„Uderzmy sprawiedliwego” (Mdr 2, 12)
Wszelkie grupy społeczne i całe państwa winny dążyć do obiektywnego dobra
oraz wychowywać ludzi do najwyższych wartości – materialnych i duchowych. Jednak
w historii społecznej zdarza się, że jest odwrotnie i niektóre czynniki
społeczne dążą do ewidentnego zła – atakują lub niszczą ugrupowania dobre. W
człowieku istnieje skłonność do grzechu, którą należy przezwyciężać przez
moralność i religię, czego jednak, niestety, nie rozumieją ateiści i
liberałowie. A jak jest u nas?
Starotestamentalna Księga Mądrości z II wieku przed narodzeniem Chrystusa
przestrzega przed tworzeniem takich ugrupowań czy społeczności, które gwałtownie
atakują człowieka dobrego tylko za to, że jest dobry, moralny i religijny. To
głęboka prawda. Cały "program" zasadzających się na dobro Księga Mądrości
streszcza następująco: Nie ma Boga ani wieczności, realna jest tylko śmierć i
nicość. Używajmy zatem świata, pijmy, swawolmy, pędźmy za rozkoszami i
uciechami. Udręczmy ubogiego, wdowę i starca, tego, kto wierzy, że moralność i
sprawiedliwość przyniosą mu szczęście, kto chełpi się Bogiem jako swym Ojcem. A
dlaczego trzeba zniszczyć sprawiedliwego? Dlatego że droga prawdy i dobra jest
prowokacją – sprawiedliwy sprzeciwia się naszym (liberalnym) sprawom, zarzuca
nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Potępia nasze zamysły,
sam jego widok jest przykry, bo drogi sprawiedliwego są inne (por. Mdr 2).
Tekst świętej księgi zdaje się dosyć dobrze obrazować współczesną orientację
liberalną, ateistyczną i amoralną w kulturze euroatlantyckiej, a częściowo już i
u nas – w Platformie Obywatelskiej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej, wśród
ateistów i masonerii. Ostatnio także zaraza liberalizmu i ateizmu dosięgła
organizacji młodzieżowych – jak Młodzi Racjonaliści czy Młodzież Socjalistyczna,
które 1 września w 47 miastach zorganizowały akcję przeciwko wychowaniu
katolickiemu i moralności klasycznej, a także przeciwko udziałowi katolików jako
katolików w życiu publicznym i państwowym.
Owymi sprawiedliwymi, na których czyhają grzeszni, są u nas katolicy, mimo że
atakujący maskują to na różne sposoby. Katolicy jako wierzący, łagodni, ubodzy,
cierpliwi, nienapastliwi – stają się w życiu społeczno-politycznym łatwym łupem
oszustów społecznych. Państwo ich nie obroni, a nawet zapala zielone światło
napastnikom. Katolicy aktywni na forum publicznym są powoli już i w naszej
Ojczyźnie uważani za przeszkodę w budowaniu nowego utopijnego świata
postkomunistycznego i liberalnego, świata bogacenia się nade wszystko, używania
i płynącej z rozkoszy radości (por. "Oda do radości"). Podobno w Polsce
najczęściej w Unii Europejskie wykonuje się "Odę do radości", choć obrazuje ona
mitologię pogańską…
Ataki na sprawiedliwą "Solidarność"
Ów biblijny los sprawiedliwego zdaje się dzielić u nas "Solidarność", która
niespodziewanie znalazła się w bardzo groźnym położeniu, kiedy to liberalizm
idzie w sukurs postkomunizmowi i odwrotnie. Buldożer totalnego amoralizmu
niszczy w kulturze euroatlantyckiej najwyższe wartości niemal w każdej
dziedzinie. Teraz chce poddać eutanazji także "Solidarność" – jej powołanie
przypisuje się już nie robotnikom, lecz jakiejś grupce osób, które już dawno
zapomniały o "Solidarności", ale w ważniejsze rocznice toczą zacięty spór między
sobą o palmę pierwszeństwa przy zakładaniu związku. I coraz więcej polityków
nosi logo "Solidarności", ale czyni to tylko w celach propagandowych, faktycznie
bowiem z "Solidarnością" nie mają już nic wspólnego. Ukazały to dobitnie obchody
trzydziestolecia związku w Szczecinie, Gdyni, Gdańsku i Jastrzębiu Zdroju.
