„Sercem Polak” – opowieść o życiu Chopina (7) „Mazurek palmejski”

"Poznałem wielką znakomitość, panią Sand, ale twarz jej niesympatyczna,
nie podobała mi się, jest w niej coś odpychającego" – oto pierwsze wrażenie
Fryderyka Chopina ze spotkania z baronową Amantyną Lucyllą Aurorą Dudevant,
sławną pisarką znaną pod męskim pseudonimem George Sand. Było lato roku 1837. To
pierwsze wrażenie Chopina trwa. "Jakaż to niesympatyczna kobieta ta Sand! I czy
to naprawdę kobieta? Gotów jestem w to wątpić" – wycedził, spotkawszy ją w
jednym z salonów. A ona? "Poczułam zmieszanie i trwogę, gdy sobie zdałam sprawę
z wrażenia, jakie wywarło na mnie to wątłe stworzenie…". 

"Kochaj mnie, drogi aniele…"
Używała tylko trzeciego imienia Aurora, czyli Jutrzenka. Przemieszała się w niej
krew królewsko-germańskich pradziadów i prababek – paryskich przekupek. Jej
pradziadkiem był ni mniej, ni więcej tylko August Sas Mocny – król polski. Jej
babka była wytworną hrabiną, ojciec pięknym oficerem, matka statystką-tancerką w
najbiedniejszym teatrzyku Paryża… Mając zaledwie dziewiętnaście lat, Aurora
wyszła za mąż za barona Kazimierza Dudevanta z przydługim nosem i przyciężkim
dowcipem. Urodziła mu dwoje dzieci – córkę Solange i syna Maurycego. Rozwiedli
się i George wywalczyła opiekę nad dziećmi. Była ogromnie pracowita, jej siła
woli, energia i niewątpliwe zdolności zaowocowały ogromnym plonem – napisała 60
powieści i ponad 35 tysięcy listów. Tylko kto jeszcze dziś czyta George
Sand…? 
Jaki jej wizerunek zostawili nam wielcy współcześni? "Jej rozkoszne kasztanowe
loki sięgają ramion. Oczy omdlałe, może ich płomień przyćmiły łzy, albo wypalił
się w jej książkach, które roznieciły pożary w całym świecie, ale również
podpaliły wiele świątyń niewinności. Na jej ustach igra łagodny uśmiech, tylko
jej wysunięta dolna warga świadczy o zmysłowości. Ma piękne, wspaniałe ramiona.
Uroki łona niech opisują inni współcześni, ja stwierdzam moją niekompetencję w
tym względzie". Tak widział ją wielki poeta niemieckiego romantyzmu Henryk
Heine. Julian Ursyn Niemcewicz, adiutant Tadeusza Kościuszki, autor sławnych
"Śpiewów historycznych", zapisał w swoim dzienniku latem roku 1838, czyli
właśnie wtedy, gdy zaczynał się romans Chopina: "Jedną ze słynności literackich
jest pani George Sand, osoba mała, kształtna, piękna, duże czarne oczy, niewiele
mówiąca, ale zawsze dobrze. Talent pisania rzadki, życie – wolne niestety. Raczy
jednak wierzyć w Boga i nieśmiertelność duszy. Dla młodych – powabna. Oryginalna
w ubiorze, przyszła w arabskim burnusie i w szarawarach". Alfred de Musset,
subtelny poeta i zakochany w niej amant, kreśli taki wizerunek George Sand:
"Najbardziej kobieca z kobiet, które znałem. Czar moich oczu, zachwyt umysłu,
szaleństwo zmysłów, rozkosz serca…". 
