Przemówienie z okazji 56. rocznicy święceń i 80-lecia urodzin, wygłoszone 9 sierpnia br. w parafii Matki Boskiej Królowej Polski w Lublinie


Pobierz Pobierz

Staję przed wielką trudnością, co i jak mówić na swoje 80-lecie daru życia i na 56-lecie łaski kapłaństwa w Roku Kapłańskim. Kiedy ktoś za czasów mojej młodości takie rocznice obchodził, to myślałem sobie, że on już współczesnego życia nie rozumie. Tymczasem dziś, kiedy sam znalazłem się w takiej sytuacji, to czuję się, jakbym dopiero teraz wkraczał w życie dojrzałe i dopiero teraz doceniam w pełni wielki dar kapłaństwa Chrystusowego. A wszystkie lata przeminęły hen, jak błyskawica na niebie: tak szybko i zarazem tak tajemniczo. Spróbuję coś powiedzieć, jak każde i całe życie osobiste jest wielkim i niezwykłym świadectwem działania Bożego w świecie. Przy tym przedstawianie tego świadectwa nie jest egoizmem, bo traktuje o Bogu, i chrześcijaństwo jest nie tylko publiczne, ale i jak najbardziej osobiste, bo jakby nie było jak najgłębiej osobiste, byłoby martwe i niepotrzebne.

Najpierw wyrażam pełną, jak tylko to możliwe, wdzięczność Bogu w Trójcy Jedynemu: Bogu Ojcu za stworzenie podług swej odwiecznej myśli, Jezusowi Chrystusowi za odkupienie i powołanie mnie do swojego kapłaństwa i Duchowi Świętemu za dar łaski i osobową komunię miłosną z Bogiem, ludźmi i światem.
Dziękuję Matce Bożej za czułą opiekę i wprowadzenie mego serca w serce Kościoła, którego jest Matką, i za dar miłości do Ojczyzny, której jest Królową i również Matką.
Dziękuję mojemu Aniołowi Stróżowi, że strzegł mej duszy i ciała.
Dziękuję moim Rodzicom, pokoleniom przodków i wszystkim ludziom, których od początku dotąd spotkałem na swojej drodze i nikt z nich nie wyrządził mi krzywdy, w czym trzeba widzieć ochronę Bożą.
Dziękuję Księdzu Kanonikowi Proboszczowi Zbigniewowi Kuzi, mojemu wychowankowi i uczniowi, a także wielkiemu przyjacielowi, opiekunowi i dobroczyńcy, pasterzowi tej wspaniałej parafii pw. Matki Boskiej Królowej Polski, a trzeba pamiętać, że parafie katolickie bardzo odradzają życie społeczne, choć tego nie chcą uznawać dziś czynniki publiczne.
Dziękuję bardzo serdecznie Księdzu Rektorowi KUL, byłemu Dziekanowi Wydziału Teologii oraz wszystkim zgromadzonym tu Kapłanom, z którymi jestem wielorako związany i którzy są posłańcami Bożymi, także i dla mnie.
Dziękuję Siostrom Zakonnym, które są zawsze Mariami i Martami Kościoła, jego ciepłem Bożym i diakonią; dziękuję służbie liturgicznej i wszystkim realizatorom tej uroczystości.
Dziękuję wam wszystkim tu zebranym, dzieciom Bożym, za modlitwy, życzliwość i stworzenie klimatu domu rodzinnego.

