Zobaczyć twarze swoich prześladowców

Stanisław Radkiewicz, pierwszy szef Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego,
czy Czesław Kiszczak, ostatni zwierzchnik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych,
to osoby powszechnie znane. W całej Polsce mieli na swoje rozkazy tysiące lojalnych
pracowników. Ich nazwiska są najczęściej nieznane albo utonęły w niepamięci.
Tymczasem to oni kierowali lokalnymi wydziałami policji politycznej. Na wystawie "Twarze
krakowskiej bezpieki" w krakowskim Pałacu Sztuki pokazano funkcjonariuszy
bezpieki kierujących poszczególnymi pionami operacyjnymi i pomocniczymi. Reprezentują
oni kilka tysięcy lokalnych funkcjonariuszy UB-SB, dzięki którym przez 45 lat
możliwe było pacyfikowanie Krakowa, od wojny tradycyjnie niechętnego systemowi
komunistycznemu.
W latach 1945-1956 Wojewódzkim Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie
kierowało kolejno osiem osób: Władysław Imiołek-Śliwa, Jan Frey-Bielecki, Jan
Olkowski, Teodor Duda, Grzegorz Łanin, Lutosław Stypczyński, Stanisław Filipiak
i Józef Koperek, później Marecki. W latach 1957-1989 krakowską bezpieką kierowało
kolejno siedem osób: Józef Koperek, Bolesław Wejner, Artur Mickiewicz, Stanisław
Wałach, Stefan Gołębiowski, Adam Trzybiński i Wiesław Działowski. To tylko
najważniejsze osoby w regionie.
– Na wystawie są sami szczególnie zasłużeni funkcjonariusze SB. To był aparat
działający jak bardzo skomplikowany mechanizm, w którym nie ma niepotrzebnych
trybów – podkreśla Teodor Gąsiorowski z krakowskiego Instytutu Pamięci Narodowej.

Awans za skuteczność
SB nie była służbą, w której automatycznie awansowało się za sam staż pracy.
Na stanowiska kierownicze trzeba było sobie zasłużyć. Nie trafiali tam ludzie
przypadkowi. Widać natomiast powiązania rodzinne.
– Można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z korporacją zawodową. Mamy dynastie
funkcjonariuszy: dziadkowie, rodzice, synowie, bracia… W służbie tworzyły
się klany rodzinne – dodaje Teodor Gąsiorowski.
Dziś trudno mówić, jak powiązania rodzinne wpływały na awans pracowników SB.
Można przypuszczać, że syn naczelnika mógł szybciej awansować niż osoba "pracowita",
wspinająca się tylko na mocy swoich "zasług". Ale potwierdzenia tego
nie znajdziemy w dokumentach. Ludzie z kierowniczych stanowisk generalnie byli
znani w środowisku esbeckim. Jednak niemile widziane było, kiedy o nich się
mówiło, pisało. Często w kontaktach ze światem zewnętrznym używali nazwisk
operacyjnych. Czasami kilku funkcjonariuszy używało tego samego nazwiska. To
dziś utrudnia identyfikację esbeków.

350 najważniejszych
Na wystawie przedstawiono 150 osób, w specjalnie wydanym katalogu jest ich
350. – W katalogu znajdują się wszyscy wysocy funkcjonariusze z lat 1945-1990.
Jest 600 stanowisk kierowniczych, przez które te 350 osób przewija się w
różnych konfiguracjach – mówi T. Gąsiorowski. Przy niektórych nazwiskach
brakuje fotografii. To dlatego że w krakowskich aktach nie zostały one odnalezione.
Często główna teczka osobowa była przekazywana wraz z przejściem funkcjonariusza
do innego regionu. Prawdopodobnie jednak podobnych katalogów doczekamy się
niedługo w innych miastach wojewódzkich, brakujące zdjęcia mogą się więc
odnaleźć. Skompletowanie teczek personalnych funkcjonariuszy nie powinno
archiwistom sprawić problemu. Są to dokumenty poświadczające zatrudnienie.
Być może część zawartości akt została zniszczona, jednak dane na temat czasu
pracy, zajmowanych funkcji czy wynagrodzeń pozostały. W zachowanych dokumentach
można znaleźć także wykazy zarówno zasług, jak i nagan.
– Istniała specjalna bezpieka w bezpiece. Był to wydział kontroli specjalnej,
który nadzorował funkcjonariuszy i sprawdzał, czy to, co oni sami o sobie piszą
i mówią, jest prawdziwe – dodaje T. Gąsiorowski. Zwykły człowiek stykał się
zazwyczaj z pracownikami wydziałów operacyjnych SB. Te jednak nie mogłyby pracować,
gdyby nie było osób zajmujących się inwigilacją, podsłuchami, dostarczających
elektronikę do tego służącą czy opracowujących zebrane informacje. SB miała
także świetnie zorganizowane archiwum, w którym łatwo można było znaleźć informacje
o niemal każdym obywatelu PRL.
– Kiedy ktoś raz trafiał w zakres zainteresowania służby, to miał już swoją
fiszkę i można było go w każdej chwili szybko znaleźć. W biurze ewidencji pracowali
najbardziej zaufani towarzysze – wyjaśnia T. Gąsiorowski.

