„Sercem Polak” – opowieść o życiu Chopina (2) Wielkanoce Chopina

Niewiele o nich wiemy z dokumentów tak cennych jak jego listy. Nie
mamy w nich tak uroczych opisów, jakie zawarł w korespondencji z matką Juliusz
Słowacki, wykrzywiając się na święcone w Paryżu u książąt Czartoryskich, które
nie miało zapachu polskiej Wielkanocy, a ze Szwajcarii wysyłał prośby o przepis
na baby polskie. „Bo ja tu zawsze babom o babach gadam”, więc chciał
zaprezentować sławne polskie baby „na przekór górze Mont Blanc”. W zachowanej
korespondencji Chopina odnajdujemy tylko wzmiankę o Wielkanocy z kwietnia 1830
roku.

Fryderyk donosi serdecznemu przyjacielowi Tytusowi Woyciechowskiemu: „Trzeba
ci wiedzieć, że się świat nasz straszliwym sposobem rozmuzykował, nie szczędzono
nawet Wielkiego Tygodnia (…). Jestem proszony na święcone…”. Na tym
święconym miał być Karol Kurpiński – wielka postać muzycznego świata Warszawy,
Chopin oczekiwał jego oceny swych pierwszych dzieł: „Ciekawym, co mi powie, bo
nie uwierzysz, jak on mnie czule zawsze wita…”. Zapewne ocena twórcy
„Krakowiaków i górali” była bardzo wysoka, ale na temat święconego z Kurpińskim
mamy tylko Chopinowskie westchnienie: „Jeszcze żadnych świąt tak mało nie
jadłem, nawet na święconym, gdzie huk ludzi i szynek, i bab”. Tu godzi się
przywołać inwokację do polskich bab wielkanocnych pióra mego wielkiego
rodaka-Podlasiaka, autora „Encyklopedii staropolskiej” – Zygmunta Glogera:

Babo, o babo przedziwnego smaku!
Zdobi cię lukier różanymi
wzory,
Kolorowego nie szczędzono ci maku
I w czub ci wpięto
pęk
bukszpanu spory.
„Jako puch jesteś!”
– tak wyrzekł poeta,
Który na
babach znał się przecie,
A ja to stwierdzam i wierzę poecie.

Znając pobożność pani Justyny Chopinowej i pietyzm w przestrzeganiu tradycji,
możemy sobie wyobrazić, że Wielkanoc w domu Fryderyka Chopina celebrowano
uroczyście i wedle staropolskiego obyczaju. Jaja symbolizujące siłę życiową,
odrodzenie, nieśmiertelność, powrót wiosny – na pewno pięknie malowane przez
panny Chopinówny – pojawiały się na wielkanocnym stole i dzielono się nimi jak
opłatkiem w Boże Narodzenie. Całą rodziną odbywano solenne wędrówki, odwiedzając
groby Chrystusa w warszawskich kościołach, i przeżywano radość Zmartwychwstania,
gdy wybuchała pieśń „Wesoły nam dzień dziś nastał”. Rezurekcję świętowano
zapewne w kościele Wizytek (akademickim), gdzie Fryderyk Chopin jako uczeń
Liceum Warszawskiego grywał na organach podczas Mszy Świętej.
Bardzo lubimy
wiedzieć, jak uczyli się nasi geniusze i nieodmiennie rozrzewnia nas fakt, iż
uczeń Szkoły Ojców Dominikanów w Nowogródku – Adam Mickiewicz, który wedle
cenzurki „nieskazitelnością obyczajów i pobożnością przyświecał”, miał same
celujące, tylko z literatury stopień zaledwie dobry. Pan Mikołaj Chopin uważał,
że nie należy oddawać dziecięcia do szkoły zbyt wcześnie i jego genialny syn
uczył się w domu, aż osiągnął wiek lat 13. Od września 1823 roku został uczniem
Liceum Warszawskiego. Z wykładanych tam przedmiotów nie gustował w matematyce,
grece, łacinie, naukach przyrodniczych, natomiast z przyjemnością słuchał lekcji
historii i literatury – przede wszystkim ojczystej. Nie wiemy, niestety, jakie
miał stopnie, ale w lipcu 1824 roku na zakończenie roku szkolnego znalazł się na
liście uczniów celujących i nagrodzonych. Czekały go zasłużone wakacje…

