Czekam na zarzuty

Z Krystyną Kwiatkowską, wdową po generale broni Bronisławie Kwiatkowskim,
Dowódcy Operacyjnym Sił Zbrojnych, który zginął na Siewiernym, rozmawia Marta
Ziarnik

Lot do Katynia miał być ostatnim służbowym wyjazdem Pani męża, w maju miał
przejść na emeryturę. Nie zdążył.

– To prawda. Po powrocie z Katynia Bronek miał iść na urlop, po którym, w dniu
60. urodzin, czyli 5 maja, prezydent Lech Kaczyński miał go oficjalnie pożegnać.
Zarówno mąż, jak i ja z córkami bardzo cieszyliśmy się na ten dzień. Mąż
powtarzał, że od teraz będzie nam wynagradzał swoją ciągłą nieobecność i lata
czekania na niego. Na 7 maja mieliśmy już zaplanowane wielkie przyjęcie w
Krakowie. Zamówiliśmy wszystko, łącznie z salą i zaproszeniami, które mąż wziął
ze sobą 10 kwietnia, by rozdać także wśród lecących na uroczystości do Katynia
generałów i znajomych. I m.in. te zaproszenia leżały porozrzucane w błocie na
miejscu katastrofy. Zamiast radosnego przyjęcia rozpoczynającego naszą spokojną
emeryturę, w zamówionej już sali wyprawiliśmy przyjęcie pożegnalne…

Przed wylotem miała Pani jakieś złe przeczucia?
– Nie. O dziwo, cały czas byłam bardzo spokojna i cieszyłam się z takiego
wyróżnienia męża i z tego, że poleci oddać hołd naszym żołnierzom, którzy
zginęli z rąk Rosjan. Obawy miałam, gdy prezydent Aleksander Kwaśniewski wysłał
męża na stanowisko szefa szkolenia armii irackiej. I wtedy pierwszy raz
powiedziałam mu, żeby nie jechał. W tym czasie zginął bowiem w Iraku nasz
siostrzeniec, co bardzo przeżyłam. Wtedy też zaczęłam bardzo martwić się o męża.
Jednak on powiedział mi: "Mamuśka, Ojczyzna potrzebuje i koniec. Nad zadaniami
bojowymi się nie dyskutuje", i 6 lutego 2005 r. pojechał do Iraku. Przez cały
jego pobyt w tym kraju każdego dnia siedziałam przed telewizorem i ze strachem
czytałam pojawiające się na paskach informacje. To był dla mnie wyjątkowo trudny
okres.

Udział w uroczystościach katyńskich też był wypełnieniem kolejnego z rozkazu?
– Ależ skąd! Wiem, do czego pani nawiązuje, i cieszę się z tego pytania, bo
wreszcie mogę ustosunkować się do powtarzanych w mediach przez niektóre osoby
bzdur. Generałowie nie polecieli do Smoleńska na rozkaz, lecz na zaproszenie
prezydenta RP – zwierzchnika Sił Zbrojnych. Takie słowa oburzają mnie dogłębnie,
bo nikt, powtarzam nikt, nie kazał nikomu z całej tej delegacji tam lecieć! Dla
każdego urzędnika czy wojskowego zaproszenie ze strony prezydenta RP na wspólne
uroczystości było wyróżnieniem i zaszczytem. Zwłaszcza że w uroczystościach z 10
kwietnia chodziło o uczczenie polskich oficerów pomordowanych przez NKWD.
Dlatego też mój mąż z podwójnie wielką radością przyjął to zaproszenie pana
prezydenta i na pewno z równie wielką radością przyjęli je pozostali. Mąż nawet
śmiał się, że dopiero na zakończenie 41-letniej służby uda się pierwszy raz do
Rosji. Pamiętam też, jak mu wówczas odpowiedziałam, że i tak mu w to nikt nie
uwierzy, żeby nawet tego nie powtarzał, bo przecież przez te 41 lat służył w
Polsce, która należała wcześniej do Układu Warszawskiego.