Rodzinna kolebka

Urodziłem się 9 sierpnia 1929 r. w Źrebcach k. Szczebrzeszyna, w prastarej wsi, może nawet z XI wieku, leżącej kiedyś na wzgórzu otoczonym rzeczkami, jeziorami i bagnami, a biorącej nazwę od tego, że pewien Słowianin przydzielił tę ziemię jednemu z trzech synów przez rzucenie losu, czyli źrzebu, stąd pole wylosowane to źrzebię, mieszkańcy – źrzebce, a od XIX w. Źrebce. Każda „ziemia rodzona” jest jak Eden. Taką najmniejszą ojczyznę trzeba kochać. Jest ona jak matka. Już jako chłopiec łowiłem ryby, łapałem niedaleko od domu raki, zimą jeździłem po lodzie na jeziorze. Wszystko wówczas wydawało mi się wielkie. Ale wszystko się dziś bardzo zmieniło: wody wyschły, łąk prawie nie ma, dużo opustoszałych domów, młodzież wyjechała za granicę, wieś umiera. Podobnie dzieje się prawie wszędzie, a wraz z tym ubożeje bardzo polska grzybnia etniczna.
Było nas w domu dziewięcioro: pięć sióstr i czterech braci, ja byłem dzieckiem szóstym, dziś żyje nas tylko troje. Matka Marianna – rolniczka, krawcowa i hafciarka artystyczna, najmłodsza z sześciu przeuroczych, rozśpiewanych i bardzo religijnych sióstr, sama traktowała religię jak pokarm codzienny, jak tlen życia, a Boga prawie jak Praojca rodu. Ojciec Michał ze starej rodziny włościańskiej, rolnik, szewc, polityk wiejski, wielki patriota należący w czasie wojny do Armii Krajowej, należał do mędrców wiejskich, był szlachetny, trochę choleryczny, ale i bardzo żartobliwy, no i bardzo pracowity. Mieliśmy jedynie 3 ha ziemi i trochę lasu. Żył problemami Polski. Był to niejako typ pewnej „arystokracji” wiejskiej przeważający w czasie wojny przynajmniej na całej Lubelszczyźnie.
Od Matki – jak dziś widzę – wziąłem coś, choćby podświadomie, z jej życzliwej religijności, a od Ojca zmysł patriotyczny i społeczno-polityczny. Mój patriotyzm chłopięcy rozwijał się ponadto pod wpływem lektury książek biblioteczki wiejskiej, która była w naszym domu. Rozczytywałem się o królach, rycerzach, hetmanach, husarii, kawalerii, bohaterach, bitwach i wojnach. Budziła się fantazja patriotyczna: ciągłe zabawy w wojsko z kolegami, musztra i marzenia chłopięce. Toteż kiedy 1 września 1939 r. wybuchła wojna, skakaliśmy z bratem, dziś jezuitą w Warszawie, z radości, że wreszcie Polska pobije Niemców i my okryjemy się sławą, a tylko byliśmy źli na chłopów, że byli jacyś sceptyczni. Kończyło się dla mnie na tym, że jedynie nieraz czytałem grupie konspiracji wiejskiej tajne gazetki w czasie okupacji niemieckiej i pokazywałem na mapach, gdzie toczy się wojna i jak przesuwają się fronty.
Ojciec popierał bardzo naukę, choć sam za caratu uczył się czytać i pisać tylko parę tygodni w ukryciu przed żandarmami carskimi i po wojnie pisał do nas listy słowami, tak jak się je słyszy, a nie pisze. W takim klimacie od najwcześniejszych lat chłonąłem książki, dzień i noc, w każdej chwili wolnej, o zmroku korzystając z lampy naftowej lub karbidowej przy warsztacie Ojca. Rozumieliśmy się bez słów. Lektury rozbudzały mnie rozumowo i fantazyjnie. Lubiłem bardzo rozumować, wszystkiego dociekać, kombinować umysłowo, grać słowami i każdą szkołę odbierałem jako miejsce popisu, przyjemności i radości. Tak było w szkole powszechnej w Źrebcach i Szczebrzeszynie, w tajnym gimnazjum AK i BCh w Radecznicy ukończonym po wojnie w Szczebrzeszynie, liceum w Lublinie i w seminarium duchownym przy KUL, po ukończeniu którego w 1953 r. otrzymałem święcenia kapłańskie. Z wielkim zamiłowaniem do nauki piąłem się wyżej: doktorat w 1956 r., habilitacja w 1965 r., profesura nadzwyczajna w 1974 r., zwyczajna w 1980 r. i studia uzupełniające w latach 1967-1968 w Rzymie, Paryżu i Lowanium. I tak nauki humanistyczne, historyczne, filozoficzne i teologiczne stały się dla chłopca wiejskiego zasadniczą treścią życia umysłowego, sposobem interpretacji rzeczywistości i rodzajem wznoszenia się do jakiegoś wyższego świata.