„JP Pichon” na basetli dudli…
A teraz wytyczę naszym
drogim Czytelnikom, którzy chcieliby udać się śladami Fryderyka Chopina,
dokładną drogę. Jedźcie Państwo w stronę Rypina (tego samego, o którym Melchior
Wańkowicz pisał, ubolewając nad zamiłowaniem Polonusów do wojaży zagranicznych,
a nieznajomością własnych stron: „Wszystko wiemy o Tonkinach, nic nie wiemy o
Rypinach”. Od Rypina skręćcie na Golub-Dobrzyń i pod Radominem wjedziecie w
aleję srebrzystych, wielusetletnich buków-olbrzymów. Wśród tych drzew wiodła
droga, którą Fryderyk Chopin jechał do Szafarni ze swym kolegą licealnym,
mieszkańcem pensjonatu państwa Chopinów – Dominikiem Dziewanowskim, serdecznie
„Domusiem” zwanym. Do jego ojca Juliusza należały dobra Płonne. To imię nosi
sąsiadująca z Szafarnią wieś, gdzie dziś jeszcze możecie Państwo zapalić światło
pamięci przy obelisku poświęconym „Rycerzowi bez trwogi i lęku” – rodzonemu
bratu pana Juliusza – kapitanowi Janowi Nepomucenowi Dziewanowskiemu, bohaterowi
legendarnego pułku szwoleżerów, który dokonał brawurowej szarży pod Somosierrą
30 listopada 1808 roku. Był jedynym Polakiem, którego cesarz Napoleon Bonaparte
raczył wymienić w biuletynie i nagrodzić Legią Honorową jeszcze na polu bitwy.
Kapitan Jan Dziewanowski ciężko ranny zmarł w cztery dni po bitwie. Nie była to
jedyna Legia Honorowa w tej rodzinie. Domuś Dziewanowski nosił imię generała
Dominika – stryja swego ojca, który w epopei napoleońskiej dowodził brygadą
kawalerii, mając za sobą walkę pod sztandarami Tadeusza Kościuszki. Ciężko ranny
podczas tragicznego odwrotu spod Moskwy w roku 1812, ocalony przez towarzyszy
broni czczących jego odwagę – powrócił pod rodzinną strzechę na Mazowszu z Legią
Honorową. W takiej rodzinie spędzał swe niezwykłe wakacje czternastoletni
Fryderyk Chopin. Jego list z Szafarni datowany na 10 sierpnia roku 1824 otwiera
tom korespondencji z rodziną, opracowany przez Krystynę Kobylańską – jak
wszystkie jej edycje Chopinowskie – wzorowo.
„Najukochańsi Rodzice – jestem
zdrów z łaski Pana Boga i najprzyjemniej zawsze czas mi schodzi. Nie czytam, nie
piszę, ale gram, rysuję, biegam, używam świeżego powietrza, już to jadąc w
pojeździe na spacer, już też na siwym (…) pola objeżdżając”. Do przyjaciela ze
szkolnej ławy Wilusia Kolberga wyśmieje te wyczyny kawaleryjskie: „koń powoli,
gdzie chce, idzie, a ja jak małpa na niedźwiedziu na nim ze strachem siedzę
(…). Muchy mi często na wyniosłym siadają nosie (…), komary mnie gryzą, lecz
mniejsza, bo nie w nos”.
Rodziców drżących o jego zawsze wątłe zdrowie cieszy
informacją: „Jem z nadzwyczajnym apetytem (…). Biorę pigułki regularnie i
tyzanny co dzień po pół karafki wypijam (…). Frukta jem, ale jak najdojrzalsze
i zaaprobowane przez pannę Ludwikę”. „Tyzanny” to jakieś wywary ziołowe, w
