Maryjny znak
"Między Fatimą i niebem pojawił się nowy most" – mówił patriarcha
Lizbony podczas pogrzebu Siostry Łucji, która zmarła w fatimskim dniu, 13
lutego 2005
roku. Nie wiedział jeszcze, że za kilka tygodni pojawi się kolejny most,
jeszcze ważniejszy, przez który, kto wie, czy wkrótce nie przejdzie cały Kościół.
Zwróćmy
uwagę na fakt, że po odejściu Łucji dos Santos trzy najbliższe daty fatimskie
niebo powiązało z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Były to kolejno: pierwsza
sobota marca, marcowy dzień fatimski (13 dzień miesiąca) i pierwsza sobota
kwietnia. Dwie pierwsze daty wpisały się w pontyfikat Jana Pawła II cudami
będącymi manifestacją potęgi Niepokalanego Serca Maryi; trzeba nam będzie
o nich opowiedzieć. Potem… zaległa cisza. Na dokładnie dwadzieścia dni niebo
"odsunęło się" od Watykanu. Przypomina się nam od razu, co stało się w
Jerozolimie,
kiedy Bóg opuścił Jezusa na dwadzieścia ostatnich godzin Jego ziemskiego
życia… Podobieństwo jest do tego stopnia uderzające, że mamy prawo pytać,
czy Następca
Chrystusa na ziemi nie powtórzył ofiary całopalnej Odkupiciela. Czy nie
stał się żertwą wynagradzającą za grzechy świata? Co więcej, czy Jego śmierć
nie
stała się bramą wyprowadzającą nas na szlak zadośćuczynienia za zło tego
świata. Szlak pierwszych sobót, wynagradzania, ofiary, bycia dla innych.
Maryjny od zawsze
On był zawsze maryjny. Gdy zabrakło Mu matki, która modliła się z Nim do Najświętszej
Panienki, Tę najbliższą swej matce uczynił swoją Rodzicielką. Pamiętamy ten
wzruszający kadr z Jego życia: mały chłopiec wspina się na krzesło, by być
blisko wizerunku Madonny i wypowiedzieć słowa dziecięce, ale już jak wykute
w granicie: "Teraz Ty będziesz moją Matką!" I była.
Szedł z Nią przez życie jak prowadzony za rękę. Nic nie było przypadkowe, niepotrzebne.
Czasem wydarzenia bolały, ale nigdy nie były pozbawione sensu, nieukierunkowane
na cel. Laicy krzykną od razu, że Matka Najświętsza prowadziła Go na stolicę
Piotrową na Watykanie, ale my pokręcimy głowami: Nie, Matka Najświętsza prowadziła
Go do świętości. A że ostatni odcinek drogi szedł jako Papież? To nie był cel.
To tylko zadanie, które zlecił mu Bóg – przez Maryję.
Jego maryjność była bardzo tradycyjna. Wypełniały ją Godzinki, Różańce, pielgrzymki,
znane na pamięć modlitwy. Potem pojawił się napisany językiem tradycyjnej pobożności
"Traktat o prawdziwym nabożeństwie". I tu po raz pierwszy ujawnia się maryjny
geniusz Karola Wojtyły: człowiek ten umiał przedrzeć się przez szatę niedzisiejszych
słów i dotknąć swym sercem, rozumem i wolą – całym sobą – tej ponadczasowej
prawdy, jaką przekazywał mu św. Ludwik de Montfort. Wojtyła zrozumiał, że trzeba
być całym dla Maryi, by być w pełni dla Jezusa, dla Kościoła, dla ludzi.
Coraz bardziej
Totus Tuus
Żył całkowitym oddaniem się Matce Bożej – tym wielkim TOTUS TUUS św. Ludwika.