Narodziny powołania

A jak się rodziło moje powołanie? Głęboki grunt przygotowała niewątpliwie Matka, choć wówczas sobie tego nie uświadamiałem. A chyba zaczynało się gdzieś od tego, że uczyła mnie modlitwy: Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i do Anioła Stróża. I pamiętam, że wieczorem przed spaniem szybko się żegnałem, żeby rzucić się na łóżko. Potem bywało, że po powrocie z kościoła oddalonego o jakieś 4 km czasami głosiłem swoje „kazanie” z wysokiej gruszy przy domu. To była jakaś dziecięca chęć oddziaływania na życie i świat przez wyższego rodzaju słowo. Doszły też pisma matczyne: franciszkańskie i sodalicyjne. I tuż obok mieszkała złożona artretyzmem siostra Matki, Ewa, pełna żaru religijnego i stawiająca mi ciągle z jakimś świętym zmysłem najprzeróżniejsze kwestie religijne i kościelne. Siliłem się na teologa, ale i przez to sam zacząłem wkraczać w wyższy świat. Czułem, że Matka marzy, bym „poszedł na księdza” – tak się mówiło – ale wprost mi tego nigdy nie mówiła, zapewne wyczuwała, że zareagowałbym odpychająco. Od dziecka byłem dosyć samodzielny wewnętrznie, wolny i chciałem być w duszy niezależny od nikogo.
Drugim źródłem myśli o wyższej misji życiowej była niedola wsi, społeczeństwa, Polski, zwłaszcza pod naporem materializmu i zbrodni niemieckich oraz bolszewickich. Czułem w sobie jakiś głos, żebym życiem swoim wypowiedział walkę temu złu. I kiedy na wiosnę 1947 r. przyjąłem bierzmowanie z rąk ówczesnego ks. bp. lubelskiego Stefana Wyszyńskiego w czasie jego wizytacji w Szczebrzeszynie, zacząłem myśleć konkretnie i jakby w natchnieniu o wstąpieniu do seminarium. Poszedłem do spowiedzi generalnej i zapytałem spowiednika, czy mogę, odpowiedział zdecydowanie, że tak. Podjąłem więc taką decyzję w kwietniu 1947 roku. W pierwszych dniach lipca, na dzień przed wyjazdem do Lublina, powiedziałem o tym Rodzicom, a Matkę prosiłem, żeby na razie nikomu nic nie mówiła, bo nie wiadomo jeszcze, jak to będzie. Kiedy jednak wieczorem wracałem z Lublina, od Szczebrzeszyna pieszo, bo nie było jeszcze komunikacji autobusowej, już na początku wsi spotykani ludzie pytali mnie: „Jak tam w seminarium?”.
W seminarium duchownym położyłem nacisk na pogłębienie religijne, okrzepnięcie duchowe, wyprostowanie, umotywowanie mojego kapłańskiego posłannictwa do ludzi i na naukę. Moje powołanie było raczej typu intelektualnego niż emocjonalnego i liturgicznego. Ale – co ciekawe – moje zamiłowanie do nauki, nawet teologicznej, o mało mnie nie zgubiło. Po trzech latach przełożeni chcieli mnie wyrzucić właśnie za specjalne zajmowanie się nauką. Ja zaś rozumiałem, że konieczni są także kapłani szczególnej wiedzy i nauki, żeby lepiej trafić do inteligencji, która już wtedy zaczęła w dużym stopniu przechodzić na naukę marksistowską, i żeby duszpasterzować przez myśl naukową i przez kształcenie duszpasterzy. Przełożeni zaś mówili mi: „Nam naukowców nie trzeba, nam trzeba praktyków”. Nie wyobrażałem sobie życia poza kapłaństwem. Zauważyli moje zgnębienie i dali mi spokój, a nawet udzielili święceń diakonatu rok wcześniej, niż normalnie wypadało.
Ciekawe jednak, że ten sam problem w pewnej formie powróci po latach ponownie. Oto po kilku latach po święceniach zostałem w seminarium prefektem i wicerektorem, czyli w rzeczywistości przełożonym, który decydował o wychowaniu i nauce kleryków. Funkcje te pełniłem przez 14 lat, obok oczywiście pracy profesorskiej. Muszę tu podkreślić, że klerycy to najwspanialsi ludzie, pełni religijnego i życiowego idealizmu, którzy znacznie wpłynęli na moją duchowość. Uważałem jednak, że ich święty zapał trzeba umacniać i urealniać nie tylko przez zaprawianie ich do modlitwy, liturgii i rozbudzanie uczuć religijnych, lecz także przez mocny rozwój intelektualny oraz przez rzetelną pracowitość, która w przypadku studentów uniwersytetu oznacza przede wszystkim pełne przykładanie się do studiów i nauki, co też będzie sprawdzianem ich powołania. Wiadomo bowiem, że uczuciowa i zewnętrzna pobożność może łatwo przeminąć, a zostanie głupota. Oczywiście, w wymaganiach naukowych nie przesadzałem, choć na zewnątrz byłem surowy. Wahających się podtrzymywałem, słabych umacniałem i nikogo słabszego w nauce nie pozwoliłem usunąć, najwyżej kilku musiało repetować jakiś rok. Ale oto po 14 latach zostałem, zresztą i pod wpływem kilku wpływowych starych proboszczów, usunięty pod zarzutem, że „wychowuję kleryków na naukowców, a nie na duszpasterzy”, m.in. każdy kleryk musiał kończyć studia z magisterium. Taka była jeszcze wtedy antynaukowa mentalność. Poprawi się to zdecydowanie dopiero za czasów ks. abp. prof. Bolesława Pylaka, a jeszcze bardziej za czasów ks. abp. prof. Józefa Życińskiego.