Tworzyła z niesłychaną lekkością i szybkością, o czym Musset mówi żartobliwie,
ale nie bez zazdrości: "Napisałem dziesięć wierszy i wypiłem butelkę wina, ona
wypiła pół litra mleka i napisała pół tomu". Charles Baudelaire, wyrafinowany
poeta, autor "Kwiatów zła", ocenił ją srogo: "Ona jest głupia, ma ciężki i
rozwlekły styl. Jej idee moralne mają głębokość sądu i uczuć stróżek i
utrzymanek". Honoriusz Balzac, autor genialnego cyklu "Komedia ludzka", w liście
do swej polskiej miłości pani Eweliny Hańskiej, ogromnie zazdrosnej o wszystkie
domniemane fascynacje pana Honoriusza, tak złośliwie widział George Sand: "To
pisząca krowa. Dotarłem do zamku w Nohant, zastałem mojego kolegę Jerzego Sanda
w szlafroku, palącego cygaro. Miała na sobie żółte pantofle z frędzlami,
pończochy kokieteryjne i czerwone spodnie. Może już pochwalić się drugim
podbródkiem, który ją czyni podobną do kanonika. Była nieszczęśliwą z Mussetem,
co teraz pogrążyło ją w głębokim smutku. Złorzeczy i małżeństwu, i miłości, bo w
jednym i drugiej doznała tylu zawodów. Jest to mężczyzna, całkiem wyszła z roli
kobiety. Kobieta pociąga, a ona odpycha. Dlatego zawsze będzie nieszczęśliwa". 
Miała twarde, żołnierskie ruchy, mocne dłonie nasiąkłe tytoniem, władczy głos.
Dla porównania tego wizerunku przywołajmy portret Chopina, tak jak go widział
Franciszek Liszt: "Niewysoki, szczupły, ruchy miał pełne wdzięku, cera miała
przezroczystą delikatność. Faliste jasne włosy otaczały subtelną twarz… Jego
widok przywodził na myśl powój kołyszący na wiotkich łodygach cudnie zabarwione
kielichy". Zafascynowana Fryderykiem George posyła latem 1837 roku bilecik: "On
vous adore!" – Uwielbiam Pana!
Ale jest to czas, kiedy w życiu George Sand panuje ponury brunet z bielmem na
oku, niejaki Felicjan Mallefille. Właśnie w chwili, gdy George wyznaje
Fryderykowi swoje uwielbienie, pisze z zachwytem na temat jego Ballady g-moll,
nazywając ją "polską" i posyłając panegiryk – "ofiarę i dowód moich uczuć dla
Pana i jego bohaterskiej ojczyzny".
We wspomnieniach z lata 1838 roku zachowały się dramatyczne opisy, jak autor
tych pełnych adoracji dla Chopina słów przeżył odepchnięcie od George Sand, jak
o mało nie doszło do pojedynku, na który Mallefille chciał wyzwać Fryderyka,
czemu zapobiegł przyjaciel Chopina, bohater Powstania Listopadowego Wojciech
Grzymała. 
George Sand, strategicznie opracowując plan zdobycia Chopina, wysmażyła do
Grzymały na 32 stronicach nieprawdopodobny, kolosalny list. Analizuje w nim na
wstępie problem ewentualnego mariażu Fryderyka z Marią Wodzińską: "Nie czuję się
na siłach rozpocząć walki z widmem i wspomnieniem innej kobiety. Nikomu nie chcę
nikogo wykradać, co najwyżej więźniów strażnikom, skazańców katom, a więc Polskę
Rosji… Chcę się dowiedzieć, którą z nas dwóch powinien porzucić dla zachowania
swego spokoju, swego szczęścia, swego życia wreszcie, które wydaje mi się zbyt
wątłe i kruche, by je wystawiać na wielkie cierpienie. Nie chcę odgrywać roli
złego anioła. Zawsze potępiałam kobietę, jeżeli chciałaby być szczęśliwa kosztem
szczęścia mężczyzny. Mogę sobie zarzucić wiele szaleństw, nie popełniłam jednak
nigdy niskiego ani podłego uczynku. 
Znałam różne odcienie miłości: miłość artysty, miłość kobiety, miłość siostry,
miłość matki, miłość poety. Były takie, które życie moje zmieniały w mękę.
Każdy, kto obserwował mnie i czytał w tajnikach mojej duszy, widział mnie taką,
jaką jestem w istocie: entuzjastyczną wielbicielkę piękna, namiętnie łaknącą
prawdy, kobietę bardzo czułego serca". 
W tej olbrzymiej epistole George porusza bardzo ważną i intymną sprawę.
