Dać dziecku miłość

Wiele dzieci porzuconych przez swoich biologicznych rodziców
czeka na rodzinę. Te starsze w domach dziecka lub pogotowiach rodzinnych, te
malutkie, dopiero
co narodzone, jeszcze w szpitalach. Choć jest ich wiele, łączy je jedno –
wszystkie czekają na miłość, na to, że przyjdzie ktoś i powie: "Cześć, od dziś jesteś
mój. Nie bój się, wszystko będzie dobrze. Długo na ciebie czekałem".
Adopcja – dla wielu ludzi to jedyny sposób na to, by zostać rodzicami, by
stać się rodziną. Trzeba jednak pamiętać, że zgodnie z kodeksem rodzinno-opiekuńczym
celem adopcji nie jest zaspokojenie potrzeb rodzicielskich, ale przede wszystkim
dobro dziecka, które już zostało skrzywdzone przez los, tracąc biologicznych
rodziców.
– W swojej pracy z kandydatami na rodziców adopcyjnych spotkałam kiedyś mamę,
która długo starała się o własne dziecko. Kiedy okazało się, że nie może
go mieć, powiedziała mi zdanie, które do dzisiaj mam w pamięci: "Dotarło
do mnie, że tak naprawdę nie chodzi o to, by być w ciąży, ale by mieć DZIECKO" –
mówi Małgorzata Kapica, psycholog Publicznego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego
w Krakowie.

Czekają na miłość
Małżonkowie Krystyna i Wojciech wiele lat czekali na dziecko. Gdy mimo starań
nie doczekali się własnego potomka, pojawiła się myśl o adopcji.
– Któregoś wieczoru Krysia powiedziała mi, że nie możemy dłużej tak żyć. Niczego
nam nie brakuje materialnie, więc musimy znaleźć kogoś, z kim będziemy mogli
to dzielić – opowiada Wojciech, który przyznaje, że słowa żony nieco go zaskoczyły.
– Widziałam jego przerażenie. Nie powiedział jednak "nie", a to był
dobry znak – opowiada Krystyna.
Po pewnym czasie wróciła do tematu i zaproponowała wizytę w ośrodku adopcyjnym.
Tam uzyskali wszelkie potrzebne informacje. A potem podczas długiej wieczornej
rozmowy podjęli decyzję, że przyjmą do swojego domu nowo narodzonego malucha.
Ich "adopcyjne rodzenie" trwało kilka miesięcy. Musieli przejść odpowiednie
szkolenie, wypełnić stosowne dokumenty. W końcu otrzymali wiadomość, że ich
dziecko czeka na nich. Wzruszenie, łzy, radość i… niepewność. Ania była taką
kruszynką. Od razu ją pokochali, stała się ich córeczką, wymarzoną, wyśnioną.
W domu czekało na nią łóżeczko, ubranka, zabawki i… dwoje kochających rodziców.
Dziś Ania ma 15 lat. Oprócz mamy i taty ma jeszcze dwóch młodszych braci: Karolka
i Janka. Obaj chłopcy także zostali adoptowani. Są rodzonymi braćmi.
Dzieci wiedzą, że Krystyna i Wojciech są ich przybranymi rodzicami. – Nie chcieliśmy
tego przed nimi kryć. Zresztą Karolek, kiedy do nas przyszedł, miał już 5 lat,
a Janek 3. Chłopcy wiedzą, że ich rodzice nie żyją, że byli w domu dziecka.
Ania wie, że jej mama miała już czworo dzieci, są ubodzy, więc nie mogła zamieszkać
w domu. W tych trudnych momentach, kiedy dzieci pytają o swoją biologiczną
rodzinę, staramy się być z nimi, tłumaczyć, co się stało. Nie ukrywam, że jest
to trudne, ale czy w normalnych rodzinach nie zdarzają się takie niełatwe rozmowy.
Kochamy nasze dzieci, a one nas. Mamy dla kogo żyć, to się liczy – podkreśla
Krystyna.

