Spróbuj pomyśleć: „Obecnie w medycynie zasada PRIMUM NO NOCERE, ustępuje zwykle nakazowi PRIMUM SUCCERRERE.”
Szczęść Boże!
Obecnie w medycynie zasada PRIMUM NO NOCERE, ustępuje zwykle nakazowi PRIMUM SUCCERRERE. Zamiast przede wszystkim nie szkodzić, należy przede wszystkim osiągnąć sukces. Oby był to sukces prewencyjny, profilaktyczny lub terapeutyczny a nie tylko ekonomiczny.
Wbrew popularnym poglądom zasada PRIMUM NO NOCERE nie była zawarta w tzw. przysiędze Hipokratesa, ani też nie występuje w obecnie obowiązującym przyrzeczeniu lekarskim. Lekarz przyrzeka według najlepszej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc. Często margines bezpieczeństwa rozmaitych procedur leczniczych czy schematów terapeutycznych jest tak wąski, że faktyczna korzyść dla pacjenta staje się bardzo problematyczna. Zaufanie do postępów medycyny bywa jednak ślepe u ludzi szukających pomocy w nieszczęściu i często bez wahania decydują się na podjęcie każdego ryzyka. Przewodnikiem po świecie chorób i dostępnych sposobów ich leczenia jest zwykle lekarz prowadzący. To lekarz przejmuje na siebie ciężar odpowiedzialności za zdrowie i życie pacjenta, pyta pacjenta o wszystko co ma znaczenie dla postawienia rozpoznania i śledzenia przebiegu choroby, udziela porad, bada, kieruje na badania specjalistyczne, wypisuje recepty, wykonuje zabiegi, a w razie braku odpowiednich kwalifikacji przekazuje pod opiekę innych lekarzy. Medycyna opiera się o autorytety, więc jeśli silny autorytet oddziałuje na sposób postępowania wszystkich lekarzy, pacjent szukający na własną rękę drugiej opinii lekarskiej, może jej po prostu nie znaleźć.
Dla koncernów produkujących środki farmaceutyczne i sprzęt medyczny sytuacja, w której wystarczy zyskać przychylność dość nielicznej grupy wpływowych ekspertów, aby osiągnąć miażdżący sukces ekonomiczny, jest wprost wymarzona. Od nauczania studentów na wydziałach lekarskich, przez system szkolenia specjalistycznego i doskonalenia zawodowego po tak zwane badania naukowe przewija się stale i niezmiennie wprowadzona przez koncern X doktryna Y służąca sprzedaży produktu Z. Jeden za drugim fenomen XYZ oplata każdego lekarza od początku studiów po zasłużoną emeryturę, no chyba, że akurat lekarz pokusi się o samodzielny przegląd światowej literatury, uzna kontrowersje za warte zgłębienia i ucieknie od narzucanych odgórnie doktryn, które z kolei oddolnie wzmacnianie są przez zastępy reprezentantów koncernów farmaceutycznych oraz pacjentów – ofiar Goździkowej i jej podobnych autorytetów medycyny reklamowej.
Do największych sukcesów medycyny XX wieku należało wprowadzenie szczepień ochronnych. Dzięki szczepieniom ludzkość wykorzeniła ospę prawdziwą, tego prawdziwego jeźdźca śmierci. Dzisiaj wirus ospy naturalnej jest w rękach twórców organizmów genetycznie modyfikowanych szykujących ludziom masową zagładę. Właśnie obchodziliśmy trzydziestolecie rejestracji ostatniego przypadku rodzimej ospy na świecie. 26 października 1977r. w dystrykcie Merca w Somalii zachorował szpitalny kucharz. Osoby z kontaktu wyszukano, poddano ponownym szczepieniom i objęto nadzorem epidemiologicznym. Nikt więcej nie zachorował. Świat odetchnął z ulgą. O jedną plagę mniej.
Epidemie choroby Heinego i Mediny, czyli porażenia dziecięcego, po łacinie poliomyelitis, w skrócie – polio, szerzyły się w Polsce lat pięćdziesiątych XX wieku, przynosząc co roku średnio niemal 2,5 tysiąca rejestrowanych zachorowań i niemal 150 zgonów. Większość tych, którzy przeżyli polio, a były to głównie maleńkie dzieci, do końca życia pozostaje niepełnosprawna. Po wprowadzeniu szczepień sytuacja uległa gwałtownej poprawie. Liczby rejestrowanych zachorowań spadły poniżej 100 w ciągu roku. Ale w 1968 pojawiła się epidemia w następstwie szczepień, które miały chronić przed zachorowaniami. Po zastosowaniu polecanej przez światową Organizację Zdrowia szczepionki przeciw typowi 3 wirusa polio wystąpiła w Polsce epidemia poszczepienna choroby Heinego i Mediny. W 1968 r. zarejestrowano 464 zachorowania i 17 zgonów, głównie w Wielkopolsce, na Pomorzu Zachodnim, Ziemi Lubuskiej i na Dolnym Śląsku.
Dziki, czyli nieszczepionkowy wirus polio był przyczyną ostatnich notowanych zachorowań w Polsce w 1982 i 1984r. Polska odetchnęła z ulgą. O jedną plagę mniej, ale w odróżnieniu od ospy prawdziwej – pod warunkiem utrzymania wysokiego poziomu zaszczepienia populacji przeciw tej strasznej chorobie. Dzieci nieszczepione przeciw polio, na przykład z powodu przeciwwskazań, bądź szczepione niezgodnie z programem szczepień ponoszą ryzyko ostrych porażeń wiotkich związanych z narażeniem na wirusy szczepionkowe pochodzące od dzieci zaszczepionych.
Jak widać szczepienia ochronne dobrze bronią ludzi przed nieszczęściem na masową skalę. Pomimo ewidentnych korzyści poddawane są jednak krytyce, a nawet próbom ich likwidacji. Mamy tu do czynienia z typowym przykładem wyboru mniejszego zła. Kierując się wiedzą o powikłaniach poszczepiennych, zwłaszcza liczbą zgonów i trwałych niepożądanych następstw w wyniku zastosowania szczepionek, bylibyśmy gotowi ze szczepień zrezygnować, a zwłaszcza uchylić przymus poddawania się szczepieniom ochronnym. Kiedy jednak po sięgnięciu do annałów z niedawnej przeszłości i poznaniu rozmiaru corocznych strat, jakie ponosiliśmy w wyniku szalejących epidemii, wyliczymy korzyści ze szczepień – rozsądek nakazuje nam przyjąć argumentację epidemiologów. Tak myśli ogromna większość ludzi na świecie, a w Polsce niemal wszyscy.
Korzystając z ugruntowanego zaufania do programu szczepień ochronnych, kolejne koncerny farmaceutyczne wprowadzają do arsenału szczepionek jeden po drugim fenomen XYZ, o nie wystarczającej przewadze korzyści nad ryzykiem szczepień.
Zanim koncern X wprowadzając doktrynę Y służącą sprzedaży produktu Z w wyniku kompromitacji hałaśliwej kampanii reklamowej zniszczy powszechne zaufanie do szczepień ochronnych, warto stanąć w obronie wspólnego dobra, jakim jest zdrowie publiczne.
Z Panem Bogiem
dr Zbigniew Hałat