Mąż nie wspominał o problemach z przygotowaniem tego lotu?
– O przygotowaniach do tego wylotu nic konkretnie nie mówił. Ale kiedyś
napomknął w rozmowie, żeby tylko nic nam tej długo wyczekiwanej wspólnej
emerytury nie zepsuło.

Co miał na myśli Pani mąż?
– Mąż z takim utęsknieniem liczył dni do przejścia w stan spoczynku, był już
bardzo zmęczony. I choć naprawdę kochał to, co robił, to jednak z przerażeniem
obserwował ten bałagan, który w ostatnich latach postępował w wojsku.

Precyzował problemy, wymieniał nazwiska?
– Dla tych, którzy choć trochę orientują się w sprawach wojska, chyba nie będzie
zaskoczeniem nazwisko ministra obrony narodowej Bogdana Klicha, który był
zwierzchnikiem mojego męża od 2007 roku. Ale nie tylko mąż narzekał na niego.
Jestem żoną generała i znam to środowisko. Proszę mi wierzyć, że podobnie
wypowiadali się o szefie MON także inni żołnierze.

Czego dotyczyły te zastrzeżenia?
– W pierwszej kolejności tego, że Klich był ministrem, który nie słuchał
żołnierzy i generałów. Uważał, że sam najlepiej wie, co wojsku jest potrzebne i
jak powinno ono realizować określone cele. Dla mnie więc było niepojęte, że po
jednej katastrofie – CASY, a następnie po tej olbrzymiej tragedii z 10 kwietnia
2010 roku, która już ewidentnie ujawniła nieprawidłowości w Ministerstwie Obrony
Narodowej, premier Donald Tusk nadal ten stan i osobę pana Klicha w swoim
rządzie tolerował. Czy był naprawdę tak przekonany o nieomylności swojego
ministra, że nie zwracał uwagi na te wszystkie sygnały? Nie rozumiem, dlaczego
premier nie zrobił pewnego rodzaju referendum, chociażby wśród żołnierzy, i nie
posłuchał, co w jednostce mówi się na temat ówczesnego ministra. Zamiast tego
szedł w zaparte, że wszystko jest w najlepszym porządku. A przecież każdego
niemal roku ginęli wysokiej rangi wojskowi, aż wreszcie doszło do śmierci całego
sztabu. Minister Klich na odprawie 12 kwietnia nie zastał ani jednego generała –
siedmiu generałów, z którymi spotykał się co poniedziałek, zginęło. To naprawdę
niepojęte, jak można było do czegoś takiego doprowadzić?! Gdyby w trakcie
pełnionej przez mojego męża misji zginął choć jeden wyższy dowódca, to jestem
pewna, że natychmiast zostałby on zwolniony i rzucony mediom na pożarcie. Mąż,
będąc dowódcą operacyjnym, osobiście tłumaczył się przed Donaldem Tuskiem
podczas wspólnej wyprawy do Afganistanu po śmierci kapitana Daniela
Ambrozińskiego. Premier tam, na miejscu, dopytywał męża i dowódcę ówczesnej
zmiany o szczegóły tej śmierci. Po tej wizycie szef rządu wydał oświadczenie, że
wojsko musi zostać doposażone, bo to zawinił nie ludzki błąd, lecz słaby sprzęt.

Ale z tych zapowiedzi nic nie wyniknęło.
– To prawda i można się zastanawiać, dlaczego. Chociaż jeżeli w 2009 r. minister
Klich oddał 6 mld zł, to oczywiście było to szefowi rządu na rękę. I dlatego,
korzystając ze sposobności, chciałabym zapytać pana premiera, czy orliki były
dla niego istotniejsze niż bezpieczeństwo 96 najważniejszych osób w państwie?

Mówiła Pani, że minister Klich nie liczył się ze zdaniem generałów. Ta
sytuacja dotyczyła nie tylko Pani męża?

– Pan minister Klich jest na tyle arogancki, że uważa się za absolutnego
eksperta w dziedzinie wojskowości. Był zdania, iż nie potrzebuje niczego
konsultować z dowódcami. W sprawach wojskowych konsultował się jedynie ze swoim
sekretariatem. Ale czy siedząca za biurkiem cywilna osoba może mieć większą
wiedzę w tej materii niż walczący na froncie generał?

