W cieniu i w świetle – dwie rocznice
Jan Paweł II odszedł do domu Ojca 2 kwietnia 2005 r., a dwa
dni wcześniej zmarła Terri Schiavo, której śmierć również odbiła się szerokim
echem w świecie chrześcijańskim.
Lisa Fabrizio w artykule "Życie po dwóch zgonach"[1] zwraca uwagę
na osobliwą rolę, jaką w obu wypadkach odegrały media. Wokół Terri ze strony
środków
przekazu było wiele wysiłku, by usprawiedliwić decyzję – zarówno medycznie,
jak i etycznie – nieprawidłową.
Doktor Andrew Fergusson z Centrum Bioetyki (The Centrum for Bioethics Human
Dignity")[2] w oparciu o sondaże snuje refleksję, na ile świat był zdolny
wyciągnąć jakieś racjonalne wnioski z faktów, które miały miejsce przed rokiem,
a które powinny dać do myślenia. Przede wszystkim wyraża się krytycznie na
temat wymaganej bezstronności opinii w tak ważnych przypadkach. Po drugie –
stwierdza, że bioetyka uzyskała globalny zasięg, co zmusza do postawienia pod
jej adresem ważnych postulatów, właśnie na tle symptomatycznego wydarzenia,
jakim była śmierć Terri.
Fergusson stawia poważne znaki zapytania przed takimi problemami, jak trafność
diagnozy, nacisk ośrodków finansowych na kierunek decyzji związanych z opieką
nad niepełnosprawnymi, nieścisła interpretacja "pomocy medycznej" w
stosunku do Terri, poważne implikacje prowadzące aż do ewentualnej legalizacji
śmiertelnego zastrzyku w imię rzekomego "prawa do śmierci". Z pewną
nutą pesymizmu Fergusson przyjmuje wypowiedzi ankietowanych świadczące o niezdolności
nauczenia się czegoś z historii. Typowa odpowiedź cytowana przez autora: "Historia
uczy nas, że od niej niczego się nauczyć nie można". Steven Ertelt w artykule
z 18 marca 2006 r.[3] zwraca uwagę na fakt, że śmiertelne konanie Terri trwało
13 dni – do 31 marca, i że nastąpiło w kontekście dramatycznego zderzenia kultury
życia z kulturą śmierci.
Spisek przeciw życiu
W sposób bardziej szczegółowy opisuje ten dramat brat Terri, Bobby Schindler,
w swoim obszernym wystąpieniu, zapisanym w "ProLifeBlogs.com",
w czterech odcinkach. Istotną rolę w uśmierceniu Terri Schiavo odegrał sędzia
George Greek, który nakazał odłączyć sondę dostarczającą chorej pokarm i
wodę. Stało się to przede wszystkim z inspiracji męża Terri, Michela Schiavo,
który w chorej żonie widział przeszkodę w "ułożeniu sobie życia" z
inną kobietą. Terri zachorowała w 1990 roku, a już w 1993 roku Michel usiłował
jej zadać śmierć przez odcięcie jej źródła pożywienia i wody. Jednak rodzinie
udało się obronić ją przed tym zamachem. Michel postanowił nie działać sam;
posługiwał się przede wszystkim mediami w celu dezinformowania opinii publicznej,
w czym pomagał mu jego adwokat. Bobbi Schindler stwierdza: "Od samego
początku media nieustannie zniekształcały fakty, opuszczając kluczowe szczegóły
i nie weryfikując stanowiska Michela Schiavo i jego adwokata. Prasa stale
pisała, że jest to przypadek, w którym chodzi o 'prawo do śmierci’ i że Michel
Schiavo działa w najlepiej rozumianym interesie Terri, co oczywiście jest
absolutnym kłamstwem".
Tego rodzaju taktykę mediów Bobby Schindler widzi jako element szerszej kampanii,
mającej na celu przekonanie opinii publicznej, że taka "niedobrowolna
eutanazja" powinna być dozwolona, co zgadza się z intencjami działającego
w Ameryce "ruchu 'pro death’", czyli propagującego legalizację eutanazji.
Bobby Schindler prostuje podstawowe fakty zniekształcone wskutek manipulacji
medialnej. Przede wszystkim przypomina, że jego siostra w istocie nie była "leczona",
lecz tylko dożywiana sztucznie, co nie posiada charakteru "terapii",
lecz jest normalną pomocą choremu, który sam z pewnych powodów tego nie potrafi.