Zauważyła oto, że Chopin do fizycznej strony miłości odnosi się z odrazą i
lękiem: "Powiedział, że są rzeczy, które mogłyby mu popsuć wspomnienie. Kimże
jest ta nieszczęsna kobieta, która mu pozostawiła takie wspomnienie o miłości
cielesnej? Czyżby miał kochankę niegodną siebie? Biedny anioł! Należałoby
powiesić wszystkie kobiety, które zohydzają w oczach mężczyzn to, co jest
najbardziej godne szacunku i najświętsze na świecie". 
Kończy George Sand swoją gigantyczną epistołę akcentem samokrytycznym: "Mój list
jest przerażający. Odczytanie go zajmie Panu najmniej sześć tygodni". I stawia
ultimatum: "Jeżeli on nie może być szczęśliwy ze mną – trzeba, żebyśmy się
unikali i by zapomniał o mnie. Znajdę w sobie na to dość sił, ponieważ tu chodzi
o niego. Umiem się poświęcać dla tych, których kocham". Nie musiała się
poświęcać i wkrótce Fryderyk Chopin otrzymał wyznanie: "Kochaj mnie, drogi
aniele, szczęście moje najdroższe. Kocham Cię".
Hrabina d’Agoult, w której salonie się poznali i która uchodziła za przyjaciółkę
George, komentuje złośliwie: "I oto George zwiewa z Chopinem wygrzewać się w
słońcu prawdziwej miłości pod mirtami Palmy. Przyznajcie, że tak dobrej
opowieści nie wymyśliłby żaden pisarz. O ile znam ich oboje, znienawidzą się po
miesiącu wspólnego życia". Pomyliła się złośliwa hrabina d’Agoult o wiele lat. 
W listopadzie 1838 roku George Sand, jak sama mówiła – z trojgiem swoich dzieci
– córką Solange, synem Maurycym i młodszym od niej o lat sześć Fryderykiem
Chopinem, wyjechała do Hiszpanii, na Majorkę.

"Cicho… można krzyczeć… jeszcze cicho"
"Jestem w Palmie, między palmami, cedrami, kaktusami, oliwkami, pomarańczami,
cytrynami, aloesami, figami, granatami itd. (…) Niebo jak turkus, morze jak
lazur, góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie. W dzień słońce, wszyscy letnio
chodzą i gorąco; w nocy gitary i śpiewy (…). Słowem przecudne życie" – pisze
Chopin do przyjaciela Juliana Fontany 15 listopada 1838 roku. 
Lecz to "przecudne życie" w Palmie miało trwać krótko i skończyć się dość
dramatycznie. Zamieszkali w posesji, która nazywała się Dom Wiatrów. I nomen
niestety okazał się omen. Pierwszy wicher zmiótł "powietrze jak w niebie".
Zrobiło się zimno. Był to już przecież grudzień. Kubły z węglem żarzyły się w
pokoju Fryderyka i kopciły. 
"Jestem kaszlący i krząkający (…). To kraj diabelski, co się poczt, ludzi i
wygody tycze (…)" – pisze Chopin do Grzymały 3 grudnia 1838 roku. Do złego
samopoczucia Chopina przyczynia się także brak dobrego fortepianu, o czym pisze
do wydawcy swych utworów Kamila Pleyela: "Marzę o muzyce, lecz nie gram, bo tu
nie ma fortepianów. Jest to dziki kraj pod tym względem". 
Właściciel Domu Wiatrów, przerażony kaszlem Fryderyka, wymawia im mieszkanie.
George Sand postanawia wynająć siedzibę w opuszczonym klasztorze w pobliskiej
Valdemosie. Gdy ich kawalkada wyrusza – wlecze się za nią smuga dymu. To palą
wszystkie sprzęty z pokoju Fryderyka. 
3 grudnia 1838 roku napisał jeszcze do Fontany: "Chorowałem przez dwa tygodnie
jak pies: zaziębiłem się mimo osiemnastu stopni ciepła, róż, pomarańcz, palm i
fig. Trzech doktorów z całej wyspy najsławniejszych: jeden wąchał, com pluł,
drugi stukał, skądem pluł, trzeci macał i słuchał, jakem pluł. Jeden mówił, żem
zdechł, drugi – że zdycham, 3-ci – że zdechnę (…). Dziś jestem po staremu. To
jednak ma wpływ na Preludia, które Pan Bóg wie, kiedy dostaniesz. Mieszkać będę
za parę dni (…) w starym, ogromnym, opuszczonym, zrujnowanym klasztorze
kartuzów (…). Blisko Palmy, nic cudniejszego: krużganki, cmentarze
najpoetyczniejsze, słowem dobrze mi tam będzie. Tylko jeszcze fortepianu nie
mam". 