Były sytuacje, że generał Kwiatkowski musiał otwarcie konfrontować się z
szefem MON?

– Tak, i chyba do końca minister Klich nie mógł mężowi tego zapomnieć. Chodziło
o zachowanie ministra po śmierci naszego żołnierza w Afganistanie – plutonowego
Marcina Poręby. Trzech innych żołnierzy zostało ciężko rannych. Pan minister
chciał jak najszybciej poinformować o tragedii media, choć wojsko nie zdążyło
jeszcze powiadomić o wypadku rodzin żołnierzy i mąż prosił go o powściągliwość
do tego czasu. Minister doskonale wiedział, że dowódca Wojsk Operacyjnych nie ma
wojsk podległych na terenie Polski, bo dowodzi żołnierzami poza granicami.
Ponadto procedura powiadamiania jest określona i nie da się niczego
przyspieszyć.

A jeśli nie wiedział?
– Jeśli nie wiedział, to tym gorzej o nim świadczy, że jako zwierzchnik nie
orientuje się w swoim resorcie. Wracając jednak do tematu, to stało się to w
piątek wieczorem, kiedy większość żołnierzy w dowództwie skończyła pracę i
udawała się do domu. Zostali zawróceni z drogi, mimo że wielu było już daleko od
Warszawy. Procedura jest taka, że do rodziny poległego lub rannego żołnierza
udaje się z tą tragiczną informacją delegacja, w której uczestniczą m.in.
przełożony żołnierza, ksiądz i psycholog. Wówczas rannych było kilku żołnierzy.
Potrzebnych było więc kilka delegacji. Za ich przygotowanie są odpowiedzialne
Wojska Lądowe. Kiedy delegacje były w drodze do rodzin, pan minister Klich
strasznie się niecierpliwił, żeby jak najszybciej poinformować o tym media, i
wreszcie bez uzgodnienia tego z dowódcą operacyjnym "wypuścił" informację o
śmierci żołnierzy do mediów, dodając, że o szczegółach opowie generał
Kwiatkowski. Nie obchodziły go więc rodziny tych żołnierzy, tylko pokazanie się
w mediach i zrzucenie reszty na podwładnych. Osoba z sekretariatu pana ministra,
nie znając ani procedury, ani postępowań będących już w toku, przeprowadziła
rozmowę z moim mężem w piątkowy wieczór, zarzucając mu opieszałość. Ton rozmowy
był karygodny. Mąż powiedział później tej pani, że on jako generał broni nigdy
tak nie rozmawiał z szeregowym, jak ona potraktowała trzygwiazdkowego generała.

Pani mąż myślał o odejściu z wojska?
– Takie zachowanie ministra sprawiło, że przechyliła się ta wielka czara
goryczy. Mąż rzeczywiście bardzo się wtedy zdenerwował i pojechał do Warszawy z
meldunkiem, że w związku z panującą sytuacją odchodzi z wojska na wcześniejszą
emeryturę. Podobną decyzję podjął w tym czasie inny generał. Za mężem stanęli
także współpracujący z nim żołnierze, podkreślając, że zarzuty ministra Klicha
są bezpodstawne. I po tej decyzji męża minister dzwonił do niego kilkakrotnie,
przepraszając za swoje zachowanie i prosząc, by nie odchodził. Na koniec wziął
go na bardzo długą rozmowę, podczas której powiedział: "Panie generale, bardzo
pana proszę o pozostanie, bo pan nic na tym nie zyska, a mnie powiozą". I mąż
ostatecznie został dla ratowania politycznego wizerunku ministra Klicha.