Terri miała uszkodzony mózg, co utrudniało jej nawiązanie pełnego kontaktu
z otoczeniem, ale poza tym jej organizm był zdrowy i wymagał tylko dostarczenia
składników odżywczych. "Ona była fizycznie zdrową, młodą kobietą, która
potrzebowała jedynie inwalidzkiego wózka, by mogła przemieszczać się w dowolnym
kierunku, gdyby mąż jej na to pozwolił". Dzięki pewnym podejrzanym kombinacjom
udało się Michelowi w 1992 roku przeprowadzić proces, na mocy którego uzyskał
on duże fundusze na rzekomą terapię Terri, jednak nieszczęśliwa kobieta nie
skorzystała ani z terapii, ani z rehabilitacji. W 1997 roku, kiedy Michel już
nie krył się z zamiarem poślubienia innej kobiety, rozpuścił pogłoskę (całkowicie
fałszywą), jakoby Terri wyraziła kiedyś wolę, że jeśli będzie bezwładna, nie
ma zamiaru dłużej żyć. Systematycznie dążył do tego, aby sąd nakazał zaprzestania
dożywiania Terri. W tym czasie Terri została przeniesiona z domu do pewnego
hospicjum, w którym duże wpływy miał adwokat Michela, George Felos. Wszelki
kontakt Terri z rodziną i przyjaciółmi został niemal zupełnie przerwany. Siostra
Terri, Zuzanna, i jej brat Bobby przez pół roku nie byli dopuszczeni do odwiedzin
chorej, ponieważ Zuzanna próbowała karmić swoją siostrę łyżką. Zagrożono im
aresztem, jeśli spróbują to powtórzyć. Adwokat zarzucał rodzinie Terri, że
chcą skrzywdzić chorą. Michel czynił wszystko, by odizolować Terri od całego
świata: od kwiatów, od światła słonecznego, od muzyki, od pamiątek rodzinnych,
od wideo, od rozmów i czułości matki. Raz tylko udało się ks. Malanowskiemu
przynieść Terri Komunię Świętą, przy czym zagrożono mu, że "będzie natychmiast
zaaresztowany przez policję, jeśli jeszcze raz odważy się przyjść z Komunią
do Terri". Przed samą śmiercią Michel nakazał usunąć z pokoju rodzinę
oraz ks. Pavone; chyba dlatego że się modlili.
Interesujące jest, jakiej cynicznej manipulacji poddane były wszystkie wiadomości
przekazywane przez media: one decydowały, co przekazać, a co nie, co weryfikować,
a co nie. Faktem jest, że szereg organizacji oddanych pomocy chorym starało
się bronić Terri i jej prawa do życia: ale o tym prawie nigdy się w mediach
nie słyszało. "Z drugiej strony nie potrafiłbym zliczyć, ile razy prasa
referowała stanowisko adwokata George’a Felosa, który użalał się, że moja rodzina
ulega wpływom 'antyaborcjonistów’, religijnym i prawicowym ekstremistom".
Nie chciano, aby społeczeństwo dowiedziało się, że Terri jest po prostu kobietą
niepełnosprawną. "Chcieliśmy dać jej dom i otoczyć ją opieką". Tymczasem
zbliżenie łyżki do ust potraktowano jak przestępstwo. Bobby stwierdza, że całe
to doświadczenie pokazuje, jak społeczeństwo amerykańskie przesiąka mentalnością "jakości
życia" ("quality of life"). "Niekiedy to, co byłoby przestępstwem,
jeśliby uczynić to domowym zwierzątkom, zdarza się codziennie wobec najmniejszych,
nie wywołując społecznego protestu ani oburzenia. Pamiętam, że niedawno pewien
holenderski dziennikarz powiedział: 'wystarczy jedno pokolenie, aby zbrodnię
wojenną przemienić w akt współczucia’". Instytucje przyzwyczajone porównywać
sumy finansowe ze skalą ludzkiego życia, firmy ubezpieczeniowe, przemysł medyczny,
grupy propagujące eutanazję, pracują nad wymyśleniem sposobu, aby można było
zabijać osoby niepełnosprawne i nieproduktywne, nie tylko legalnie, ale i z
aprobatą społeczną. W tym kierunku współpracują prawnicy, sędziowie, bioetycy,
parlamentarzyści, a patronują tym wysiłkom wszechpotężne media. Wystarczy,
że uzna się kogoś za nieuleczalnie chorego oraz znajdzie się pretekst, by przypuszczać,
że dana osoba w jakiś sposób sobie tego życzy – i na tej podstawie formuje
się odpowiedni wniosek: eutanazja, czyli "prawo do śmierci".
