Spróbuj pomyśleć: „Pan Bogdan Czajkowski reprezentuje milczącą większość Polaków”
Szczęść Boże!
Pan Bogdan Czajkowski reprezentuje milczącą większość Polaków. Wprawdzie na arenę dziejów ponownie wkroczył w Pałacu Namiestnikowskim, do niedawna zwanym magistratem, ale za to w jakim stylu! Kto w latach pierwszej Solidarności, zwłaszcza po wprowadzeniu stanu wojennego, nosił w klapie opornik, ten wie co to znaczy. Wierność ideałom, których Polakom tłumaczyć nie trzeba, była powodem bytowej klęski pana Czajkowskiego. Nie sprzedał swojego kombatanctwa, nie został prezydentem, parlamentarzystą, ministrem, dobrze opłacanym urzędnikiem państwowym lub samorządowym ani też biznesmenem żerującym na budżecie. Pozostał sobą i w marcu 2008 r. po czterdziestu latach, pokazał światu, że lepiej być niż mieć.
Ci, którym na polityce wyszły najlepsze interesy życia, mają trudny orzech do zgryzienia. Pan Czajkowski jak romantyczne czy młodopolskie widmo wyłania się z niebytu i nie tylko cichym szeptem potrafi zakłócić huczną biesiadę, ale i pokrzyżować plany, które biesiadnicy uznali za już zrealizowane. Reytan, Kukliński i Czajkowski, ten Czajkowski, każdy w swojej epoce, w pojedynkę stoczyli swoją walkę o Polskę. Kto w XVIII wiecznej Polsce słyszał o istnieniu Reytana? Komu spośród uratowanych przed atomową zagładą znane jest bohaterstwo i najcięższa ofiara pułkownika Kuklińskiego, którego żaden prezydent nie raczył dotychczas ani awansować do stopnia generała, ani uhonorować orderem Orła Białego, nawet pośmiertnie. Ale pan Bogdan Czajkowski zaistniał właśnie teraz, jest znany każdemu, promieniuje energią, a najgorsze ma już za sobą, daj Boże. Jeżeli sam jeszcze nie ma ambicji politycznych, to bez wątpienia jest dobrą ikoną oporu przeciwko rozstrzygnięciom ponad głowami Polaków. Mało tego. Zmanipulowane, przycięte, dosłownie sfałszowane medialne preparaty z wypowiedzi pana Bogdana Czajkowskiego, trzeba uznać za żywą skamielinę, na której przykładzie studenci dziennikarstwa powinni uczyć się jak działała bezpieka w PRLu, nie po to, aby ją naśladować, ale po to, aby umieć rozpoznać jawnie esbeckie metody zakłamywania rzeczywistości.
Kompromitacja polityczno-finansowego establishmentu nie jest jednak serialem telewizyjnym. Wystarczy wyłączyć telewizor, aby w porze posiłku nie oglądać w telewizji publicznej reklam odnoszących się do fekaliów, bądź za własne abonamentowe pieniądze nie słuchać równie odrażającego ataku na swoje wartości w skrajnie stronniczych i niczym nie równoważonych programach. Prawdziwa kompromitacja rządzących odbywa się przy domowych rachunkach w każdym domu polskich wyborców, nie wybrańców. Kładziemy na stół dochody wszystkich domowników i dzielimy na niezbędne wydatki. Musimy zapłacić za prąd, bo nam wyłączą, za gaz, bo nam odetną, za ogrzewanie, bo zamarzniemy, poza tym za wodę, za wywóz śmieci, za czynsz, spłacić kredyty. Jeśli nie zapłacimy, to przyjdzie komornik i zabierze nam wszystko na co pracowaliśmy całe życie, albo co zostawili nam rodzice. Kto nie płaci, idzie pod most, a tam już ciasno. Żeby dojechać do pracy i zarobić na chleb, trzeba mieć na bilet, albo na paliwo. Dzieci też jakoś muszą dojechać do szkoły i na uczelnię. Z czasem ubrania się drą, buty rozpadają, dzieci wyrastają z odzieży i obuwia, nieraz bardzo szybko. Mundurki chcą zabrać, a tak dobrze pozwalały ukryć biedę w tej fazie życia, kiedy człowieka najłatwiej skrzywdzić słowem i spojrzeniem. Na książki do nauki trzeba pożyczyć. W spożywczym ceny jak z księżyca, droższe niż na zachodzie. Na nic nie wystarczy, choć kto może, to bierze każdą pracę. Głodowe pensje, emerytury, renty i zasiłki zżarła drożyzna, a jeszcze mówią o podwyżkach cen prądu, gazu, wody, wywozu śmieci, bo w Unii Europejskiej jest drożej.
