukiwała łączności z podziemiem
komunistycznym, licząc na jego pomoc. Oczekiwanej pomocy polscy komuniści
w żadnym wypadku nie mogli okazać z powodu swojej słabości i małej liczby
członków.
ŻZW próbował nawiązać współpracę z ŻOB. Prowadzone były rozmowy o zjednoczeniu,
jednak lewicowi syjoniści kontynuowali przedwojenną linię bojkotu "faszystów-rewizjonistów".
Nie bacząc na niepowodzenie prób zjednoczenia, osiągnięto porozumienie o współpracy.
Terytorium getta podzielono na dwa okręgi wojskowe.
Każda organizacja odpowiadała za swój okręg. Prócz tego ŻZW przekazał ŻOB część
broni: 50 pistoletów i kilkaset granatów, co stanowiło dużą część uzbrojenia
ŻOB. "Zaryzykuję stwierdzeniem, że brak jedności odegrał pozytywną rolę.
Gdyby powstaniem dowodziły gaduły z ŻOB, a właśnie do tego nieuchronnie doprowadziłoby
zjednoczenie – osłabiłoby to tylko opór" – przekonuje Aleksander Swiszczew.
16 godzin żobowców
Autor nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do proporcjonalnie nikłego
udziału ŻOB w powstaniu: "Natarcie Niemców na getto rozpoczęło się nad
ranem 19 kwietnia 1943 r. Pierwsze uderzenie skierowali na pozycje ŻOB przy
ulicach Nalewki i Zamenhofa. Bojownicy ŻOB stawiali opór przez 16 godzin,
podpalili jeden czołg i wyeliminowali z walki kilkadziesiąt Niemców, po czym
wycofali się. Na tym faktycznie wyczerpuje się udział ŻOB w powstaniu. Przyznać
należy, że działały jeszcze rozproszone grupy ŻOB. 20 kwietnia stawiały one
jeszcze opór w czasie likwidowania przez Niemców pojedynczych bunkrów. Jednak
to, co można nazwać 'powstaniem w Getcie Warszawskim’ w rzeczywistości trwało
od 19 do 27 kwietnia. To nie z ŻOB walczyli Niemcy".
ŻZW pod polską i żydowską, ŻOB pod czerwoną flagą
Przerwawszy po 16 godzinach obronę ŻOB, Niemcy podeszli do placu Muranowskiego.
Właśnie tu zawiązała się jedyna w czasie całego powstania długa walka pozycyjna.
Plac był centrum okręgu ŻZW. W domu nr 7 znajdował się sztab główny ŻZW.
Właśnie na placu Muranowskim, w domu nr 17, powiewały polska i żydowska flaga
(jedyna flaga ŻOB zdobyta przez Niemców po zdobyciu bunkra Anielewicza miała
kolor czerwony). Do piwnicy domu nr 7 prowadził tunel, przez który ŻZW przez
cały czas otrzymywał z miasta broń i amunicję. Łącznie bojownicy ŻZW wykopali
6 tuneli w różnych częściach getta. Jeden z nich został przez Niemców odkryty
jeszcze przed powstaniem. ŻOB nie miała ani jednego tunelu. Właśnie tą drogą
w nocy z 18 na 19 kwietnia Józef Lejbski, związany z AK, dostarczył ciężki
karabin maszynowy. Zainstalowany na strychu domu nr 17 CKM znacznie wzmocnił
siły ŻZW. W walkach 19 kwietnia na placu Muranowskim Niemcy stracili jeszcze
jeden czołg i ponad stu ludzi. Zdobyć pozycji ŻZW wówczas nie byli w stanie.
Stało się to dopiero 22 kwietnia.
Kierujący pacyfikacją getta brigadenführer SS Juergen von Stroop w więzieniu
w rozmowach z Kazimierzem Moczarskim przyznał, że "problem flag miał wielkie
znaczenie polityczne i moralne". Jednoczyły naród wokół prawowitego rządu, "ale
szczególnie Polaków i Żydów". Nawet niemiecki zbrodniarz wiedział, że
nie było to możliwe pod czerwoną flagą. Reichsführer Himmler wrzeszczał do
telefonu: "Stroop, musisz za wszelką cenę zwalić te dwie flagi!"[6].