Doszło do tego, że decydenci z PO chcą "Solidarność" niejako internować,
zniewolić, skompromitować albo zlikwidować, głosząc, że sama się zabiła. Dla
nowych ideologów społeczno-politycznych staje się ona przeszkodą w rozwoju
ekonomicznym, politycznym, kulturowym i duchowym nowoczesnej Polski. I potępia
się ją nie tylko za jej, rzekomo przestarzałą, postawę w dziedzinie
związkowo-zawodowej, lecz także za wciąż żywe aspiracje wolnościowe, robotnicze,
patriotyczne i katolickie.
Obecna władza zarzuca "upolitycznienie" związku ludziom, którzy są lekceważeni
przez kolejne rządy, szczególnie zaś przez obecny. W tym tonie 29 sierpnia w
Szczecinie wypowiadał się Bronisław Komorowski. Władza odwraca się plecami do
tysięcy bezrobotnych stoczniowców wciąż marzących o odrodzeniu stoczni i o pracy
dla siebie i dla Polski. To się nie mieści w żadnej logice. Ponadto ten sam
przedstawiciel najwyższej władzy szyderczo stwierdził podczas wizyty w
Szczecinie, że tak jak Stany Zjednoczone mają swoją Statuę Wolności, tak polską
statuą wolności są te portowe i stoczniowe dźwigi. Mój Boże, czyżby martwe
kikuty zniszczonego stoczniowego sprzętu miały być pozytywnym symbolem naszej
liberalnej Polski?
Z kolei 30 sierpnia w Gdyni "Solidarność" postanowił zganić pan premier, który
się dziwił, że rozbitkowie z zatopionych stoczni buczą i gwiżdżą. A przemawiał
tak, jakby chciał wypróbować ich łagodność i cierpliwość. Cóż takiego mówił w
Gdyni Donald Tusk? Ano, że związkowcy powinni kierować się miłością do rządu i
PO, a tymczasem kierują się nienawiścią, i to w sytuacji, gdy rząd darzy ich
miłością (także poprzez podstępne likwidowanie stoczni!).
Premier perorował, że dawna "Solidarność" była powszechna, należał do niej
każdy, bez względu na to, czy był partyjny, czy bezpartyjny, wierzący czy
niewierzący, czy był konserwatystą, czy anarchistą. Pan premier chciał chyba
powiedzieć, że w pierwszej "Solidarności" panował liberalny pluralizm bez
żadnych kryteriów i bez wspólnych motywów – ot, taki anonimowy pojemnik na
różne, niepowiązane ze sobą przedmioty. To typowe, także obecnie, definiowanie
pluralizmu jako chaosu.
Donald Tusk zarzucił związkowcom szyderczo, że w 1981 r. "Solidarność" liczyła
blisko 10 mln osób, a dziś liczy tylko ok. 700 tysięcy. Co oznaczają te słowa?
Wiele rzeczy – że dzisiejsza "Solidarność" nie ma nic wspólnego ze związkiem z
lat 80., że "Solidarności" już nie ma, a jeśli uprzemy się, iż jest, musimy
dopowiedzieć, że jest zła – nie słucha rządu, Brukseli, oburza się na likwidację
stoczni… Ludzie postępowi i mądrzy nie chcą do niej należeć. Wniosek ze słów
premiera jest prosty: "Solidarność" musi słuchać rządu, bo inaczej zdradzi swe
początki. Premier nie zauważył, że swoją partię postawił dziś na miejscu PZPR.
Wielu byłych solidarnościowców, którzy dziś znajdują się w PO, bardzo zgorszyły
słowa Jarosława Kaczyńskiego, że w 1980 r. podczas rokowań z rządem część
doradców dążyła do kompromisu za cenę zbyt daleko posuniętych ustępstw. Trzeba
więc im przypomnieć, że rola doradców jest do dziś oceniana jako dwuznaczna i
niejasna. Esencją sierpniowego zrywu byli robotnicy, kierujący się dążeniem do
wolności, patriotyzmem, motywami religijnymi i troską o dobro ludzi pracy.