Owszem, bywa drożej, bowiem ludzie tam więcej zarabiają i mają większą siłę nabywczą. Opublikowane 19. lutego dane Eurostatu, pozwalają uszeregować 271 tak zwanych regionów europejskich, w tym 16 naszych województw według stopnia zamożności ich mieszkańców mierzonego parytetem siły nabywczej w stosunku do średniej wszystkich państw Wspólnot Europejskich. W podsumowaniu roku 2005 pierwsze w kolejności polskie województwo znalazło się na pozycji 187 na 271 regionów, było to województwo mazowieckie osiągające 81% średniej europejskiej. Kolejne województwo to śląskie na pozycji 235 – 55,3% i zaraz za nim wielkopolskie – 54,8%. Dalej pojawia się cała Litwa jako region, a za nią województwo dolnośląskie na pozycji 238 – 53% średniej europejskiej, dalej jest jeden z regionów bułgarskich i Gujana Francuska. Za regionem z Trzeciego Świata na pozycji 241 plasuje się województwo pomorskie – 50,4% średniej europejskiej, potem cała Łotwa i ostatnie trzydzieści najbiedniejszych regionów europejskich, w których siła nabywcza mieszkańca nie osiąga nawet połowy wartości unijnej. Na pozycji 243 znajduje się zachodniopomorskie, za nim łódzkie, lubuskie, kujawsko-pomorskie, małopolskie, opolskie, warmińsko mazurskie, świętokrzyskie, podlaskie, podkarpackie i lubelskie rozdzielone kilkoma regionami słowackimi, węgierskimi i rumuńskimi. Za ostatnim z polskich województw, którym jest właśnie lubelskie na pozycji 261 osiągające zaledwie 35% średniej europejskiej, do końca listy mieści się jeszcze dziesięć najbiedniejszy z biednych regionów Europy należących do Bułgarii i Rumunii. Życząc jak najlepiej naszym przyjaciołom z Bałkanów, nie można powstrzymać się od uzasadnionej własnymi obserwacjami uwagi, że o ile Słowacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria wychodzą z nadzwyczaj wielkiej biedy, to Polska stacza się w przepaść. Ograbiona z dorobku uprzemysłowienia ze sztandarowymi inwestycjami II Rzeczypospolitej w Centralnym Okręgu Przemysłowym, Gdyni i na Śląsku, okradziona z fabryk powstałych po II wojnie światowej, których marki były rozpoznawalne na całym świecie, dzisiaj nie potrafi wytworzyć nawet paszy dla zwierząt hodowlanych. Zburzyć i zalesić, majątki odebrać, ludzi wysłać na poniewierkę, niech służą innym, skoro sami tego chcą. Na razie obiecać, że jak Unia da, to będzie lepiej. No właśnie. Pomiędzy rokiem 2004 a 2005, już jako członek Wspólnot Europejskich, odnotowaliśmy wątpliwy postęp. Oto Polska z 46,8% dokonała skoku cywilizacyjnego o 0,2%. Dzięki wspaniałomyślności unijnych i domorosłych wielkorządców siła nabywcza Polaka w 2005 roku osiągnęła 47% średniej unijnej, a przyrost był najwyższy tam, gdzie dzielą pieniądze – w Warszawie. Mazowieckie z 77,3% skoczyło do 81,2% średniej europejskiej, co daje przyrost względny 5,1%. Swoją pozycję w Unii poprawiło jeszcze tylko 8 województw. Podkarpackie zatrzymało się na poziomie roku 2004, ale 6 województw odnotowało względny spadek siły nabywczej mieszkańców, średnio o 1,6%, w tym najwięcej śląskie, opolskie, świętokrzyskie, kujawsko-pomorskie i należące do najbiedniejszych w całej Europie – warmińsko-mazurskie i lubelskie.
Z Panem Bogiem
dr Zbigniew Hałat