Stroop dostał za pacyfikację getta Żelazny Krzyż I klasy…
Bohaterstwo sojuszników
Wydawało się wówczas, że powstanie zostało zdławione, ale 27 kwietnia z pomocą
pospieszyły oddziały Armii Krajowej. Oddział majora Henryka Iwańskiego przeszedł
przez tunel i rozpoczął walkę z Niemcami. Równocześnie na placu Muranowskim
atakowali Niemców żołnierze ŻZW. Oba oddziały się połączyły. Stroop w swoim
raporcie skierowanym do Krakowa tak opisał wspólną walkę ŻZW i AK: "Główna
żydowska grupa bojowa, w której uczestniczą również polscy bandyci, wycofała
się pierwszego albo drugiego dnia do miejsca zwanego placem Muranowskim.
Tam została wzmocniona przez znaczną liczbę polskich bandytów. (…) Na dachu
betonowego budynku zatknęli oni flagę żydowską i polską, jako znak wojny
przeciwko nam"[7].
Części ŻZW Polacy zaproponowali wyjście z getta i przeprawienie się na "stronę
aryjską". Jednak Dawid Apfelbaum odmówił pozostawienia getta, ponieważ
nie miał łączności z wieloma grupami ŻZW znajdującymi się w innych miejscach.
Wyszła jedynie niewielka część bojowników, 34 osoby, wynosząc wielu rannych.
Odprowadzało ich wielu Żydów, którzy nie brali udziału w walkach. Polacy przez
kilka godzin osłaniali ich ewakuację, ponosząc duże straty. Major Iwański został
ranny, jego syn Roman i brat Edward zginęli. Niemcy stracili ponad stu ludzi
i jeden czołg. W walkach 27 kwietnia ciężko ranny został Dawid Apfelbaum, który
zmarł następnego dnia. 29 kwietnia pozostali bojownicy ŻZW, którzy do tego
czasu stracili wszystkich swoich dowódców, opuścili getto przez tunel muranowski
i zostali rozlokowani w lasku michalińskim. Na tym zasadnicze walki się zakończyły.
Rozpoczęło się przeczesywanie getta i likwidowanie poszczególnych bunkrów.
Ostatnie dni powstania
Z raportu Stroopa: "Przebieg operacji 29.04.43. (…) Łącznie odkryto
36 bunkrów przeznaczonych do zamieszkania. Z tych i innych miejsc schronienia
wyciągnięto 2359 Żydów, wśród nich 106 zginęło w walce (…). Siły: jak wczoraj,
strat nie ma. Przebieg operacji 2.05.43. Znaleziono 27 bunkrów (…). Wśród
rannych – 4 niemieckich policjantów, 4 polskich policjantów. 6.05.43 (…).
Ranny został Unterscharführer SS (…). Łącznie zlikwidowano 47 bunkrów, 2
ludzi z oddziału zaporowego zostało rannych".
Jak widzimy, w czasie likwidacji bunkrów (łącznie zniszczono ich 631) Niemcy
ponieśli pewne straty. Ale te straty (106 Żydów zginęło w walce i ani jeden
Niemiec nie został nawet ranny) są zupełnie nieporównywalne ze stratami z pierwszych
dni. Ostatecznie powstanie zostało zdławione 5 czerwca, kiedy doszło do ostatniego
starcia z Niemcami. Wszystko odbywało się na wspomnianym placu Muranowskim.
Tym razem jednak walkę z Niemcami toczyła grupa Żydów ze świata przestępczego,
niemająca związku z ŻZW czy ŻOB. W szczytowym momencie operacji poszukiwania
i niszczenia bunkrów niewielka grupa bojowników ŻZW przeniknęła do getta ze
strony aryjskiej i 5-6 maja wyprowadziła do miasta żydowskich cywilów. Osłaniając
ich odwrót, 6 maja prawie wszyscy zginęli.
Ewakuacja ŻOB
Na początku maja kierownictwo ŻOB odkryło przejście przez kanalizację i opuściło
getto. Być może uciekliby wcześniej, ale nie znali drogi, gdyż nie mieli
własnych tuneli. Opuszczając getto, porzucili rozproszone grupy swoich bojowników
znajdujących się w innych miejscach. Ze wspomnień jednego z członków kierownictwa
ŻOB wynika, że odmówili przy tym zabrania ze sobą kilku cywilnych i bezpartyjnych
Żydów, którzy prosili o pomoc.
Mordechaj Anielewicz odmówił ucieczki. 8 maja jego bunkier został otoczony
przez Niemców. Anielewicz zastrzelił się razem ze swoimi bojownikami. Według
niektórych, być może mniej wiarygodnych świadectw, Anielewicz zastrzelił się
wcześniej, nim bunkier został otoczony przez Niemców.