których będzie też brał kąpiele. Panna Ludwika to siostra właściciela Szafarni,
ciotka Domusia, srogi anioł opiekuńczy i… cenzor redagowanego przez Fryderyka
„Kuriera Szafarskiego”. Szczęśliwie do naszych czasów dotrwały kopie kilku
numerów tej uroczej parodii najpopularniejszego pisma stolicy – „Kuriera
Warszawskiego”. Mały mieszczanin kaligraficznie donosi z powagą arcyważkie
szafarskie wydarzenia, jako że „kaczor w pojedynku z gęsią nogę utracił”,
„indyczka za spichlerzem w kąciku wylęgła”, „wypadł wyrok, aby pod karą śmierci
żadne prosię nie ważyło się wchodzić do ogrodu”.
3 września 1824 r. „Kurier
Szafarski” donosił o mazurku, którego „JP Pichon” (pod którym to pseudonimem
ukrył się Jaśnie Pan Chopin) skomponował i nazwał Żydkiem: „Właśnie JP Pichon
grał Żydka, gdy pan Dziewanowski zawoławszy pakciarza – Żyda, prosił o zdanie o
żydowskim wirtuozie. Mosiek zbliżył się do okna, wścibił nos garbato wzniosły do
pokoju i słuchał, mówiąc, że gdyby Pan Pichon chciał grać na żydowskim weselu,
zarabiałby najmniej dziesięć talerów”.
Jak dalece Fryderyk Chopin łowił nutę
ludową, świadczy opowieść z „Kuriera Szafarskiego” z 31 sierpnia 1824 r., gdy
„Jpan Pichon, przejeżdżając przez Nieszawę, usłyszał na płocie siedzącą
Catalani, która coś całą gębą śpiewała”. Ta śpiewka wiejskiej dziewczyny (którą
uhonorował żartobliwie nazwiskiem wielkiej i sławnej śpiewaczki włoskiej
Angeliki Catalani) tak go urzekła, że „zdjęty ciekawością dobył trzech groszy” i
poprosił o powtórzenie. „Zdecydowała się i zaczęła śpiewać mazureczka”, którego
jedną zwrotkę Fryderyk cytuje: „Patzajze tam za gulami, jak to wilk tańcuje/ a
wsakzeć on nie ma zony, bo się tak frasuje…”. Panna Ludwika Dziewanowska dała
swoje zezwolenie zapewne pod wpływem apelu, jaki wystosował do niej redaktor
„Kuriera Szafarskiego”: „Proszę bardzo cenzora/ nie krępować mi ozora”.
Tolerancja panny Ludwiki pozwala nam się dzisiaj radować opisem drugich
sierpniowych szafarskich wakacji, które Fryderyk przeżył u państwa
Dziewanowskich w sierpniu 1825 roku. Opowiedział on dowcipnie i dynamicznie
scenę, którą włączyłam oczywiście do swego scenariusza serialu telewizyjnego o
Chopinie, jaki w naiwności ducha i złudzeniach młodości sądziłam ongi, iż uda mi
się zrealizować… Oto siedzieli wszyscy przy kolacji, „gdy z daleka dały się
usłyszeć chóry fałszywych dyskantów, już to z bab przez nosy gęgających, już też
z dziewczyn o pół tonu wyżej większą połową gęby niemiłosiernie piszczących
złożone…”. Fryderyk z Domusiem wybiegli na podwórze powitać nadchodzące hoże
żniwiarki „z wieńcami na głowach”. Było to okrężne – rodzaj dożynek, które się
odprawują po zebraniu wszystkich plonów z pól. Barwny tłum stanął przed gankiem
i odśpiewywał strofki, „w których to każdemu łatkę przypinają”. Fryderykowi
przypięto następującą:

Przede dworem zielony kierz,
Nasz warszawiak chudy kiedy pies.
Na
stodole stoją jętki,
Nasz warszawiak bardzo prędki.

Fryderyk poprosił, żeby mu podyktowano całą „piosneczkę” i domyślił się, że
finałowa strofka „jest konceptem dziewki, którą na kilka godzin przedtem na polu
z powrósłem goniłem”. Widać z tej śpiewki, że „rozpuszczony nieledwie jak bicz
dziadowski cymbalista” – (wedle krytycznej samooceny) chociaż czuł się w
Szafarni jak „prosiak, tyjąc” – choć nie bardzo się upasł na szafarskich
smakołykach, ale chyżość i temperament dopisywały mu, co się zowie.
„Zaczęły
się skoki, walec i obertas, aby jednak zachęcić stojących cicho i tylko na
miejscu podrygujących parobków, poszedłem w pierwszą parę walca z panną Teklą,
na koniec z panią Dziewanowską. Później tak się wszyscy rozochocili, że do
upadłego na dziedzińcu wywijali, słusznie mówię, że do upadłego, bo kilka par
upadło, gdy pierwsza bosą nogą o kamyk zawadziła (…) a krawczyk, gdym z panią
Dziewanowską w pierwszą chciał tańczyć parę, odezwał się: Teraz pan Szope z
Imością”.
Grano do tańca na skrzypeczkach o trzech strunach, czwartą ukręcił
właśnie „pan Szope”, wreszcie przyniesiono basetlę – z jedną struną! „Dorwawszy
się zakurzonego smyka, jak zacznę basować, takiem tęgo dudlił, że się wszyscy
zlecieli patrzeć…”. Czyż nie pyszna to scena do filmu? I pomyśleć, że Bela
Bartok twierdził, iż Chopin nie znał z autopsji muzyki ludowej! Ileż ech z tych
szafarskich tańców odnajdziemy w mazurkach As-dur op. 17., D-dur op. 33., G-dur
op. 50. czy C-dur op. 56.
Rodzina Dziewanowskich pozostała wierna przyjaźni
rodzinie Chopinów. Julian Dziewanowski, ojciec Domusia, będzie świadkiem na
ślubie Izabeli Chopinówny z Antonim Barcińskim 8 listopada 1834 roku. Ukochana
siostra Ludwika w roku 1842 „całą rodzinę Dziewanowskich młodych i starych
objechała”, o czym donosiła bratu do Paryża: „Wszędzie cię serdecznie
wspominają. Już w Szafarni Twoje ławki własnej roboty nie egzystują, tylko
imitacje z miłym wspomnieniem Ciebie. Deszcz był wielki, nie mogłam zwiedzić
całego ogrodu…”.
Ja miałam więcej szczęścia, odwiedziwszy Szafarnię. Był
bowiem piękny, słoneczny, sierpniowy dzień. Na stawie, który wedle znawców ma
kształt fortepianu, kwitły nenufary. Szumiały stare dęby pamiętające Fryderyka.
Nie ma już dworku, przed którym tańczył i grał na okrężnem. Obecnie w Szafarni
znajduje się wybudowany na początku XX wieku – niestety bezstylowy – pałacyk, w
którym działa Ośrodek Chopinowski, oferujący w Roku Fryderyka Chopina takie
imprezy jak: konkurs pianistyczny „Grać Chopina” czy koncert „Chopin na
jazzowo”.
Roztańczony, rozśpiewany dożynkowy list zamyka ocaloną
korespondencję z Szafarni. „Podobno i tu w Szafarni kuranta zaśpiewam, gdy ją
opuszczał będę, może już jej tak prędko więcej nie zobaczę” – napisał
melancholijnie 26 sierpnia 1825 roku. Już jej nie zobaczył. Z Paryża napisał do
Domusia, chwaląc się nieco paryskimi sukcesami, ale zakończył żarliwie: „Nic
sobie z pieniędzy nie robię, tylko z przyjaźni, o którą Cię błagam i
proszę”.