Generał nie żałował później tej decyzji?
– Mąż później wielokrotnie ponosił konsekwencje tej decyzji. Pan minister bowiem
nigdy nie wybaczył mężowi, że musiał go przepraszać i prosić o pozostanie w
wojsku. Ale najgorsze było to, że minister Klich, starając się wybrnąć z
sytuacji, gdy media zaczęły się dopytywać o zgrzyty na linii MON – Dowództwo
Operacyjne, powiedział, że ta współpraca układa się jak najlepiej, a dowódca
chciał odejść ze względu na pieniądze.

To znaczy?
– Bo w wojsku jest tak, że gdy się odchodzi w styczniu czy pod koniec grudnia,
to prawdopodobnie jest wyższa emerytura. I ja do dziś pamiętam, jak mężowi było
przykro po tym, co usłyszał w mediach. Zawsze jest tak, że jeśli wojskowi czy
piloci odchodzą, to zwala się winę na nich, że niby chodzi im o pieniądze, żeby
tylko zatuszować rzeczywisty problem. I w ostatnich miesiącach mieliśmy wiele
podobnych sytuacji, gdy odchodziło chociażby wielu dobrych pilotów. Także w ich
przypadku podnoszono, że odchodzą z wojska do cywila dla pieniędzy. Ale już nikt
nie pamięta, jak ci piloci protestowali dużo wcześniej, gdy gen. Lech Majewski
wyrażał chęć zostania dowódcą Sił Powietrznych. Przecież im nie chodziło o
pieniądze, tylko o coś zupełnie innego – o atmosferę pracy. Nie zdziwiłam się
więc, gdy po mianowaniu Majewskiego dowódcą posypały się dymisje. A ciągłe
podejmowanie przez ministra Klicha kwestii finansowych jest dla mnie dowodem na
to, że ma on jakąś obsesję na tym punkcie. Nie wierzę w to, że pilotom, którzy
zdecydowali się po tych zmianach odejść, zależało w pierwszej kolejności na
pieniądzach. Przecież to są młodzi ludzie, znający się na swoim fachu, którzy na
pewno chcą pracować i swoją pracą służyć Ojczyźnie i przynosić chlubę swoim
rodzinom. Ale jak już wspomniałam, dla nich liczyła się też atmosfera pracy. Mój
mąż również był z tego pokolenia, dla którego Ojczyzna była na pierwszym
miejscu. Dlatego przez 40 lat naszego małżeństwa większość czasu spędził poza
domem. I naprawdę nie chodziło mu o pieniądze. Dla przykładu powiem, że będąc na
misji w Iraku czy Afganistanie, jako generał i dowódca wielotysięcznego
kontyngentu otrzymywał 3 tys. dolarów pensji (przy kursie dolara poniżej 2 zł).
Teraz te stawki są wyższe, ale kiedy mój mąż tworzył misje, były one
nieporównanie niższe. Poza tym to przecież pan minister Klich dostaje
miesięcznie więcej na prowadzenie tylko swojego biura, a kto wie, ile pieniędzy
zarabia na wykładach w instytucie u swojej żony? Dlatego nie mogę słuchać, jak
wypomina wojskowym pieniądze. Zwłaszcza że mój mąż nigdy podczas swojej kariery
wojskowej nie uchylił się od rozkazu. Nawet wtedy, gdy chciał już odejść na
emeryturę i wreszcie poświęcić swój czas żonie i córkom, a został poproszony o
podjęcie się kolejnego zadania jako najbardziej doświadczony dowódca. Nigdy nie
odmówił służby Ojczyźnie swoją wiedzą i doświadczeniem. Zawsze w takich
momentach powtarzał mi: "Mamuśka, Ojczyzna potrzebuje". Tymczasem dla ministra
Klicha nie liczy się dobro wojska, tylko jego własny PR.