Doradcy wywodzący się częstokroć z Komitetu Obrony Robotników nawoływali do
umiarkowania, ograniczania żądań i koncyliacyjnej postawy w rozmowach z władzą.
Wielu z nich gorąco popierało później postanowienia Okrągłego Stołu. Ich
sympatie ideowe szły w poprzek katolickiej tożsamości naszego Narodu, szydzili z
tych, którzy pragnęli symbiozy naszego Narodu i Kościoła. Ten liberalny kurs
usunięcia kategorii polskości i katolicyzmu z życia społeczno-politycznego
reprezentował m.in. premier Tadeusz Mazowiecki. Obecne władze doskonale to
kontynuują.
Chodzi o przyszłość Polski
Większość komentatorów zwraca uwagę tylko na szczegóły, zdarzenia i rolę kilku
osób w omawianym sporze między Platformą a "Solidarnością". Mimo wszystko są to
sprawy drugorzędne. W głębi rzeczy chodzi o problemy istotne: o godność
robotnika, ekonomię pracy, wolność Polski i Narodu, o rolę Kościoła w państwie,
o prawdę historyczną, o kulturę, tradycję i przyszłość. Nie wolno mówić, że do
"Solidarności" należeli i mogą należeć wszyscy bez względu na poglądy, postawy,
czyny i intencje, jeśli bowiem związek ma pozostać sobą, to nie może być
chaosem. Nie mogą do "Solidarności" należeć zdrajcy, pasożyci, oszuści
sprzedający Polskę Niemcom, Rosji czy Brukseli, walczący ateiści, wrogowie
Polski, przywódcy PZPR, SLD itp. Mówienie, że dziś każdy Polak ma prawo do znaku
"Solidarności", czyni wielki zamęt pojęciowy i jest tanim chwytem propagandowym.
Owszem, "Solidarność" przyniosła wielkie dobro wszystkim, w tym i wrogom Polski,
ale to nie znaczy, że wszyscy do niej należą. Jeśli armia wywalczyła wolność dla
wszystkich, to nie znaczy, że wszyscy byli czy są członkami tej armii. Przede
wszystkim ludzi "Solidarności" łączył wspólny mianownik, którym były te same
idee, cele i metody, a przede wszystkim troska o Polskę. To, co wspaniale
wyśpiewał Jan Pietrzak: "Długi łańcuch ludzkich istnień połączonych myślą
prostą: Żeby Polska, żeby Polska, żeby Polska była Polską". Żeby była Polską, a
nie Rosją, Niemcami, Brukselą, ani klęską.
Bezsensowny jest zarzut, że "Solidarność" się upolityczniła. Byłby może jakiś
sens w zarzucie, iż związek się upartyjnia, ale nie upolitycznia. Od początku
związek był polityczny, bo działał na rzecz polskiego świata pracy i całej
Polski. A dziś powinien podjąć funkcje polityczne na większą skalę, gdyż z
powodu złej ideologii i nieodpowiedzialnych rządów Polsce znowu grozi zagłada.