„Pogawędzić, pośpiewać”, toruńskie pierniki jeść…
Gdy
pożegnacie Państwo Szafarnię, przejedźcie przez piękny las modrzewiowy ku rzece
Drwęcy, a potem wyruszcie szosą przez Golub-Dobrzyń, który błyśnie purpurową
cegłą zamku Anny Wazówny, siostry króla Zygmunta III. I ulicą kapitana Jana
Dziewanowskiego wyjedziecie ku miejscowości Sokołowo.
„Ach! Sokołowo mi
zapachniało!” – westchnął Fryderyk w liście do Jasia Białobłockiego, zwanego
Jalkiem, pięknego chłopca zgasłego wcześnie na gruźlicę, którego sylwetka żyje
tylko dzięki listom Chopina i pamięci o ich jedenastoletniej
przyjaźni.
„Przypomniałem sobie Sokołowo, ową niedzielę, pantaliony,
jabłuszka i tym podobne przyjemne zeszłe chwilki” – pisał Fryderyk jesienią 1825
roku. Żartobliwie żądał wdzięczności „za krwawy pot czoła dostojności mojej, za
trudy, znoje przy kupnie Mićkiewicza”. W tym parku, gdzie trwa jeszcze dziś
kilka starych jesionów, chłopcy czytywali tego zdobytego cudem „Mićkiewicza” –
„Młodości! Ty nad poziomy wylatuj!”. Tu mogli, jak napisze Fryderyk,
„pogawędzić, pożartować, pośpiewać, popłakać, pośmiać się…”.
Inny dwór,
który był odwiedzany przez Chopina podczas młodzieńczych wakacji, to Obrowo,
wieś należąca do Ignacego Romockiego. To nazwisko wywołuje w nas dziś szczególne
refleksje. Z tego rodu przecież byli dwaj wielcy bohaterowie Szarych Szeregów i
Powstania Warszawskiego, w którym obydwaj polegli – dowódca kompani „Rudy”
Batalionu „Zośka” – Andrzej Romocki „Morro” i jego brat Janek „Bonawentura”,
którego modlitwę o łaskę wybaczania śpiewają dziś harcerze polscy. W warszawskim
domu Romockich odbywały się tajne koncerty zakazanej muzyki Chopina.
Żeby
dotrzeć do Obrowa, należy z Golubia pojechać przez osadę Sitno, wieś Mazowsze i
dotrzeć do autostrady biegnącej w kierunku Torunia. Za miejscowością Czernikowo
powita Państwa napis: „Gmina Obrowo”. Na ścianie dworu z pięknymi
klasycystycznymi kolumnami widnieje tablica: „W tym dworku w 1824 i 1825 r.
przebywał i koncertował Fryderyk Chopin, uczestnicząc w miejscowych dożynkach
tzw. ‚okrężne'”. Tablicę wmurowali mieszkańcy gminy Obrowo w sierpniu 2004 roku.
Więc i tutaj Chopin delektował się urokami dożynkowej muzyki.
Można by
zrealizować bardzo ciekawy dokument filmowy, śledząc tropy wakacyjnych wojaży
Fryderyka. W jednym z listów podaje marszrutę: „Dziś więc w Płocku, jutro w
Rościszewie, popojutrze w Kikole, parę dni w Turznie, parę dni w Kozłowie i w
moment w Gdańsku…”. W pięknym albumie „Polska Chopina” znakomity fotografik
Piotr Cieśla utrwalił urodę wszystkich wymienianych przez Chopina miejscowości.
Nieodżałowana strata, że nie zachował się list Chopina opisujący wojaż do
Gdańska. Ale na szczęście mamy plastyczny obraz wyprawy do Torunia. W długim
liście do jeszcze jednego z licealnych przyjaciół – Jasia Matuszyńskiego –
datowanym na sierpień 1825 roku, Fryderyk pisze Jasiowi, który się pochwalił
wyprawą do Puław, gdzie księżna Izabela Czartoryska gromadziła pamiątki: „Cóżeś
widział w Puławach? (…) Wszakżeś widział w Sybilli cegiełkę wyjętą z domu
Kopernika z miejsca jego urodzenia? A ja widziałem cały ten dom”. Niestety „w
tym pokoju, gdzie ten sławny astronom życiem udarowany został, stoi łóżko
jakiegoś Niemca”. Więc „porzuciwszy Kopernika, zacznę o pierniku toruńskim
(…). Widziałem ja co prawda i całą fortyfikację ze wszystkich stron miasta…
Widziałem kościoły gotyckiej budowy (…), widziałem sławny ratusz (…), cała
budowa jest najwspanialszą w guście gotyckim. To wszystko jednak nie przechodzi
pierników…”. Myślę, że moi przyjaciele w Toruniu z radością przypomną sobie
ten cytat – spożywając pyszne toruńskie pierniki.

Barbara Wachowicz

drukuj