Przewodził Apfelbaum, nie Anielewicz
"
Jak wynika z przytoczonego materiału, podstawowej walki z Niemcami nie prowadzili
'pacyfiści’ z ŻOB, a 'militaryści’ z ŻZW. Spośród 1300 zabitych i rannych Niemców
ŻOB zabiła ledwie ponad setkę. Zgodnie z tym, prawdziwym dowódcą powstania
należy uznać nie Mordechaja Anielewicza, a porucznika Dawida Apfelbauma" [pośmiertnie
awansowanego do stopnia majora WP – dop. WM] – uważa Swiszczew.
Cytowany żydowski publicysta zdecydowanie odrzuca oszczercze pomówienia Armii
Krajowej o bezczynne przyglądanie się zagładzie getta: "Należy uznać za
oszczercze twierdzenia dowódców ŻOB (a wszyscy oni oprócz Anielewicza przeżyli)
i polskich komunistów o odmowie przez AK pomocy dla walczących w getcie. Oczywiście,
półmilionowa Armia Krajowa mogłaby okazać większą pomoc, ale czy można ją za
to winić?".
Komuniści sprzedali ŻOB
Niezwykle surowo Aleksander Swiszczew przedstawia rolę komunistów i położenie
żobowców, którzy im zaufali: "Można zrozumieć zainteresowanie polskich
komunistów w obrzucaniu błotem swoich politycznych przeciwników. Zrozumiała
jest również obraza działaczy ŻOB. Ale jeśli kogoś można by obwiniać o 'sprzedanie’
powstania w getcie, to akurat polskich komunistów. Przecież AK okazała dużą
pomoc, niechby tylko 'swoim Żydom’. W tym czasie komuniści 'swoim Żydom’
przysłali tylko 10 pistoletów. Wystarczyło Anielewiczowi, żeby się zastrzelić…".
Żydowski publicysta sugeruje wprost, że wydarcie z historii prawdy o walnym
udziale przygotowanych do walki żołnierzy ŻZW odziera dzieje żydowskiego ruchu
oporu z jego najbardziej chlubnych kart. Dlatego – jak przekonuje – "najwięcej
beczek łgarstw rozlanych wokół powstania nie wyrażało się bynajmniej w powiększaniu
roli 'swoich’ i napadaniu na 'obcych’. Maruderstwo na wojnie to zwykła rzecz.
Największą zgrozę wywołuje fakt, że to łgarstwo wykorzystywane jest dla rzucania
kalumni na cały naród żydowski. Przecież cały naród żydowski szedł 'jak owce
na rzeź’, a oto bohaterowie warszawskiego getta stawili opór!".
Wołanie o prawdę
W książce "Getto walczy", opublikowanej niedługo po wojnie, Edelman
w ogóle nie wspomina ŻZW. Inny żobowiec, Icchak Cukierman, mówił lekceważąco
o tej organizacji. Istnieją jednak świadectwa szeregowych członków ŻZW. Jeszcze
w 1946 r. ukazała się niewielka broszura "Prawda o powstaniu w Getcie
Warszawskim". Wydano niektóre wspomnienia członków ŻZW. W latach 60. posiadane
materiały zebrano i usystematyzowano w książce Chaima Lazara-Litai pt. "Masada
w Warszawie". Dodajmy jeszcze "Muranowską 7" Lazara, wydaną
w 1966 r. Trzy lata wcześniej Dawid Wdowiński wydał w Nowym Jorku książkę "And
we are not saved", w której wydawca przedstawił go jako jednego z przywódców
powstania w warszawskim getcie. Warto też wspomnieć książkę Mariana Apfelbauma "Dwa
sztandary. Rzecz o powstaniu w getcie warszawskim", której wartość starała
się pomniejszyć Anka Grupińska w "Tygodniku Powszechnym" ("Zgubne
szukanie (jedynej) prawdy historycznej", 29.06.2003). Chodziło o niebagatelną "zgubną" prawdę:
Apfelbaum przypomniał m.in. rolę AK jako sojuszniczki żydowskich powstańców.
Bezmiar kłamstw czy przeszłości?
Nawet doktor Marek Edelman, jeden z żobowskich uczestników powstania, niegdyś
nazywał żołnierzy ŻZW "faszystami". Przekonywał, że to ŻOB dowodziła
powstaniem. Później w książce-wywiadzie "’Strażnik’ Marek Edelman opowiada" starał
się "zamulić" przeszłość. "Nie to ważne, kto i gdzie strzelał,
jak i którędy przeskoczył. Nie chodzi mi o dawanie świadectwa żołnierskiej
dzielności" – tłumaczył. Równie Edelman niechętnie odniósł się do faktów
w rozmowie z Hanną Krall, gdy przyznał, że w powstaniu walczyło co najwyżej
200-220 bojowców z jego organizacji. "To nie ma znaczenia" – tłumaczył
rosyjskiemu Żydowi Michaiłowi Rumerowi-Zarajewowi. "Wszystko jest niczym
wobec bezmiaru przeszłości"[9].