Związki zawodowe są z natury polityczne, bo odnoszą się do stanu państwa –
polis. Nie można polityki rozumieć na sposób wilczy – że to tylko walka o władzę
między partiami. Istotnie – pazerna, samolubna i już prawie totalitarna władza
PO obawia się, że "Solidarność" ją trochę ograniczy. Poza PiS już tylko ona może
zagrozić monopolowi PO, gdyż inne ugrupowania – choć szlachetne i patriotyczne,
są słabiutkie. Katolicy nie nauczyli się polityki. Obecnie przed "Solidarnością"
stoją takie zadania polityczne, jak: obrona przed wilczym kapitalizmem
przemysłu, zasobów ziemi, gospodarki, a także świadomości polskiej, historii,
tradycji, zdrowego rozsądku. Różne odłamy "Solidarności" rolników muszą bronić
polskiej wsi przed nową kolektywizacją, niszczeniem gospodarstw rodzinnych,
pogardą dla ludzi wsi, wyzyskiem ze strony pośredników, przed utratą zmysłu
polskości i ciągłości narodowej. Dzisiejszych naszych władców liberalnych i
postmarksistowskich bardzo drażni związek "Solidarności" z religią i Kościołem –
może dlatego nie doszło do przyjazdu na obchody ważnych figur z Zachodu. Były
premier Tadeusz Mazowiecki, mieniący się przyjacielem Jana Pawła II, po
uroczystości w Gdańsku zarzucił PiS, że pcha "Solidarność" do "sekty
religijno-politycznej", a więc wyraził żądanie środowiska lewicowo-liberalnego,
żeby związek nie miał nic wspólnego nie tylko z polityką, ale i z Kościołem
katolickim. Chyba też dlatego TVP, która transmitowała uroczyste obchody ze
Szczecina i Gdyni, już nie wyemitowała Mszy Świętej z Gdańska, która była
integralną częścią obchodów święta "Solidarności". Być może obawiano się mocnego
kazania ks. abp. Sławoja Leszka Głódzia. Tę Mszę Świętą pokazała Telewizja
Trwam. A przecież w czasie strajku w stoczni odprawiano Eucharystie – pierwszy
uczynił to ks. prałat Henryk Jankowski, oczywiście potem do końca życia
atakowany pod różnymi pretekstami. W stoczni księża także spowiadali, a na
bramie umieszczony był obraz Matki Bożej i portret Jana Pawła II. Religia
katolicka była i jest wielką mocą duchową "Solidarności", wspierającą także
innowierców i ateistów.
Programowa ateizacja
Źle się stało, że władza zapala obecnie zielone światło dla działań ateistów.
Zadeklarowany tak wyraźnie przez rządzących program ateizacji państwa podsyca
wrogość różnych struktur przeciwko Kościołowi. Nasiliły się antykatolickie
komentarze w internecie. Dyrektor Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia
Ratunkowego usunął krzyż ze szczytu Rysów i argumentował to tak samo
przewrotnie, jak Warszawa: że był postawiony bez jego zgody, bez zgody władzy
kościelnej i TOPR. Krzyż został usunięty rzekomo "godnie", gdyż został
przeniesiony do sanktuarium Matki Bożej Jaworzyńskiej, gdzie będzie uroczyście
poświęcony. Dyrektor był łaskaw uspokoić górali, że krzyż z Giewontu, tyle razy
wspominany przez Jana Pawła II, nie będzie usunięty, a nawet zostanie
odrestaurowany, oczywiście dlatego, że stanowi zabytek kulturalny, a nie
sakralny – został postawiony w 1901 r. ("Gazeta Wyborcza", 26.08.2010 r.).
Następnie w sierpniu i we wrześniu zostały ścięte dwa krzyże na Wzgórzu Trzech
Krzyży w Przemyślu. Krzyże te postawiono przed wojną na miejscu grodu
piastowskiego i były już usunięte przez komunistów – antyreligijnych i
antypatriotycznych jak dzisiejsi liberałowie.
Wzmogły się ataki słowne zepsutej, liberalnej młodzieży na Kościół i na
duchownych, a także napaści mediów. Katolickie środki społecznego komunikowania,
atakowane od początku ich powstania, są teraz zagrożone likwidacją ze strony
szaleńców antyreligijnych. Ktoś w internecie obrońcom krzyża grozi śmiercią. Te
i inne rzeczy są tolerowane przez władze liberalne, bo dotyczą one katolików –
byłoby zupełnie inaczej, gdyby dotyczyły Żydów albo innej mniejszości. Oto
dlaczego "Solidarność" musi żyć i musi ingerować w życie polityczne w naszym
państwie. Rząd liberalny nie jest w stanie ani przejąć, ani zastąpić
"Solidarności". Ot, taki kwiatek: Europejskie Centrum Solidarności zapłaciło w
2009 r. światowej sławy piosenkarce Kylie Minogue 11 mln zł za występ na
obchodach rocznicy powołania związku (W. Reszczyński, "Nasz Dziennik", 2.09.2010
r.). Liberałowie żyją kultem krezusów i gwiazd, ubogi nie jest dla nich
obywatelem, lecz tylko niedołęgą i żebrzącym żyjątkiem.