Ten piękny klasztor okazał się jednak miejscem wyjątkowo ponurym. 28 grudnia
1838 roku pisze Fryderyk do Fontany: "Między skałami i morzem opuszczony ogromny
klasztor kartuzów, gdzie w jednej celi (…) możesz sobie mnie wystawić
nieufryzowanego, bez białych rękawiczek, bladego jak zawsze. Cela ma formę
trumny wysokiej, sklepienie ogromne, zakurzone, okno małe, przed oknem
pomarańcze, palmy, cyprysy; naprzeciw okna moje łóżko na pasach, (…) moje
bazgrały i nie moje szpargały… cicho… można krzyczeć… jeszcze cicho…".
To przecież Mickiewiczowskie echo: "Stójmy! – jak cicho! (…). W takiej ciszy –
tak ucho natężam ciekawie, że słyszałbym głos…". Głos z Ojczyzny. I w tym
egzotycznym kraju wśród cyprysów i palm powstaje Mazurek e-moll op. 41 nr 1,
zwany palmejskim, a tak bardzo polski. 
22 stycznia 1839 roku Chopin wysyła Pleyelowi swoje Preludia z dokładnymi i
półżartobliwymi dyrektywami, jakich żąda honorariów za swoje utwory. Za Preludia
"chcę dostać na Anglię i Francję tysiąc pięćset franków", "za Balladę chciałbym
dostać tysiąc franków", za dwa Polonezy "żądam tysiąc pięćset franków na
wszystkie kraje kuli ziemskiej", za trzecie Scherzo – "ta sama cena co za
Polonezy na całą Europę. Stanowczo jestem człowiekiem interesu". 
Jaką to miało wartość? Kiedy fortepian wysłany przez Pleyela dotarł do Palmy,
celnicy zażądali cła w wysokości 500 lub 600 franków, co stanowiło połowę
wartości instrumentu. George za swoją powieść "Spiridion" otrzymała 6000 franków
zaliczki. Czyli wymagania "człowieka interesu" nie były zbyt wielkie. 
Niestety w tym raju na Majorce ciągle bardzo chorował. George Sand w swojej
autobiografii "Dzieje mojego życia" pisze: "Nieszczęsny wielki artysta nieznośny
był w chorobie (…). Znosił odważnie cierpienia, lecz (…) klasztor wydawał mu
się miejscem pełnym widm i duchów (…). Na Majorce skomponował Chopin
najpiękniejsze z tych krótkich utworów, które nazywał skromnie Preludiami. Są to
arcydzieła. Niektóre przywodziły na myśl wizję zmarłych w naszym klasztorze
mnichów i odgłos żałobnych pieni (…). Inne, pełne słodyczy, rodziły się w
godzinach słońca i zdrowia, wśród gwaru dziecinnych śmiechów, przy śpiewie
ptaków. Jeszcze jedne pełne są posępnego smutku i ranią serce. Jest jedno
Preludium, powstałe w ponury deszczowy wieczór (…). Tego dnia pojechałam z
Maurycym do Palmy (…). Spadł deszcz, potoki wylały (…). Dotarliśmy do domu
późną nocą, wiedząc, jak nasz chory musi się niepokoić (…). Chopin płacząc
grał swoje cudowne preludium (…). Potem wyznał mi, że czekając nas, widział
się zatopionym w jeziorze. Krople wody ciężkie i lodowate spadały mu na pierś
(…). Preludium, które grał tego wieczoru, w istocie pełne jest kropel deszczu,
które w jego wyobraźni przemieniały się w łzy padające na jego serce". Preludium
Des-dur op. 28 nr 15 nazwano "Deszczowym".
Było oczywiste, że dłuższy pobyt na Majorce jest dla Chopina zabójczy.