Pobożnościowe przemiany

Kiedy mówię o tym pędzie do nauki, to nie znaczy, że duchowo nie stawiałem na pierwszym miejscu, przede wszystkim u siebie, mocnego i realistycznego życia religijnego. W pierwszych latach chłopięcych, pamiętam, na ekranie mojej świadomości religijnej jawił się Bóg Ojciec właśnie jako Ojciec w Niebie, mój Opiekun i Pomocnik we wszystkim. Bywało, że gdy mi się coś, mimo modlitwy, nie udawało, to po prostu „złościłem się na Boga”. Musiałem to wyznać już na pierwszej spowiedzi świętej. W okresie dojrzewania na pierwszy plan wysunęła mi się postać Jezusa Chrystusa jako boskiego Przyjaciela, Powiernika i otwierającego przede mną świat ideałów i misji społecznej. W seminarium duchownym doszła bardziej wyraźnie postać Matki Bożej jako mojej Wielkiej Matki dającej mi spokój w duszy, ambicję świętości, odczuwanie miłosierdzia Bożego i tworzącej atmosferę Kościoła jako ciepła domu rodzinnego. Po latach wszystkie te trzy obrazy zharmonizowały mi się cudownie. I do tej harmonii doszli jeszcze ludzie jako cudowne światy, łaski Boże i powielenie mojego „ja”. Nie ma na świecie nic bardziej cudownego, „nieziemskiego” i absolutnie wartościowego jak osoba ludzka. Jest ona dla mnie uobecnieniem jakby bezpośrednim Boga samego. I zacząłem patrzeć na ludzi religijnie. I gotów byłem z każdym religijnie dialogować.

Prymat rozumu w religii czy uczucia?

Wielu ludzi sądzi, że prawdziwa religijność polega tylko na silniejszym uczuciu. Owszem, jeśli przyjdzie takie uczucie, zwykle w wieku starszym, to bardzo dobrze, bo ono umacnia wiarę. Ale takie uczucie nie musi się pojawić, miewają z nim problem zwłaszcza twardzi mężczyźni, osmaleni w bojach o życie. Życie religijne to przede wszystkim wielka rozumność religijna, mądrość, silna wola, dojrzała osobowość, czysta prawość moralna i konsekwencja postępowania. Religijność to nie tylko smakowanie czy bawienie się płatkami kwietnymi, ale to często zażarta walka ze złem naokoło i w sobie samym. To moc człowieka, istotna struktura jego ducha i kwestia życia lub śmierci.
Dziś fantaści liberalni uważają np., że żołnierzem może być tylko ateista, bo wierzącego jakoby nie stać na wypełnienie ekstremalnych obowiązków. Ale jest przeciwnie. Pewien żołnierz polski, który w roku 1920 r. w trakcie ataku kozaków bolszewickich na jego oddział strzelał tak celnie, iż zastrzelił tylu kozaków, ile miał przy sobie naboi, i każdego trafił w głowę, po latach mówił mi: „Nie miałem prawa chybić”. I był człowiekiem bardzo religijnym. Ktoś inny w roku 1943, żołnierz Armii Krajowej, gdy dostał wiadomość, że w jakimś gospodarstwie ukraińsko-polskim, we wschodnio-południowej Polsce, dzieje się coś złego, chwycił karabin i zobaczywszy, że wówczas znana mu żona Ukraińca, Polka, została żelaznymi bronami przybita do drzwi stodoły, w ogóle nie zważał na to, że ów Ukrainiec strzela do niego z okna, wpadł do domu, zastrzelił go i tym się chwali. Ma jednak dziś wyrzuty, że w szale zastrzelił też bezbronnego syna tego łotra.
Kiedy mówimy o religiach, to dziękujmy Bogu za katolicyzm, który jest uniwersalny, obiektywny, realistyczny, prawy i życiowo mocny. Jakże potwornie żałosne jest w jakimś nacjonalizmie uznanie za bohaterów narodowych np. ludzi, którzy zabili własne matki, bo były Polkami. To straszna dzikość.