I tak dobrze zorganizowana "Solidarność" stała się dziś większą niż PiS
przeszkodą w realizacji obłędnej ideologii liberalnej i brutalnego
neokapitalizmu. Związek ma za sobą znaczną część ludzi pracy. Skuteczność
"Solidarności" jest jednak coraz bardziej zagrożona, bo wrogie jej państwo
dysponuje wszelkimi środkami niszczenia. Klimat wokół "Solidarności" zaczyna
przypominać ten z czasów jej początków – władza nie liczy się z ludźmi pracy,
ataki na Kościół i polskość się potęgują, PO staje się coraz bardziej zakłamana,
postępuje ateizacja całego życia narodowego, nikt nie broni pracowników i
rolników, społeczeństwo składa się z niewielkiej grupy bogatych oraz z wielu
milionów ubogich i nędzarzy, rząd jest niesłychanie arogancki – nie dialoguje ze
światem pracy i często szydzi sobie z obywateli prostych, media są opanowywane
przez lewaków, ateistów i postkomunistów; wracają do łask agenci, układy i
oskarżeni o korupcję. Słowem: chaos i ucisk uważa się za wolność i demokrację.
Stajemy się coraz bardziej podlegli Brukseli, Niemcom i Rosji. W kraju panuje
nieład materialny i duchowy, nie ma wyraźnej koncepcji życia, pracy i polityki.
Plecami do ludzi pracy
Rząd wyniośle nie chce prowadzić z "Solidarnością" prawdziwego dialogu, tak jak
i z opozycją. Może prowadzić ze związkiem nawet ostry spór, ale nie może żądać
od niego przyjęcia liberalizmu i zmiany profilu ideowego. Ale niestety te
naciski są, i to poważne. "Solidarność" według PO powinna odrzucić całościową
koncepcję godnego życia w Polsce i zająć się tylko płacami, urlopami, ceną
chleba i sprawami drugorzędnymi.
Człowiek się zastanawia, dlaczego władze, partie polityczne nie czynią głębszej
refleksji nad sobą, tylko ograniczają się przeważnie do propagandy w celu
zdobycia poparcia ze strony zdezorientowanych ludzi. Podobnie jest na Zachodzie,
ale u nas mogłoby być lepiej. Dlaczego politycy Platformy, atakując
"Solidarność" i PiS, czują się tak nieomylni w samoocenie i bezkrytyczni?
Dlaczego nie widzą żadnych dobrych cech u innych? Czy to brak głębszej refleksji
nad sobą? Czy to pycha lub narkotyzowanie się władzą i własną ideologią? I
nasuwa się też pytanie, czy naszych polityków i uczonych nie stać na
wypracowanie lepszej teorii życia społeczno-politycznego, np. personalizmu
społecznego. Czy musimy się zaczadzać nierozumnymi teoriami zachodnimi, jak
marksizm, liberalizm, nowa lewica i inne? Czy musimy przyjmować te różne dziwne
twory, jak kobieta modę paryską, choćby ta moda była nieludzka i idiotyczna?
Żeby tylko nie doszło do takiego zwyrodnienia duchowego, które objawia się
alergią na Boga, prawdę, dobro i duchową miłość. Przed tym właśnie przestrzega
Księga Mądrości, analizująca motywacje złych ludzi i złych społeczności:
"Uderzmy sprawiedliwego, bo sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie
prawa, wypomina nam błędy (…). Zasądźmy go na śmierć haniebną" (Mdr 2, 12.20).
I jeszcze jedno – dlaczego w tym czasie milczą Polacy naprawdę mądrzy,
szlachetni i wielcy? Tymczasem Platforma Obywatelska spokojnie zmierza do
likwidacji wszelkich opozycyjnych wobec siebie struktur, takich jak
"Solidarność". Potem pozostanie jej tylko Kościół i kultura polska – ateistyczna
Bruksela wyrazi za to serdeczną wdzięczność.
Ks. prof.
Czesław S. Bartnik