Szczególnie prawda wydaje się nieważna dla niektórych żydowskich badaczy.
(Nie)sława żobowców i przedsiębiorstwo holokaust
Próby przypomnienia prawdziwej roli ŻZW podjął się Paweł Szapiro na łamach "Rzeczpospolitej" ("Żydowski
Związek Wojskowy – biała plama historii", 5-6.07.2003 oraz tamże: "Historia
nieznana. Żydowska Organizacja Bojowa, Żydowski Związek Wojskowy. Krótki kurs
zapamiętywania i zapominania"). Szapiro bez ogródek pisze o niegodnej
roli żobowskich propagandzistów, którzy na trupie ŻZW zbudowali własną legendę: "Aby
dać się zapamiętać, a potem nie dać się zapomnieć, nie wystarczy posługiwać
się karabinem, trzeba też imać się bez przerwy broni strategicznej: czcionki
(…). Na przykład na wysłanej z kraju 'liście londyńskiej’, zawierającej imiona
żobowców zamordowanych w powstaniu w getcie, wpisano także nazwiska osób niemających
z wydarzeniem nic wspólnego, ale bliskich politycznie. Rzekłbym, że dopisującemu
pomógł nadmiar pamięci" – pisze Szapiro. Jego zdaniem, żobowcy stanowią
jeden z filarów przedsiębiorstwa holokaust. Zderzenie z prawdą o głównym udziale
w powstaniu ŻZW, który wspierała AK, z pewnością popsułoby interes ruchom roszczeniowym.
Żądać odszkodowania od sojusznika nie wypada, ale od "polskiego antysemity" –
dużo łatwiej…
"
Sześćdziesiąt lat minęło od czasu wybuchu powstania w getcie warszawskim. Ponieważ
przeszło ono do legendy – powinno zostać uwolnione od uprzedzeń politycznych
i winno zostać opisane jak najbliżej rzeczywistego przebiegu wydarzeń. To jest
dług, który jesteśmy winni bohaterom powstania" – ocenił Moshe Arens w "The
Jerusalem Post", ubolewając nad tym, że polegli żołnierze ŻZW nie mogli
napisać swojej historii. Jednak krew bohaterów okradzionych z chwały i pamięci
nie przestaje napędzać trybów przemysłu holokaustu. Bezczelność przywódców
Światowego Kongresu Żydów, którym potrzebny jest "polski współudział" w
powstaniu obozu Auschwitz, jest tego najnowszym przypomnieniem. Są mocne przesłanki,
że prawda o polsko-żydowskim braterstwie broni AK – ŻZW nie zostanie uwieczniona
we współtworzonym m.in. za polskie pieniądze Muzeum Historii Żydów Polskich
w Warszawie, jeżeli wyraźnie nie zażąda tego strona polska.
Historyczne "zabójstwo" bohaterów polsko-żydowskiego braterstwa broni
zadało głębokie i dotąd niezabliźnione rany pamięci obu narodów. Dopóki w imieniu
rzeczywistych bohaterów getta wykrzykują uzurpatorzy ich chwały, domagając
się dziesiątek miliardów dolarów tzw. odszkodowania, dopóty obraz Żyda w oczach
Polaka – i odwrotnie – będzie wykrzywiony. Nie jest więc możliwa pełna normalizacja
stosunków między naszymi narodami bez pamięci o pięknych kartach wspólnej historii
i usunięcia wszelkich ognisk jej instrumentalizacji.
Waldemar Moszkowski
[1] Zob. http://www.shalomnewyork.com/authors/schwartz/warshaw.php.
[2] Zob. http://www.freeman.org/monline/may03/arens.htm.
[3] Rudi Assuntino, Wlodek Goldkorn, "Strażnik Marek Edelman opowiada",
Wydawnictwo Znak, 1999.
[4] Tamże, s. 76-77.
[5] Tamże.
[6] Moshe Arens, The Changing Face Of Memory: Who Defended The Warsaw Ghetto?,
The Jerusalem Post, 23.04.2003.
[7] Tamże.
[8] Tamże.
[9] Zob. http://berkovich-zametki.com/Nomer32/Rumer1.htm.
[10] Zob. http://berkovich-zametki.com/Nomer32/Gorelik1.htm.