Pani mąż podejmował próby zmiany tej sytuacji?
– Pan minister Klich nie chciał nikogo słuchać. Dla przykładu wspomnę chociażby
decyzję o wycofaniu naszych oddziałów z Czadu, Libanu i Wzgórz Golan. Pamiętam,
że gdy w sobotę wieczorem byliśmy na zabawie karnawałowej, mąż nagle dostał
telefon od pana ministra, że w niedzielę ma się stawić na odprawie. Podczas niej
usłyszał jedynie od ministra Klicha: "Likwidujemy Bliski Wschód. Proszę
obliczyć, ile z tego będzie pieniędzy". Mąż miał zaledwie kilka godzin w
niedzielne przedpołudnie, aby przygotować zestawienia i na 15.00 stawił się w
ministerstwie. Polska, wycofując żołnierzy z misji ONZ, oszczędzała jedynie na
pensjach dla żołnierzy. Przez wiele lat ONZ płaciła krajom za ich uczestnictwo w
misjach zagranicznych, ostatnio jednak zmieniły się stawki wynagrodzeń i różnicę
kraje miały pokryć samodzielnie. Minister Klich pogrzebał wieloletnią historię
służby polskiego żołnierza pod egidą błękitnych beretów bez mrugnięcia okiem.
Nie słuchał żadnych argumentów odnośnie do naszego wizerunku na arenie
międzynarodowej. Nieważne było, że przez lata Polska zarabiała, będąc członkiem
ONZ, która płaciła nam za każdego żołnierza, sprzęt i misję. Czyli my na tym
przez tyle lat jedynie zyskiwaliśmy, zarabialiśmy. A teraz, kiedy wreszcie
musimy trochę dołożyć, to minister podejmuje decyzję o wycofaniu wojsk i
zaprzepaszczeniu dotychczasowych osiągnięć. Najgorsze było to, że minister nie
chciał nawet wysłuchać opinii znającego sprawę od podszewki dowódcy. Z nikim
tego nie skonsultował. A przedłożone jemu pismo, w którym mąż tłumaczył
wszystkie "za" i "przeciw" tej decyzji, gdzie tych "przeciw" było
niewspółmiernie więcej, minister Klich kazał natychmiast utajnić, żeby – jak
powiedział – nie dostało się ono do mediów. Wieczorem pan premier poinformował o
likwidowaniu naszego kontyngentu, podkreślając, jak wielkie w ten sposób
poczynił oszczędności. Myślę, że to bardzo wymownie pokazuje sposób załatwiania
spraw przez ostatnią ekipę MON.

W ten sposób tracimy nie tylko na arenie międzynarodowej jako kraj, tracą też
sami żołnierze.

– Dokładnie. Bo dzięki takim, a nie innym decyzjom ministra Klicha płacimy teraz
wielomilionowe składki do ONZ, a nie mamy tam nikogo. A przecież nasze czerwone
berety na tego typu ONZ-owskich misjach nauczyły się organizacji i struktur
międzynarodowych. I po tym doświadczeniu mogły bez obaw być wysłane do Kosowa,
Iraku czy Afganistanu, gdzie wielokrotnie otrzymywały pochwały za swoje
umiejętności. Moim zdaniem, jedyne, o co zabiegał minister, wykonując powinności
szefa MON, to własny wizerunek. Dobro żołnierza nie szło niestety w parze z jego
decyzjami. Nawet wycofanie wojsk z Iraku – o którym często wspomina, wyliczając
swoje zasługi dla armii – nie jest jego wyłączną decyzją. Jak wiemy, wiele
krajów wycofało wojska, przekazując władzę rodowitym mieszkańcom Iraku. Taki był
plan od początku, że pomagamy zbudować nowe struktury państwowe i nie okupujemy
kraju bez końca, więc to wątpliwa zasługa ministra. Jeśli więc nie chcemy
uczestnictwa w takich rejonach, to co pan minister powie na naszą armię w
Afganistanie? Czemu wciąż tam jesteśmy?

Dowódcy nie mogli poruszyć tej sprawy podczas corocznych odpraw?
– Kiedyś podobne pytanie zadałam mężowi. Na to on przywołał przykład odprawy
kończącej rok 2009, kiedy generałów, którzy zaczęli mówić o rzeczywistej, bardzo
złej sytuacji w wojsku, Klich najzwyczajniej w świecie usunął z trybuny. Mało
tego, miał do nich ogromną pretensję, że ci rzekomo nie mają pojęcia o tym, co
faktycznie dzieje się w wojsku. I jak powiedział mi niedawno jeden z generałów,
na odprawie w 2010 roku nauczony przykładem minister już nawet nie zezwolił
żadnemu z nich zabrać głosu.