Nie ukrywają korzeni
– Po kilku latach nieskutecznego leczenia podjęliśmy z mężem decyzję o adopcji.
Zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego na początku maja 2003 roku – rozpoczyna
swoją opowieść Alicja Koperek.
Małżonkowie szybko zgromadzili dokumenty, a tydzień później pracownicy ośrodka
odwiedzili ich dom. Dwa razy w tygodniu brali udział w specjalnym szkoleniu.
Już miesiąc później, w czerwcu, otrzymali telefon ze szpitala, że właśnie urodziła
się dziewczynka i matka jest zdecydowana ją tam zostawić.
Matka w sądzie podpisała oświadczenie, że zrzeka się praw rodzicielskich, a
sąd wyznaczył państwa Koperków na rodzinę dla dziewczynki.
– Kupiliśmy wszystkie niezbędne dziecku rzeczy i czekaliśmy. Kiedy nastał ten
wspaniały dzień, byłam cała w skowronkach. Wiedzieliśmy jednak, że czeka nas
jeszcze spotkanie z matką dziewczynki. To ona niejako nas wybrała. Wiedziałam,
jak jest jej ciężko. Miała już bowiem gromadkę dzieci, wszystkie bardzo kochała.
Maria niejako przekazała nam swoje dziecko, poprosiła o to, byśmy je kochali
i dali mu na imię Joanna. Oczywiście do niczego nas nie zmuszała. Prosiła.
Była bardzo smutna, ale nie płakała – opowiada Alicja Koperek.
Nowi rodzice Joanny, wspominając swoje pierwsze spotkanie z przybraną córką,
nie kryją wzruszenia. – Od razu się w niej zakochałem. Była taka śliczna, niewinna.
Tak pięknie na nas patrzyła swoimi oczyma – opowiada pan Wiesław.
Nowi rodzice Asi postanowili nie zrywać kontaktu z biologiczną rodziną dziewczynki.
Spotykają się z nimi przynajmniej 3-4 razy w roku. – Nie chcemy, by Asia miała
jakąś "pustkę" w życiu. Nie chcemy przed nią ukrywać jej prawdziwych
korzeni, więc nie ma powodu, by nie znała swoich prawdziwych rodziców i rodzeństwa.
Dla nas, rodziców adopcyjnych, to na pewno będzie trudne, ale tu nie chodzi
o nas, lecz o dziecko. Jesteśmy po to, by Asię wspierać, dawać jej poczucie,
że jest potrzebna, ważna i kochana. Tylko wtedy wyrośnie na pewną siebie, szczęśliwą
kobietę – mówią małżonkowie.
Na pytanie, czy nie boją się, że Asia kiedyś od nich odejdzie, odpowiadają:
– Każde dziecko odchodzi prędzej czy później od rodziców i tworzy własną rodzinę.
Kochamy naszą córeczkę, dajemy jej miłość i mamy nadzieję, że wszystko ułoży
się dobrze. Mieszkamy na wsi. Tu wszyscy wiedzą, że Asia jest dzieckiem adoptowanym.
Jeśli sami nie powiedzielibyśmy jej o tym, na pewno znalazłby się ktoś "życzliwy",
kto by nas wyręczył. Czy Asia nie cierpiałaby wtedy bardziej? – pytają.

"Spłacam dług"
Pani Krystyna była dzieckiem adoptowanym. Dowiedziała się o tym, gdy miała
18 lat. Jak mówi, tego dnia nie zapomni do końca życia.
– Miałam wspaniałych rodziców, czułam ich miłość, radość z moich sukcesów.
Nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło, że zostałam adoptowana – wspomina pani
Krystyna.
Kiedy rodzice powiedzieli jej o adopcji, poprosiła, by zostawili ją samą. Po
kilku godzinach bicia się z myślami wyszła z pokoju, zarzuciła swojej adopcyjnej
mamie ręce na szyję i powiedziała tylko: – Dziękuję. Bardzo was kocham.
Nigdy nie pytała o swoich prawdziwych rodziców, nie szukała korzeni. Postanowiła,
że to zostanie tajemnicą, do której nie będzie wracać. – Ktoś nie mógł się
mną zająć. Umarł? Był biedny? Samotny? Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć.
Ważne jest to, że mama mnie urodziła, a potem oddała do adopcji. Pozwoliła,
by mnie ktoś pokochał. Za to jestem jej bardzo wdzięczna i każdego dnia modlę
się za moich podwójnych rodziców – wyznaje kobieta.
Pani Krystyna wyszła za mąż. Doczekała się czworga swoich dzieci. Piąte adoptowała.
– Jeszcze przed ślubem powiedziałam swojemu przyszłemu mężowi, że bez względu
na to, ile dzieci da nam Pan Bóg, jedno muszę adoptować. To jest niejako spłata
mojego długu wobec Pana Boga, rodziców, społeczeństwa. Ktoś mi dał szansę,
ktoś mnie pokochał, więc ja także chcę kochać – opowiada kobieta.