Zafałszowanie pojęć
W tej kampanii zmierzającej do eliminacji niepełnosprawnych ważną rolę pełniło
upowszechnienie pojęcia "trwałego stanu wegetatywnego" (Persistent
Vegetative State), zanurzonego niejako w narzuconej apriorycznie interpretacji,
która sugerowała, że osoba w ten sposób zakwalifikowana jest już nie tylko
całkowicie nieuleczalna, lecz także jest jakoby kimś "pomniejszonym" w
swoim człowieczeństwie (w duchu tej interpretacji Michel nazywał swoją żonę
Terri "domową roślinką"). Taka interpretacja zamazywała równocześnie
różnicę między "podstawową opieką" (basic care) i terapią w sensie
ścisłym (medical care), po to, aby w pewnym momencie odmówić tej "podstawowej
opieki" pod pretekstem, że "terapia medyczna" nie przynosi
już żadnych rezultatów i przyjmuje charakter "terapii uporczywej",
męczącej pacjenta, który najpewniej chciałby już zakończyć życie… A kiedy
elementy psychologiczne tej kampanii są już gotowe, wtedy nie ma większego
problemu z dokonaniem odpowiedniego posunięcia na płaszczyźnie legislacyjnej.
Jest to moment, w którym w świadomości społecznej pojęciem wiodącym jest "jakość
życia". Pojęcie to pełni rolę kryterium decydującego o tym, czy należy
i warto troszczyć się o jakieś życie, które nie ma odpowiedniej "jakości".
Istotnie, diagnoza "trwałego stanu wegetatywnego" (PVS) piętnująca
pewne osoby w opinii publicznej weszła do obiegowego języka w obrębie naszej
kultury. "Moim zdaniem, społeczeństwo dokonało ogromnego zwrotu w kierunku
akceptacji zasady 'jakości życia’. (…) To jest powód, dla którego dziś
patrzymy na ludzi niepełnosprawnych, uznając ich za niegodnych życia, jak
gdyby to był czynnik decydujący o tym, czy ktoś ma żyć, czy ma umrzeć – i
nieświadomie zdarza się to nam wszystkim".
Sama diagnoza "trwałego stanu wegetatywnego" potrzebna zwolennikom
legalnego zabijania niepełnosprawnych jest obciążona subiektywizmem i z tego
powodu jest niebezpieczna; ale właśnie dlatego była im potrzebna. Stała się
ona terenem publicznej dyskusji, mającej zadecydować, czy Terri powinna żyć,
czy powinna umrzeć. De facto ta diagnoza nie odnosiła się do Terri, ponieważ "trwały
stan wegetatywny" zakłada, że tego typu pacjent nie przeżywa żadnej świadomej
interakcji z otoczeniem. Terri jednak przeżywała wszystko, co ją łączyło z
otoczeniem, choć nie mogła tego wypowiedzieć w pełni artykułowanymi słowami.
Jednak instytucje zainteresowane zabijaniem nie chciały tego uznać; tymczasem
my byliśmy krytykowani za brak "współczucia". Propaganda mająca na
celu legalizację zabijania poszła tak daleko, że w sierpniu 2004 roku grupa
bioetyków (!) w liczbie 55 domagała się od gubernatora Florydy (był nim brat
prezydenta Busha), aby obalić prawo chroniące życie Terri. "Wśród etyków
podpisanych pod petycją widniało sześć nazwisk profesorów wykładających na
katolickich uniwersytetach".
Wbrew nauczaniu Ojca Świętego
Najdziwniejsze jest to, że ta petycja zawierała stanowisko całkowicie przeciwne
temu, co powiedział Ojciec Święty Jan Paweł II w marcu 2004 r. do grupy specjalistów
obradujących na międzynarodowym kongresie w Rzymie poświęconym temu właśnie
zagadnieniu[4]. Papież akcentował konieczność postawienia właściwej diagnozy,
ponieważ okazuje się, że to, co nazwano technicznie "trwałym stanem
wegetatywnym", nie jest koniecznie nieodwracalne. Jan Paweł II stwierdził,
że "określenie to nie wiąże się z odrębną diagnozą, ale jedynie umowną
prognozą, wynikającą z faktu, że przebudzenie pacjenta jest, ze statystycznego
punktu widzenia, tym mniej prawdopodobne, im dłużej trwa stan wegetatywny"[5].