Poprzednicy ministra Klicha zachowywali się inaczej?
– Na pewno. Weźmy chociażby ministra Aleksandra Szczygłę, który nie był
medialnym ministrem. I choć pod jego rządami mąż nie miał łatwej pracy, bo
codziennie wieczorem musiał składać ministrowi meldunek z całego dnia ze
wszystkich misji (czy to był dzień powszedni, czy święto), to jednak widać było,
że dla pana ministra Szczygły bezpieczeństwo żołnierzy było najważniejsze.
Wielokrotnie zwracał się do męża o opinię, gdy musiał podjąć jakieś ważne
decyzje. Mówił mężowi nieraz: "Panie generale, był pan tam dwa lata. Proszę więc
mi podpowiedzieć, co można zrobić, żeby nasi żołnierze byli bezpieczni?". Tego
pytania mój mąż nigdy jednak nie usłyszał z ust ministra Klicha. Często też dla
dowódców nie było miejsca w samolocie, kiedy minister leciał do Iraku czy
Afganistanu. Najzwyczajniej w świecie ich nie zabierał, wypełniając samolot
cywilami z własnego otoczenia. Wpływało to niekorzystnie na wizerunek dowódców w
oczach żołnierzy, którzy zastanawiali się, dlaczego przełożony wymaga, a nie ma
czasu ich odwiedzić i porozmawiać z nimi. Znane są również przykłady pisania
podań do ministra przez najwyższych dowódców, aby znalazło się dla nich miejsce
i mogli odwiedzić swoich żołnierzy.

Bogdan Klich do końca utrzymywał, że wyprawa generałów do Smoleńska była
"samowolką", o której nic nie wiedział.

– To jest coś nieprawdopodobnego! Włosy jeżą się na głowie. Jak można mówić coś
takiego?! Przecież żaden generał nie mógłby polecieć do Katynia, gdyby nie
uzyskał pozwolenia szefa MON. Minister Klich dobrze więc zdawał sobie sprawę z
tego, kto leci, i to on wydał na to zgodę.

Prezydent Lech Kaczyński zdawał sobie sprawę z sytuacji w armii?
– Minister Klich okazywał brak szacunku dla zwierzchnika Sił Zbrojnych.
Pamiętam, że mój mąż, przygotowując ćwiczenia Anakonda 2008, wystosowywał
zaproszenia dla gości, wśród których był także prezydent Lech Kaczyński.
Minister Klich zabronił mu wówczas zapraszać głowę państwa.

Mąż przystał na to?
– Nie miał wyjścia. To było polecenie służbowe. Tak więc wrześniowe ćwiczenia
odbyły się bez pana prezydenta – który niezależnie od tego, jakiej jest opcji
politycznej, jest najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych. Podobne przykłady
można by mnożyć. Kolejnym z nich były też nominacje generalskie. Minister Klich
robił w tym względzie wiele złośliwości prezydentowi, a odbijało się to na
żołnierzach. Wyznaczał do nominacji zbyt wiele osób, których wcześniej nie
skonsultował ze swoim zwierzchnikiem, choć powinien to zrobić. Dlatego też dla
mnie zachowanie ministra Klicha wobec prezydenta Kaczyńskiego, czyli swojego
bezpośredniego przełożonego, było i będzie karygodne. Istnieją pewne reguły i
jeśli minister chce być szanowany wśród podwładnych, powinien dawać przykład,
szanując swojego przełożonego. Wojsko miało być przecież – i było przez wiele
lat – apolityczne. Niestety, ostatnia kadencja zmieniła to chyba bezpowrotnie.

Minister Klich nie okazał zbyt wiele empatii rodzinom żołnierzy, którzy
zginęli na Siewiernym.