Niekiedy Bóg nas wysłuchuje przez odmowę

Drogi Opatrzności Bożej nie są drogami naszymi. Bywa tak, że niekiedy Opatrzność nie spełnia naszych ziemskich planów czy dążeń, czyniąc to właśnie dla naszego dobra. Tak było nieraz, jak dziś to widzę, w moim życiu. A jak było w waszym?
Moja Matka przed ślubem chciała koniecznie wstąpić do klasztoru, ale nie przyjęto jej, bo nie mogła wnieść odpowiedniego posagu. Ale gdyby została przyjęta, nie byłoby mnie na świecie.
Jako 9-letni chłopiec – pamiętam – marzyłem, żebyśmy wyjechali na wieś do większego gospodarstwa pod Kopyczyńcami na Podolu, ponieważ zaistniała taka możliwość, ziemie upadłych dworów przyznawano Polakom. Ojciec nie chciał. Ja byłem zły, że to lęk przed światem i przygodami. Wyjechała natomiast inna rodzina Bartników, w której był również Czesław. I oto w czasie rzezi w roku 1943 wszyscy zostali zamordowani przez Ukraińców nożami i siekierami.
Kiedy zacząłem seminarium, poprosiłem ks. bp. Stefana Wyszyńskiego, żeby mi pozwolił robić jednocześnie drugi wydział na KUL. Odmówił. Potem się okazało, że bym się zamęczył i nie rozwinął.
Po wielu latach, kiedy mnie usunęli z wicerektury, a nawet z mieszkania w seminarium, gdzie miałem dobre warunki życia i pracy, myślałem, że już mało co zrobię. Tymczasem dokonałem jeszcze więcej niż dotychczas, uzyskałem więcej czasu, szersze kontakty naukowe i społeczne i większą wolność publikacji społeczno-politycznych i patriotycznych. W sumie do dziś ogłosiłem drukiem 3200 publikacji i stworzyłem uniwersytecką szkołę personalizmu, który jest bardziej aktualny na obecne czasy i dzięki któremu już kilkanaście osób nawróciło się do Boga. Mam nadzieję, że jest to potwierdzenie Boże, że „nie biegłem na próżno” (Ga 2, 2).

Każdy czas jest tworzywem dla świętości

Myślę, że każdej epoce historycznej, każdej z was i każdemu z was jest dana sytuacja tak ukształtowana, choćby i najgorsza fizycznie i materialnie, żeby człowiek mógł ją wykorzystać jako tworzywo, z którego z pomocą Bożą zbuduje swoją wielkość duchową, świętość i zwycięstwo nad złem moralnym: „Bo każdemu jest dana łaska według miary daru Chrystusowego” (Ef 4, 7).
Obecnie nadchodzi na Polskę wielka nawałnica nihilizmu, ateizmu i zabagnienia moralnego. Pewne sfery inteligencji, politycy, dorobkiewicze, znaczna część młodzieży dostają jakiegoś szału antyhumanistycznego i antychrześcijańskiego. Tymczasem człowiek religijny widzi, że bez przyjęcia Boga nic nie ma sensu ostatecznego: ani życie, ani przyroda, ani świat, ani zdrowie, ani bogactwo, ani rodzina, ani naród, ani polityka, ani myśl ludzka, ani miłość, ani nauka, ani sam człowiek. I odwrotnie: dzięki idei Boga wszystko nabiera znaczenia, niezwykłości, światła, najwyższego sensu i niewysłowionego piękna. Widzimy wtedy w refleksji, ile jest gdzieś w głębi nas, w naszym życiu, w naszej historii i naokoło prawdziwości wyższej, dobra, miłości twórczej i największego cudu istnienia.
Ile jest też wyższego świata w Kościele, choć tak chętnie krytykowanym, w tajemnicy świętej Eucharystii, w tym naszym i w każdym spotkaniu w Chrystusie. I ile jest mocy Ducha Świętego w tym, że za Chrystusem Jego prawdziwi kapłani przekładają nam całe życie doczesne na wyższe, na Boże, na najbardziej sensowne.
I wreszcie, kiedy ci będzie jakoś bardzo źle, kiedy pojawi się jakiś problem po ludzku nie do rozwiązania, kiedy przyjdzie pustka totalna i wszystko straci sens, połóż w duchu swoją głowę na dłoni Ojca Niebieskiego… i możesz już nic nie mówić.

Przemówienie z okazji 56. rocznicy święceń i 80-lecia urodzin, wygłoszone 9 sierpnia br. w parafii Matki Boskiej Królowej Polski w Lublinie


Ks. prof. Czesław S. Bartnik

drukuj