45 lat w służbie partii
Zaraz po wojnie działania bezpieki były szczególnie brutalne. Ludzi zmuszano
do mówienia siłą, torturami. Wraz z upływem czasu stosowano bardziej subtelne
metody działania, pojawiali się coraz lepiej wykształceni funkcjonariusze.
W latach 60. wręcz zmuszano ludzi z "awansu społecznego", by kończyli
szkoły. W latach 70. i 80. werbunki przeprowadzano często na wyższych uczelniach.
Zdolni absolwenci kuszeni byli dużymi pieniędzmi, możliwością szybkiego awansu
oraz "pracy dla dobra kraju". Werbunki odbywały się zawsze według
potrzeb. Początkowo sięgano po osoby z partyjnej kadry i zaufanych ludzi.
Żeby rozpocząć pracę w bezpiece, trzeba było złożyć podanie, otrzymać partyjną
rekomendację i przejść przez sito weryfikacyjne. Z upływem czasu w szeregi
bezpieki wstępowały rodziny już pracujących w resorcie. Zatrudniano także
specjalistów z różnych dziedzin. Rozwijała się technika i mniej potrzebni
byli ludzie, którzy zajmowali się śledzeniem. W ich miejsce pojawiali się
elektrotechnicy, elektronicy potrafiący podłączyć się do telefonu czy założyć
aparaturę podsłuchową.
– Wydziały techniczne SB stały na wysokim poziomie i zatrudniały ludzi znających
się na rzeczy. Wydziały operacyjne sięgały po ludzi z wykształceniem humanistycznym
i prawniczym, przygotowanych w szkołach do składania obrazu z fragmentów informacji
– zauważa T. Gąsiorowski. Czasami na tych stanowiskach pojawiali się ludzie
sprawdzeni i zaufani, polecani przez komitety wojewódzkie, wcześniej niemający
nic wspólnego ze służbami.
– Trzeba pamiętać, że nie były to "służby specjalne", lecz aparat
bezpieczeństwa PRL-u, a dokładniej, rządzącej partii – podkreśla T. Gąsiorowski.
Od 1944 do 1990 roku funkcjonariusze komunistycznej policji politycznej byli "zbrojnym
ramieniem partii". Stanowili swego rodzaju tarczę broniącą przed społeczeństwem,
a zarazem rękę wymierzającą karę niepokornym i eliminującą aktywnych działaczy
niepodległościowych.
W latach 1944-1990 peerelowski aparat represji przechodził różne zmiany strukturalne.
Nie miały one jednak wpływu na jego główne zadanie – ochronę władzy partii
komunistycznej. Jak podkreślają autorzy wystawy "Twarze krakowskiej bezpieki",
ekspozycja zdejmuje zasłonę okrywającą do tej pory lokalnych funkcjonariuszy
UB-SB. Ukazuje ludzi, którzy ponoszą odpowiedzialność za konkretne działania
wymierzone w Polskę i Polaków, a będące w interesie komunistów i ZSRS.

Marcin Austyn

Wystawę "Twarze krakowskiej bezpieki" w Pałacu Sztuki w Krakowie
można oglądać do 17 kwietnia br.

drukuj