Spróbuj pomyśleć: „Narodowe szkodnictwo i błazeństwo polityków wymaga naukowej oceny”


Pobierz Pobierz

Szczęść Boże!

W pierwszym tegorocznym felietonie życzyłem rodakom, aby rok 2009 był rokiem sądnym dla polskich polityków. Po sześciu tygodniach dobrze widać, że życzenia nabierają rozpędu realizacyjnego. Starannie wyhodowany i pielęgnowany z wielkim nakładem sił i środków wizerunek kolejnych polityków pada pod ciosami topora opinii publicznej. „Wyrwać chwasta”, którym okazał się dopiero co bijący rekordy popularności wizerunek polityka, albo – jakby to ujęli koledzy lekarze weterynarii – dokonać uboju sanitarnego sztuki wizerunku czy stada wizerunków zagrażających całemu pogłowiu politycznych wizerunków, to praktyki zyskujące entuzjastyczny aplauz publiczności. Nasuwa się pytanie, czy masakra wizerunków osiągnęła już maksimum wysokości funkcji oraz rozległości aktualnego i byłego partyjnictwa? Do czasu obchodów pamiętnych czerwcowych wyborów z 1989r. warto ułożyć trafione i zatopione główki w jakiś sensowny ranking odchodzącego w niesławie dwudziestolecia. Szanse wystąpienia w konkursie obywatelskiej brzydoty powinien mieć każdy, poczynając od kilku zaledwie prezydentów, poprzez marszałków sejmu, senatu, premierów i ministrów, posłów i senatorów, aż po polityków błyszczących na firmamencie województwa, powiatu, gminy, czy też miasta, wsi i osiedla. Nie wolno pominąć posłów do Parlamentu Europejskiego i tych, którzy za pieniądze obcych państw, udając działaczy organizacji pozarządowych, wylądowali na ciepłych synekurach unijnych. Ranking mógłby uwzględniać dwa podstawowe kryteria oceny: pierwsze kryterium to szkodliwość dla dobra wspólnego, a drugie – to cała reszta przyczyn kompromitacji.

Do ludzkich słabości należy wścibstwo i plotkarstwo eksploatowane niemiłosiernie przez tabloidy, nazywane przez niektórych prasą brukową, lokujących w ten sposób w rynsztoku miliony czytelników, a równocześnie potencjalnych wyborców. Gdyby to tylko czytelników! Potwarz i pomówienie znacznie częściej niż w tabloidach pojawiają się na łamach gazet z rzekomo wyższej półki, mało tego – notorycznie perumerowanych przez aparat rządowy i samorządowy, cytowanych też obficie przez publiczną telewizję i radio.

Tym samym, drodzy podatnicy, utrzymujecie ze swoich podatków i abonamentów, owe wybijające kłamstwem szamba medialne, raz po raz zalewające nasz kraj cuchnącymi nieczystościami. Ich odorem napawają się przecież nie tylko zwykli obywatele, ale też decydenci wszystkich szczebli, od góry do dołu. Są wśród nich funkcjonariusze państwa najwyższej rangi, podejmujący decyzje wagi państwowej, czyli rozstrzygające o losie całego narodu na dzisiaj i na dającą się przewidzieć przyszłość. Są politycy i urzędnicy samorządowi, od których arbitralnych decyzji zależy szansa na przeżycie wszystkich z nas. Są też policjanci, prokuratorzy i sędziowie decydujący o życiu i śmierci pojedynczych obywateli. Nie tylko w sensie biologicznym przecież. Niezawinione prześladowanie przez aparat tak zwanej sprawiedliwości, bardziej niszczy niż rak, bo zabiera i zdrowie i godności i własność. Jak w gangsterskim filmie. Złożone w redakcji zamówienie na zabójstwo podlega tam profesjonalnej obróbce i pojawia się jako materiał medialny, pięknie uszminkowany pozorami obiektywizmu dziennikarstwa śledczego, demaskatorskiego, a więc kochanego przez wszystkich za to, że staje po stronie zwykłych ludzi. Walec medialny zaczyna się toczyć. Miażdży ofiarę zgodnie z wolą zleceniodawcy przy powszechnym aplauzie widowni. Jak na rzymskiej arenie. Ręce do oklasków składają się same, od prezydenta do bywalców przysłowiowego magla. Co tam magiel! Inteligencja, czy też samozwańcza „intligencja”, przoduje w łatwych osądach, chętnie dołącza się do chórów potępienia. Ech, śmiercionośne teksty i uczone komentarze mają w sobie tę słodką nutkę snobizmu. Łechcze ambicje przekonanie, że jest się intelektualistą zdolnym do czytania między wierszami, kojarzenia faktów, podpierania osądów swoim wyższym wykształceniem.

A gdyby tak pobawić się w intelektualną grę przekształcania wciskanych rewelacji w negatyw? Tak jak to było za komuny. Im więcej pan Jerzy Urban, zasłużony gieroj obrad okrągłego stołu, wciskał ludziom w mózgi, tym mniejszym cieszył się poparciem. Kiedy mówił – czarne, każdy wiedział, że to nie czarne a białe. Zabawa prosta, a jakże rozwijająca. Kto nie wie, jak w nią się bawić, niech spyta starszych, którzy za komuny byli już dorośli, a do tego wykształceni przez prawdziwych polskich nauczycieli. Prawdziwych, bo z przedwojennego naboru. Mając, tę mentalną gimnastykę za sobą, spojrzycie, moi drodzy, inaczej na otaczający was świat. Po prostu spadną wam łuski z oczu i być może uzyskacie szanse wybicia się na niepodległość mierzoną odpornością na manipulację.

Poświęciwszy dużo miejsca dostępnym narzędziom oglądu dygnitarzy, wracam do zamysłu rankingu skompromitowanych polityków dwudziestolecia i postuluję nadanie odmiennych wag każdej z proponowanych kategorii oceny. W szerokiej wspólnej dla obu kategorii skali od 1 do 10. Kategorii szkodnictwa i kategorii błazeństwa,. Szkodnictwo narodowe wyniszczające Polaków – mnożnik szkody nie mniej niż 6. Kabaretowe występy obecnych i byłych prominentów – mnożnik błazeństwa najwyżej 5. O ile szkodnictwo narodowe da się opisać liczbami i nieszczęściem ludzkim pomnożonym przez dziesiątki milionów obywateli, o tyle błazeństwo umyka tak łatwej ocenie. Wszak jednemu podoba się „Kariera Nikodema Dyzmy” a drugiemu „Trędowata”.


Z Panem Bogiem
dr Zbigniew Hałat

drukuj