Z pomocą dzieciom
Jak podkreśla Katarzyna Rys, kierownik działu pomocy dzieciom w Miejskim Ośrodku
Pomocy Społecznej w Krakowie, nie każde dziecko znajdujące się w domu dziecka
może być adoptowane.
– Wielu rodziców, porzucając dziecko, nie zrzeka się praw rodzicielskich, a
to jest przeszkoda do adopcji. Adopcyjni rodzice niechętnie biorą też do siebie
dzieci niepełnosprawne. Dla nich wszystkich tworzymy rodzinne domy dziecka
czy rodziny zastępcze. W samym Krakowie takich dzieci jest około trzystu –
wyjaśnia Katarzyna Rys.
Jeden z trzech rodzinnych domów dziecka, jakie powstały w Krakowie, stworzyła
pani Barbara. Wraz z mężem otrzymali domek, który stał się rodzinnym domem
dziecka. Dziś mieszka w nim 10 dzieci.
Dom prowadzony przez panią Barbarę w niczym nie przypomina tradycyjnego domu
dziecka. Dzieci mają swoje pokoje (2-3-osobowe) na poddaszu. Aż miło do nich
wejść, taki tam ład i porządek. Na dole jest duża kuchnia, pokój z komputerem
i telewizorem, a na zewnątrz dużo miejsca do biegania.
– Żyjemy tu tak, jak żyje się w normalnych domach. Wstajemy, modlimy się, myjemy,
jemy śniadanie, które zawsze przygotowuje nam wujek, idziemy do szkoły (nikt
oprócz wychowawcy nie wie, że mieszkamy w domu dziecka. Koledzy wiedzą, że
mamy dużą rodzinę!), wracamy, jemy obiad, potem przy ładnej pogodzie jesteśmy
na zewnątrz, gdzie gramy np. w piłkę, następnie odrabiamy lekcje itd. Codziennością
są również dyżury: mycie naczyń, sprzątanie czy prasowanie – mówi Dominika.
Na pytanie, jak dziś z perspektywy kilku lat patrzy na swoje dzieło, pani Barbara
odpowiada, że jest bardzo szczęśliwa. – Postawiłam przed sobą i swoją najbliższą
rodziną cel: chcę moim małym dzieciom dać szansę na ukończenie studiów, zdobycie
zawodu. Chcę pomóc im dobrze żyć. Teraz potrzeba ich dobrej woli, a tej na
razie nie brakuje – zastanawia się kobieta.

Rodziny zastępcze
Inną formą pomocy dzieciom są rodziny zastępcze. Dziś są już różne ich rodzaje:
spokrewnione, niespokrewnione i zawodowe (wielodzietne, specjalistyczne oraz
pogotowia rodzinne).
Czym jest zawodowa rodzina zastępcza? – Jest to rodzina niespokrewniona z dzieckiem,
która podpisuje umowę z gminą, że podejmuje opiekę nad dzieckiem i otrzymuje
za to wynagrodzenie – wyjaśnia Katarzyna Rys. – Chcemy na terenie Krakowa zlikwidować
duże domy dziecka i stworzyć dzieciom warunki jak najbardziej zbliżone do domu,
do rodziny – dodaje.
Aby zostać rodziną zastępczą, nie trzeba spełniać jakichś szczególnych kryteriów.
– Niepotrzebne jest wykształcenie pedagogiczne, ale trzeba przejść specjalistyczne
szkolenie, które odbywa się w ośrodkach adopcyjno-opiekuńczych. Jedno z małżonków
nie może pracować, aby móc zajmować się dziećmi. Warto zaznaczyć, że takie
rodziny są zobowiązane do współpracy z biologiczną rodziną dziecka – podkreśla
Katarzyna Rys.
Pracownica MOPS w Krakowie ma nadzieję, że nie będzie problemu ze znalezieniem
chętnych do prowadzenia zawodowych rodzin zastępczych. Wszak wielu ludzi dobrej
woli już wcześniej zgłaszało swoją chęć pomocy dzieciom. A tych nie brakuje.
Porzucone przez biologicznych rodziców czekają na swoją szansę. Czekają na
miłość…

Małgorzata Pabis

drukuj