Postanowiono ją opuścić ku żalowi George Sand, która w swojej autobiografii
wyzna: "Gdybym była tylko sama z dziećmi, chętnie bym tam przepędziła ze dwa lub
trzy lata (…). Sam nasz chory w innym stanie zdrowia, ach, jakże nieocenionym
byłby towarzyszem! Jakąż to poezją gra jego napełniała nasze domowe zacisze,
wtedy nawet, gdy najdolegliwsze dokuczały mu boleści. Klasztor, umajony
festonami bluszczu, jakże przecudne tworzył schronienie! Co za wspaniała
obfitość kwiatów w dolinie, na wzgórzach zdrowe i czyste powietrze, w dali
szafiry morza wprawiały w zachwycenie (…). Niestety trzeba było to wszystko
opuścić dla naszego chorego". 

"Wyglądam jak panna"
Podróż do Barcelony była tragiczna. Jedyny statek, który kursował z Majorki,
przewoził świnie. Przez całą noc marynarze batożyli nieszczęsne zwierzęta, nie
pozwalając im zasnąć. George Sand napisała: "Nieustający kwik i obrzydliwy odór
nie pozwalały choremu odpocząć ani zaczerpnąć świeżego powietrza. Dopłynął do
Barcelony, wypluwszy miednicę krwi i słaniając się jak widmo". Był 26 lutego
1839 roku. Dobrnęli do Marsylii. Pisze George Sand: "Nareszcie we Francji (…).
Jeszcze miesiąc, a umarlibyśmy w Hiszpanii, i Chopin, i ja (…). Nie pluje już
krwią, sypia dobrze, kaszle mało, nade wszystko zaś jest we Francji! Może spać w
łóżku, którego nie spalą, dlatego że w nim spał". Z Marsylii zrobiono wyprawę do
Genui, którą Chopin przypłacił ostrym nawrotem choroby. Co prawda George Sand
napisała: "Właśnie przeżyliśmy straszliwą burzę morską. Mały dał dowody odwagi i
myślę, że mógłby zażądać orderu", ale "mały" z Marsylii 12 marca 1839 roku
raportował Grzymale: "Strasznie schudłem i zmizerniałem (…). Do mojego kaszlu
wiecznego dodaj wszystkie złości (…) i wszystkie przyjemności – jako to widząc
ją niespokojną bez ustanku – kurującą mnie, bo tamtejsi doktorzy Panie zmiłuj
się, ścielącą mi łóżko, uprzątającą pokój, gotującą tyzany, odmawiającą sobie
wszystkiego dla mnie (…), z dziećmi potrzebującymi jej ciągłego oka". 
Pod koniec marca zdrowie Chopina uległo poprawie, z satysfakcją doniósł też
Grzymale: "Teraz moja skończyła najwspanialszy artykuł o Goethem, Byronie i
Mickiewiczu. Trzeba czytać, żeby się serce uradowało". Rzeczywiście George Sand
oddała wielki hołd geniuszowi Adama Mickiewicza, stwierdzając, że "Dziady" są
dziełem wiekopomnym. 
7 marca 1839 roku Chopin pisze do Fontany: "Tylko rano kaszlę, wcale mię jeszcze
za suchotnika nie trzymają. – Nie piję ani kawy, ani wina – tylko mleko; ciepło
się trzymam i wyglądam jak panna".
Do Grzymały napisał z Marsylii 12 marca 1839 roku: "Zdrowie moje coraz lepiej –
(…) dieta (…), pigułki, kąpiele, a prócz tego nieprzebrana pielęgnacja mego
anioła stawiają mnie na nogi – trochę cienkie nogi". Pod koniec marca donosi
Fontanie: "Zaczynam grać, jeść, chodzić i mówić jak wszyscy". 
21 maja 1839 roku Chopin melduje Grzymale: "Jutro jedziemy do Nohant. Odpoczynek
w Marsylii krótki, ale w Nohant będzie dłużej…". 
Na ramie okna George wyryła w "chateau Nohant" do dziś czytelną datę – "19
czerwca 1839". Początek epoki nazwanej "sojuszem familijnym" z Chopinem.

Barbara Wachowicz

drukuj