– Otóż to. Pan minister Klich podczas ubiegłorocznych obchodów święta Wojska
Polskiego odbywających się na placu Matejki w Krakowie nawet nie zechciał
wspomnieć nazwisk dwóch krakowskich generałów, którzy zginęli pod Smoleńskiem.
Było to zaledwie 4 miesiące po katastrofie. Byłam tam, żeby złożyć kwiaty na
Grobie Nieznanego Żołnierza, i słuchałam przemówienia szefa MON.
I bardzo mnie to dotknęło, że mówił tylko o swoich rzekomych osiągnięciach,
nawet nie wspominając o związanych z tym miejscem generałach. A przecież mój mąż
wprowadzał wojsko polskie do NATO, będąc dowódcą 6. Brygady
Desantowo-Szturmowej, której bielski batalion jako pierwszy zdawał egzaminy do
struktur NATO. Wiązało się to z licznymi międzynarodowymi delegacjami i
pokazami. Jak widać, również trzy pobyty męża w Iraku (w sumie dwa lata) pan
minister ma za nic. Czy tak trudno jest uczcić generała – który był na każde
zawołanie Ojczyzny – minutą ciszy?

Nie był też na ich pogrzebach.
– A mój mąż starał się być na każdym pogrzebie swojego żołnierza, by w ten
sposób oddać mu hołd i podziękować za służbę Ojczyźnie okupioną własną krwią.
Podczas opłatka w 2010 roku zorganizowanego w 2. Korpusie w Krakowie minister
Klich nawet do mnie nie podszedł, żeby złożyć życzenia lub choć chwilę ze mną
porozmawiać. Pierwszy raz minister Klich odezwał się do mnie w rocznicę
katastrofy. Wychodziłam ze Mszy św. z archikatedry w Warszawie. Podszedł do mnie
i ni z tego, ni z owego powiedział: "Byłem ostatnio na cmentarzu na Salwatorze.
Nigdy wcześniej tam nie byłem, ale była piękna pogoda, więc poszedłem tam na
spacer. I muszę pani powiedzieć, że Kwiatkowski ma bardzo ładne miejsce i ogląda
cały Kraków z góry". Wyobraża sobie pani usłyszeć coś takiego? Mąż 41 lat służył
Ojczyźnie, wycisnęli go jak cytrynę, przez łącznie 20 lat nie było go w domu i
ja tak czekałam na jego emeryturę, by wreszcie spokojnie spędzić resztę życia z
mężem. Nie dość, że minister lekceważy dorobek mojego męża, to teraz gratuluje
ładnego miejsca na cmentarzu.

Widzę, że ma Pani olbrzymi żal.
– Bo tak jest w istocie. Mąż tyle lat służył Ojczyźnie i dziś dowiaduję się, że
nie jest już jej potrzebny, że można o nim zapomnieć. Dlatego mam ogromy,
ogromny żal. Największy za ten brak szacunku i pamięci.

Ale to nie Ojczyzna zapomniała o swoim oddanym żołnierzu, tylko rząd.
– Przykre jest upolitycznienie całej katastrofy. Podzieliła ona rodziny. Mnie
nie interesuje, z jakiej kto był opcji. Tam zginęli ludzie, nieważne, czy
politycy, czy żołnierze. Rodziny mają prawo pytać, bo chcą poznać prawdę, i nie
mogą być traktowane jako przeciwnicy polityczni. Wiem, ile razy mąż dzwonił, aby
dopytać, czy wszystko jest dopięte na ostatni guzik, ratując swoich żołnierzy.
Przegrupowując wojska z Kuwejtu do bazy Babilon, miał pod sobą 10 tys. żołnierzy
z 25 krajów. Nikt mu wtedy nie zginął. Czy w przypadku, gdyby zginęło mu 96
żołnierzy, wystarczyłoby wyjaśnienie: "Ja nie wiedziałem", aby nie ponosić
żadnych konsekwencji? Ja wciąż czekam na zarzuty, bo nie zgadzam się ze
stanowiskiem, że tylko wojskowi są winni i mają ponieść konsekwencje. Wojskowi
również mają swojego przełożonego, który powinien kontrolować i egzekwować swoje
postanowienia, a nie tylko "przykręcać śrubki". Odpowiedzieć muszą także ci,
którzy oddali śledztwo Rosji i pozwolili, by wrak tupolewa bezkarnie niszczał na
obcej ziemi. Czekam, aż odpowiedzą ci, którzy zapewniali nas, że miejsce
katastrofy będzie dokładnie sprawdzone i przekopane, oraz ci, którzy kłamali, że
sekcje naszych bliskich są wykonywane z największą starannością i w obecności
polskich prokuratorów, a wcale tak nie było.