Ojciec Święty przypomniał, że "istnieją dobrze udokumentowane przypadki
przynajmniej częściowego powrotu pacjentów do zdrowia, czasem wręcz po wielu
latach; dlatego też można powiedzieć, że medycyna jak na razie nie jest w
stanie orzec z pewnością, który ze znajdujących się w tym stanie pacjentów
powróci do zdrowia, a który nie"[6]. Papież skrytykował sam termin "stan
wegetatywny", wykazując jego nieadekwatność w odniesieniu do człowieka.
Powiedział: "Mówiąc o pacjentach znajdujących się w tym stanie klinicznym,
niektórzy wręcz podają w wątpliwość ich 'człowieczeństwo’, jak gdyby przymiotnik
'wegetatywny’, będący metaforą pewnego stanu klinicznego, mógł czy też powinien
być używany w odniesieniu do samego chorego, umniejszając jego wartość i
osobową godność. Należy w związku z tym podkreślić, że termin ten, choć używany
tylko w zakresie klinicznym, nie jest zbyt trafny w odniesieniu do podmiotów
ludzkich. Przeciwstawiając się podobnym tendencjom myślowym, czuję się zobowiązany
ponownie przypomnieć, że istotna wartość i osobowa godność każdego człowieka
nie ulegają zmianie nigdy, niezależnie od konkretnych okoliczności jego życia.
Człowiek nawet ciężko chory lub niezdolny do wykonywania bardziej złożonych
czynności, jest i zawsze pozostanie człowiekiem, nigdy zaś nie stanie się
'rośliną’ czy 'zwierzęciem’"[7]. Ojciec Święty trafnie odróżnia dwa
pojęcia: "prawo do podstawowej opieki zdrowotnej" (odżywianie,
podawanie płynów, higiena) oraz "prawo do leczenia" (terapia, profilaktyka).
Świadomie też odrzuca pewne pomieszanie pojęć: "Chciałbym zwłaszcza
podkreślić, że podawanie pacjentowi wody i pożywienia, nawet gdy odbywa się
w sposób sztuczny, jest zawsze naturalnym podtrzymania życia, a nie czynnością
medyczną. W zasadzie zatem należy to uznawać za praktykę zwyczajną i proporcjonalną
do potrzeb, a tym samym za moralnie nakazaną…"[8]. Dalej Papież nauczał: "Ocena
szans, oparta na niskim prawdopodobieństwie powrotu do zdrowia, kiedy stan
wegetatywny trwa ponad rok, nie może, z moralnego punktu widzenia, usprawiedliwić
decyzji o zaniechaniu lub zaniedbaniu minimalnej opieki nad pacjentem, która
obejmuje odżywianie i podawanie płynów. Jedyną i nieuniknioną konsekwencją
takiej decyzji byłaby bowiem śmierć z głodu i z pragnienia. Dlatego też,
jeśli jest podjęta świadomie i dobrowolnie, nabiera znamion autentycznej
eutanazji przez zaniechanie"[9].
Cień i światło Krzyża
To wszystko w sposób precyzyjny odnosiło się do sytuacji Terri Schiavo. Jej
brat Bobby z bólem stwierdza, że wielu prominentnych katolików w USA odrzucało
to jasne nauczanie. Bobby zauważa, że w mentalności licznych Amerykanów zaszły
zmiany dające się porównać z tym, co się dokonało w hitlerowskich Niemczech,
skoro skazuje się na śmierć przez zagłodzenie ludzi, i to "z błogosławieństwem
lekarzy, prawników i mediów". Bobby przytacza fakty z najnowszych dziejów
Ameryki, że za takie właśnie przestępstwa (zagłodzenie na śmierć osoby niepełnosprawnej)
skazywano na ciężkie kary więzienia. Brat Terri widzi w tej zmianie mentalności
punkt krytyczny, który – analogicznie jak przy procesie Roe przeciw Wade
otworzył drogę tzw. aborcji – tak teraz ma otworzyć drogę eutanazji[10].
Kiedy sąd na Florydzie wydał decyzję równającą się wyrokowi śmierci na Terri,
Bobby zadawał sobie klasyczne w tej sytuacji pytania: "Jak to możliwe?
Jak Bóg mógł na coś takiego pozwolić?". Rodzina Terri udała się z prośbą
o pomoc do biskupa tej diecezji, na której terenie przebywała chora (chodziło
o biskupa Roberta Lyncha). Biskup jednak nie pomógł w niczym, pomimo iż mógł
powołać się na naukę Kościoła i na głosy protestu wielu katolików. Wtedy
– jak twierdzi Bobby – skończyła się w nim wiara. "Nie mogłem znaleźć
żadnej racji uzasadniającej, dlaczego Pan Bóg na to pozwolił".
Bobby opisuje w sposób szczery i autentyczny swój głęboki dramat. Jego przyjaciele
jednak modlili się za niego. W czasie pewnej wizyty u Terri jej przyjaciółka
Kathy Lambert prosiła ją, aby modliła się za brata. Bobby to zapamiętał. Niedługo
potem przez jakiś szczęśliwy traf natknął się w katolickiej telewizji EWTN
na rozmowę z aktorem J. Caviezelem grającym rolę Chrystusa w filmie "Pasja". "Nie
mogę opisać, jakie wrażenie wywarł na mnie ten wywiad i jak inspirująco przemawiał
Caviezel o swojej czci dla Chrystusa, a także dla Jego Matki, Maryi".
Bobby oczywiście poszedł na film – i to nawet trzy razy, raz ze swoją rodziną.
Odtąd zaczął się gorliwiej modlić i starał się głębiej rozumieć trudne sprawy
życia ludzkiego. Zauważył, że tragedia jego siostry przyniosła pewne zauważalne
efekty: wielu ludzi serdecznie pozdrawiało jego rodzinę, twierdząc, że "Terri
zmieniła ich życie i że nieustannie jednoczą się z nią w modlitwie".
Bobby uważa, że los Terri jest wezwaniem, by walczyć o świętość życia. "Dlatego
moja rodzina kontynuuje tę walkę, ukazując, jaką straszną rzeczą jest to, co
się stało, czynimy, co możemy, aby zwalczyć tę 'kulturę śmierci’ rozpowszechniającą
się w naszym kraju". Świeckie media oczywiście przypuściły zdecydowany
atak "przeciwko wszystkim, którzy mogą zagrażać ich planom propagowania
śmierci". Nawiązując do śmierci Jana Pawła II, Bobby mówi: "Nie wierzę,
że ta zbieżność pomiędzy śmiercią Terri a śmiercią Ojca Świętego nie zawiera
wewnętrznej zgodności. Byliśmy świadkami ogromnej męki naszej siostry, której
odmówiono pożywienia i wody (…) a także tego, jak dokarmiano sztucznie Ojca
Świętego wtedy, gdy Terri umierała. Byliśmy wzruszeni głęboko, dowiedziawszy
się, że Ojca Świętego powiadomiono o śmierci Terri. To jakby sam Bóg chciał
przypomnieć światu, że każde życie ludzkie ma jednakową wartość w Jego oczach
i my popełniamy zło, usiłując decydować, kto jest godny, by go karmić, a kto
nie; i w jaki sposób Ojciec Święty był zjednoczony z Terri w jej cierpieniu".
Jest to historia, która każe nam zastanawiać się nad tym, jak tajemnica Krzyża
oświetla drogi ludzkiej egzystencji i ujawnia zamysły ludzkich serc… To pokazuje
także, jaką straszną rzeczą jest dyktatura mediów opanowanych przez ludzi zaprzedanych
służbie kłamstwu. Jest to jeden z głównych czynników prowadzących dziś do zniewolenia
umysłów wielu ludzi, a nawet całych narodów.
ks. prof. Jerzy Bajda
[1] Life after Two Deaths, Spectator, 29.03.06.
[2] Terri Schiavo – the first anniversary, Commentary, 31.03.2006.
[3] Terri Schiavo’s Painful Euthanasia Death Began One Year Ago Today, LifeNews.com.
Editor
[4] 20.03.2004, Człowiek chory zawsze zachowuje swą godność, "L’Osservatore
Romano" 6, 2004, s. 20-22.
[5] Tamże, n. 2, s. 21.
[6] Tamże.
[7] Tamże, n. 3.
[8] Tamże, n. 4.
[9] Tamże.
[10] Nie brakło głosów, które zwracały uwagę na takie niebezpieczeństwo: por.
Editorial "Dangerous NY Bill Would encourage Another Schiavo Tragedy", "North
Country Gazette", 31.03.2006.