Gdy zostanie biskupem, to zawierzenie Maryi rozszerzy o poświęcenia Jej swego
Narodu. Czy to przede wszystkim nie dzięki Wojtyle jako pierwsza na świecie
społeczność staliśmy się własnością Maryi w duchu doskonałego nabożeństwa,
głoszonego przez św. Ludwika Grignion de Montfort. Po uroczystościach milenijnych
ówczesny metropolita krakowski ks. kard. Karol Wojtyła mówił: "Tu i teraz (…)
pragniemy Ci, Matko Chrystusowa, oddać całą naszą przyszłość. Czynimy to bardzo
skrupulatnie i bardzo gruntownie (…), bo chcemy stworzyć mocny fundament
dla przyszłości naszego Narodu (…). Ten mocny fundament znajdujemy w doskonałym
nabożeństwie do Ciebie, Matki Chrystusowej, Bogarodzicy. (…) Jesteś fundamentem,
na którym budujemy i zawierzamy Ci naszą przyszłość (…). Zawierzamy Ci tych,
którzy po nas przyjdą, ażeby mieli jednego z nami ducha, ażeby tego ducha nikt
i nic nie zgasiło. (…) W Twoich rękach cała nasza przeszłość i w Twoich rękach
cała nasza przyszłość. Amen".
Widzimy, jak przyszły Papież rozszerza swe TOTUS TUUS o kolejne kręgi; w 1966
r. jednym z nich stał się nasz Naród. Dopiero po zamachu spostrzeże, że może
nie tylko powiększać swe maryjne oddanie na zewnątrz, wpisując weń ludzi, ludy
i narody, ale w końcu cały świat. W 1981 r. zrozumie, że Jego całkowitemu oddaniu
brakowało czegoś osobistego.
Pierwsze
"pierwsze soboty"
Lubił soboty: dni Matki Bożej, czas wspominania Maryi jako najbliższej Bogu
i najbliższej nam, grzesznikom. Szybko odkrył, że sobota jest dniem maryjnym,
gdyż w Wielką Sobotę tylko w Sercu Matki Najświętszej Kościół zachował swą
wiarę w Jezusa Chrystusa Syna Bożego. Wszyscy zwątpili, uciekli, najgłośniej
wierzący głośno wyparli się Zbawiciela. Jedna Maryja wierzyła. W soboty Wojtyła
uczył się Jej wiary.
W ramy tradycyjnej pobożności maryjnej czasów młodego Karola były wpisane pierwsze
soboty. Pierwszy piątek wiązał się z nabożeństwem objawionym św. Małgorzacie
Alacoque w 1673 r., a pierwsza sobota była prostym przeniesieniem miłości do
Jezusa na płaszczyznę maryjną. Jak tłumaczył potem Jan Paweł II, "Ludzie potrzebują
Maryi! To Ona otwiera nam drogę do Serca Syna". Rozumiał to Kościół, czyniąc
zeń zwornik pobożności maryjnej i obdarzając je licznymi odpustami. Ostatni
raz uczynił to – uwaga! – w 1936 r., w czasie kiedy rozpowszechniało się już
nowe nabożeństwo pięciu sobót…
Uprzedźmy nasze rozumowanie i powiedzmy już teraz: ta dawna pierwsza sobota
nie jest tą samą, na którą wskazał ostatni z "papieskich znaków Fatimy". Dzień
2 kwietnia 2005 r. mówi o innym nabożeństwie pierwszych sobót. Nazwa pozostała
ta sama, ale istota… jakże nowa!
Miesiąc po miesiącu pierwsze soboty wyznaczały maryjny rytm życia Kościoła.
Przez te pierwsze soboty wędrował wiernie Karol Wojtyła. Wprawdzie gdy miał
pięć lat, już Matka Najświętsza objawiła "nowe" nabożeństwo pierwszych sobót,
ale dowiedział się o nim dopiero 56 lat później… Przez wszystkie lata szkolne
i uniwersyteckie, czas seminaryjny, czas studiów rzymskich, pracy kapłańskiej,
posługi biskupiej i pierwszych trzech lat służby na stolicy św. Piotra odprawiał
on wiernie swe ukochane pierwsze soboty, ale nie te, na które wskazał jeden
ze znaków pozostawionych przez Boga w Jego śmierci. Sam przyznawał, że w dniu
zamachu niewiele jeszcze wiedział o Fatimie. Nie znał prośby Maryi o ustanowieniu
na świecie nabożeństwa do Jej Niepokalanego Serca i Jego dwóch głównych elementach:
"poświęcenia Rosji i Komunii św. wynagradzającej w pierwsze soboty".
W sercu Karola Wojtyły mieszkał bretoński mistyk i Jego "mała niebieska książeczka".
Wciąż jednak nie było w nim jeszcze Fatimy.
Wincenty Łaszewski