Gdyby tak było, prokuratura nie wzywałaby rodzin na ponowne przesłuchania w
tej sprawie.

– Też mnie to zastanawia. Dostałam wezwanie do stawienia się w celu złożenia
kolejnych zeznań. Półtora roku po katastrofie i rosyjskich sekcjach nagle zadają
szczegółowe pytania. To jest nieprawdopodobne! Mąż dwa tygodnie leżał w
Smoleńsku, więc pytam, czy aby rzeczywiście poddany został wtedy badaniom i
sekcji? Nawet pani nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo nas to na nowo
rani…

Identyfikowała Pani ciało męża w Moskwie?
– Nie. Pojechałam z córkami do Warszawy, gdzie miałyśmy czekać na wylot do
Moskwy, jednak przed wylotem odradzono nam ten krok. Przystałyśmy wreszcie na to
– zarówno ze względu na nasz stan, jak i moje zdrowie.

Nie żałuje Pani tej decyzji?
– I tak, i nie. Bo gdy słucham rodzin, którym choć poleciały, nie dano
możliwości pożegnania się z ukochanymi, to cieszę się, że zaoszczędziłam i
sobie, i córkom tego stresu. Dzięki temu bardziej skoncentrowałyśmy się na
przygotowaniu pożegnania w Polsce. Ale żałuję, że nie poradzono nam, by zamiast
nas udał się tam ktoś z dalszej rodziny, i że nie zobaczyłam po raz ostatni
męża, że go już nigdy nie dotknęłam…

Mówiła Pani wcześniej o zgrzytach między generałem Kwiatkowskim a Bogdanem
Klichem w sprawie informowania rodzin poległych żołnierzy o ich śmierci. Jako
pierwsze o śmierci męża poinformowało Panią wojsko?

– Nie. To była taka nadzwyczajna sytuacja, że o katastrofie dowiedziałam się
najpierw od córki, która usłyszała o tym w mediach. Wtedy szykowałam się na
pociąg do Warszawy, gdzie miałam czekać na powrót Bronka z Katynia i gdzie
mieliśmy rozpocząć wreszcie upragniony okres emerytury. Córka natychmiast
przyjechała do mnie do domu i razem zaczęłyśmy oglądać telewizję. I powiem pani
szczerze, że w ogóle w to nie wierzyłam, że mój mąż mógł zginąć. Leciał przecież
prezydenckim samolotem! Wcześniej, będąc na misjach i odwiedzając swoich
żołnierzy, spędził na pokładzie różnych samolotów 5 tys. godzin, z czego
większość w warunkach bojowych, i zawsze wychodził zwycięsko z każdej sytuacji.
Dlatego też nie docierało do mnie, że mogło mu się coś stać. Zwłaszcza że na
początku mówiło się o trzech ocalałych. Moje obawy całkowicie rozwiał telefon od
adiutanta męża, który poinformował mnie, że on najprawdopodobniej poleciał
jakiem. I naprawdę przez długi czas wierzyłam, że Bronek jednak żyje. Nawet
dzisiaj mam takie momenty, że tak myślę. Byliśmy małżeństwem przez niemal 40
lat, z czego około 20 lat mąż był poza domem, służąc Ojczyźnie. W tym czasie
ciągle na niego czekałam. I teraz też trzymam się tylko dzięki temu, że mam
takie przeświadczenie, że mój generał dalej jest na misji i że niedługo wreszcie
z niej wróci. Nawet w snach często zapewnia mnie, że wciąż żyje.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj