Po katastrofie pod Smoleńskiem

o. Dariusz Drążek
– Gościem Radia Maryja jest pani Małgorzata Wassermann, córka zmarłego tragicznie ministra Zbigniewa Wassermanna. Szczęść Boże, pani Małgorzato.
Małgorzata Wassermann
– Szczęść Boże. Dzień dobry. Pozdrawiam wszystkich.
o. Dariusz Drążek
– Pani Małgorzato, w studiu wielokrotnie przebywał pan minister Zbigniew Wassermann, pani tato. Chciałbym żebyśmy może powrócili do tych momentów, które pewnie są dla nas wszystkich, a dla państwa szczególnie bolesne, ale też w kontekście tej blokady informacyjnej związanej z prowadzonym śledztwem, staramy się, by jak najwięcej okoliczności przedostawało się do opinii publicznej. Jak pani dowiedziała się o katastrofie samolotu rządowego z panem prezydentem i ze swoim tatą na pokładzie?
Małgorzata Wassermann
– Ja muszę powiedzieć, że dowiedziałam się z radia, tzn. przerwano audycję i podano informację, że nastąpiła katastrofa samolotu prezydenckiego. Wiedziałam, że tata jest na pokładzie tego samolotu, więc zaraz zaczęłam dzwonić pod numery, które przychodziły mi do głowy, żeby zweryfikować tę informację i niestety od osób, do których się dodzwaniałam, uzyskałam potwierdzenie, że rzeczywiście nastąpiła katastrofa i nic więcej na ten temat nie mogli powiedzieć, poza tym, że wygląda to bardzo źle.
o. Dariusz Drążek
– A czy kontaktowano się z państwem zaraz po katastrofie? Czy ktoś z jakiegoś centrum bezpieczeństwa kryzysowego kontaktował się z państwem?
Małgorzata Wassermann
– Ja powiem tak. Nikt się z nami nie kontaktował, natomiast po jakimś czasie w telewizji na paskach pojawiła się informacja, że została uruchomiona infolinia dla rodzin, z podanym numerem telefonu. My żeśmy odczekali jakiś czas, bo muszę przyznać, że zdawaliśmy sobie z tego sprawę, że te informacje dopiero wpływają i one są w dużej części nieprecyzyjne i dopiero w godzinach popołudniowych – wydaje mi się, że była to godzina 13.00 – wykonałyśmy same taki telefon z zapytaniem czy coś wiadomo. Uzyskałyśmy odpowiedź tylko taką, że jest potwierdzenie, że tata wsiadł na pokład tego samolotu i zaoferowano nam pomoc psychologa, za którą żeśmy podziękowały.
o. Dariusz Drążek
– W którym momencie miała pani już tę pewność, że tata nie żyje?
Małgorzata Wassermann
– W zasadzie bardzo szybko. Najpierw nie podawano żadnych informacji poza tym, że nastąpiła katastrofa przy lądowaniu i nie podawano w ogóle informacji czy ktoś żyje czy nie żyje. Bardzo szybko przyszła informacja na ten temat, że wszyscy nie żyją. Natomiast ktoś z rodziny śledził jednocześnie informacje w internecie i tam w zasadzie – z tego co mi przekazano – jako siódmą osobę zidentyfikowaną, która nie żyje, podano ojca. Wydaje mi się, że koło godziny 11.00 już w zasadzie byłyśmy praktycznie pewne, że tata nie żyje. Stąd czekałyśmy z telefonem, bo wiedziałyśmy, że tego faktu już nic nie zmieni i czekałyśmy aż spokojnie będą wpływać jakieś informacje.
o. Dariusz Drążek
– Do mieszkań ofiar tej katastrofy po katastrofie według doniesień prasowych miała wkroczyć ABW by pobrać próbki DNA. Czy pani może potwierdzić te informacje i ewentualnie byli państwo też informowani o tych czynnościach Agencji Bezpieczeństwa?
Małgorzata Wassermann
– Nie byliśmy o tych czynnościach informowani na żadnym etapie. My żeśmy również oficjalnie, to chciałabym podkreślić, nie zwracali się o taką informację. W poniedziałek dostałam telefon, że coś takiego miało miejsce dzień wcześniej, natomiast jeszcze w poniedziałek w nocy również z wiarygodnego źródła dostałam informację, iż pan minister Bondaryk zaprzecza temu i twierdzi, że do mieszkania ojca nikt nie wchodził. Ja byłam w mieszkaniu w Warszawie, te mieszkanie nie nosi żadnych cech, aby było naruszone. Mam na myśli to, że jest nieobklejone, niezabezpieczone i nie ma żadnej informacji aby tam byli funkcjonariusze jakiś służb. Stąd myśmy się nie zwracali o tę informację oficjalnie, bo nie może być w takim wypadku podejrzewam inna informacja niż taka, że nikt tam nie wchodził, bo musiałyby pozostać ślady oficjalne tego wejścia.
o. Dariusz Drążek
– Pani Małgorzato, powiedziała pani, że otrzymała pani informację, że jako siódme ciało zidentyfikowano ciało ś.p. taty, ale jednak lecieliście państwo do Moskwy celem identyfikacji. To znaczy co się stało?
Małgorzata Wassermann
– Informacja była taka, że wszyscy nie żyją. Jeżeli wszyscy to spodziewaliśmy się, że również dotyczy to naszego taty. Czym innym jest twierdzenie na internecie, że wśród ofiar rozpoznano takie i takie ciała, czym innym oficjalna identyfikacja. Uzyskaliśmy taką informację na infolinii najpierw, że nie ma takiej potrzeby i że w ogóle nikt nie leci do Moskwy. Te informacje zaczęły się ukazywać również na pasku i my żeśmy sami od siebie próbowali to zweryfikować czy to jest prawda i powiedziano nam, że nie, nie ma czegoś takiego w ogóle przewidzianego. Ponieważ dalej napływały informacje, że rodziny się gromadzą w Warszawie celem wylotu, więc późnymi godzinami wieczornymi ponowiłyśmy ten telefon i również usłyszałyśmy, że nie ma takich planów. Oczywiście swoje dane żeśmy zostawiły w tym centrum informacyjnym. W niedzielę rano ja dalej byłam zaniepokojona tym, że media podawały informacje, że rodziny wylatują jednak do Moskwy i w niedzielę rano pani z infolinii nam potwierdziła, że owszem, gromadzą się celem wylotu do Moskwy. No więc ja trochę się zdziwiłam, że dwa razy udzieliła nam innej informacji, ale powiedziałam: „dobrze, ale proszę nam powiedzieć co mamy zrobić żebyśmy również się tam znaleźli?”. Na to pani powiedziała, że mamy jechać do Warszawy i podała nazwę hotelu, że tam się gromadzą rodziny. Powiedziała, żebyśmy się nie denerwowały, bo poczekają na wszystkich do samego wieczora. Po chwili ktoś zadzwonił i zaproponował, że zostanie podstawiony samochód, który nas zawiezie do Warszawy do tego hotelu. Ten samochód miał być podstawiony o godzinie 13.00. O 12.00 był chyba pierwszy telefon, w którym poinformowano nas, że nie ma takiej potrzeby by lecieć do Moskwy, bo tata został zidentyfikowany i to jest tylko kwestia naszej woli. Ja się kilka razy upewniałam czy to na pewno tak jest, powiedziano mi, że na pewno. Jeszcze umówiliśmy się tak, że gdyby się coś zmieniło to dostaniemy informację. Ja powiedziałam, że oczywiście w tej sytuacji nie chcemy lecieć do Moskwy. Takie telefony były w sumie trzy, no więc byliśmy absolutnie przekonani, że nie ma takiej potrzeby by lecieć do Moskwy. Potem pojawiły się sugestie medialne, że pan premier Jarosław Kaczyński będąc w Moskwie przy okazji zidentyfikował inne ciała, wśród nich ciało naszego ojca. Ja w poniedziałek rozpoczęłam próbę kontaktu z panem posłem Bielanem i zapytałam go, który z panów widział mojego tatę. Pan poseł Bielan powiedział, że nikt nie widział mojego ojca, ja się bardzo zdziwiłam. Powiedział mi, że nikt nawet nie próbował pokazywać innych ciał i on ręczy, że pan Jarosław Kaczyński nie widział mojego ojca. Ja wtedy zaczęłam dzwonić do biura PiS-u i prosić ich o sprawdzenie tych informacji. Jednocześnie w radiu pani minister Kopacz odczytywała listę nazwisk osób, które zostały zidentyfikowane, na tej liście nie było ojca. W zasadzie do godziny 19.30 od tej 13.00 z minutami, trwało ustalanie czy on jest zidentyfikowany czy nie. Po kilku godzinach dowiedzieliśmy się, że jednak na pewno nie jest. Nastąpiło w związku z tym ustalanie czy mamy lecieć czy nie lecieć i o 19.30 zapadła decyzja, że mamy jeszcze tego samego dnia wyjeżdżać do Warszawy. Podstawiono nam auto o 21.30 i zawieziono nas do Warszawy a następnego dnia wylecieliśmy w trójkę do Moskwy.
o. Dariusz Drążek
– W trójkę to znaczy, pani Małgorzato, kto towarzyszył pani?
Małgorzata Wassermann
– Moja bratowa Daria Wassermann i dyrektor biura poselskiego mojego taty Mateusz Bochacik.
o. Dariusz Drążek
– Polecieliście do Moskwy i co tam pani zastała, pani Małgorzato?
Małgorzata Wassermann
– Muszę tu uczciwie przyznać, że procedura załatwiania paszportów i wiz i całego wylotu była niezmiernie sprawna ze strony polskich władz. Po przylocie na miejsce myśmy powiedzieli, że chcemy jechać prosto do tego zakładu medycyny na czynności związane z identyfikacją. I tak to się stało, pojechaliśmy prosto do tego zakładu medycyny.
o. Dariusz Drążek
– Przepraszam za te pytanie pani Małgorzato, ale jak te czynności przebiegały, czy coś panią zaskoczyło, jak wyglądała ta procedura na miejscu?
Małgorzata Wassermann
– Mnie na tamtym etapie nic nie zaskoczyło, bo nikt mnie nie uprzedzał jak ta procedura ma wyglądać. Jechaliśmy nie wiedząc jak to będzie przebiegało. Zaprowadzono nas do takiej dużej auli, w której było bardzo wiele osób i z naszych informacji wynika, że po prostu proszono kto z psychologów, prokuratorów lub tłumaczy jest wolny, bo jest kolejna rodzina, z którą trzeba przeprowadzić czynności. Dostaliśmy pana prokuratora, panią psycholog i tłumaczkę. Poszliśmy do pokoju takiego gdzie zostały zamknięte drzwi i tam nastąpiła próba przejścia tej procedury. Wyglądało to w ten sposób, że najpierw nas zapytano o cechy charakterystyczne ojca, pytano nas również o rzeczy, które były przy nim i my żeśmy na te pytania usiłowali odpowiedzieć. Nie byliśmy pewnych rzeczy sobie w stanie przypomnieć. Zadzwoniliśmy do Polski, ja prosiłam mamę żeby wzięła zdjęcia, usiadła spokojnie, popatrzyła na te zdjęcia, bo tam chodziło o jakieś drobne blizny albo inne znaki szczególne. Jak żeśmy przeprowadzili tą wstępną pierwszą część, to powiedziano nam, że teraz następuje zejście na dół do miejsca gdzie są złożone ciała i my żeśmy wcześniej ustalili, że jeżeli nie będzie takiej potrzeby to schodzą na dół Daria i Mateusz, natomiast ja zostaję na górze. Tak też się stało. Pani psycholog, pan prokurator, pani tłumacz zabrali ich i odeszli w kierunku miejsca złożenia ciał, a ja cofnęłam się troszkę do tyłu, jakby myśląc, że będę czekać aż wejdą na górę z powrotem.
o. Dariusz Drążek
– I czekała pani, czy coś wtedy się działo?
Małgorzata Wassermann
– Podeszła do mnie pani, która mówiła absolutnie pełną polszczyzną i zapytała mnie czy w związku z tym, że oni tam idą rozpoznawać ciało, czy ja bym nie pomogła załatwić kilka formalności, bo będzie szybciej. Ja oczywiście się zgodziłam i z tą panią, jakimś panem i jeszcze jedną panią przeszłam chyba do innego budynku. Żeśmy długo szli, ale wydaje mi się, że byliśmy na tym samym terenie, ale przeszliśmy do innego budynku. Tam pierwszą rzeczą, którą mi odczytano to był protokół, który mi przetłumaczono – bo ja zaznaczam, że nie mówię po rosyjsku, w związku z powyższym ja mogę mówić tylko o tym co mówił do mnie tłumacz – pani przetłumaczyła mi, że „oświadczam, że rozpoznałam ciało mojego ojca” i ja powiedziałam, że mogę wszystko podpisać tylko nie to, bo ja nie rozpoznałam ciała mojego ojca i jeżeli usłyszę od moich współtowarzyszy, że tak jest, to wtedy to podpiszę. Oni mi oferowali, że sami ich zapytają, ja odpowiedziałam, że zrobię to osobiście. Zadzwoniłam do nich, oni potwierdzili, że nie mają co do tego żadnych wątpliwości. Tata był w takim stanie, że nie było problemów z identyfikacją i ja wtedy podpisałam ten dokument. Natomiast dopiero później przeszliśmy do całej procedury związanej z przesłuchaniem mnie.
o. Dariusz Drążek
– Ale co to znaczy przesłuchanie, pani Małgorzato? W takich okolicznościach ja rozumiem, że zadaje się pytania, które mogą pomóc w identyfikacji, ale przesłuchanie, co to znaczy?
Małgorzata Wassermann
– To znaczy najpierw odbierano ode mnie dane. Ja dlatego o tych danych już mówiłam, czemu normalnie nie poświęcałabym uwagi, bo ja jestem adwokatem i jakby procedura spisywania protokołu nie jest mi w żaden sposób obca. Natomiast spisywanie tych danych w moim przypadku trwało niezmiernie długo. Od razu musiałam wyciągnąć paszport. Pan prokurator dostał go do ręki, odbierał ode mnie dane. Oczywiście imię i nazwisko, adres zamieszkania, gdzie pracuję, numer telefonu. To pamiętam, ale już jakby bardziej szczegółowo nie pamiętam w tym momencie. Po czym zapytał mnie czy ja używam jednego imienia, czy dwóch. Ja powiedziałam, że używam jednego. Spisał te dane, ja wyszłam na chwilę z tego pokoju, wróciłam i on mi powiedział, że jest błąd, musimy ten protokół robić od nowa, dlatego, że ja mam dwa imienia, a przecież powiedziałam, że mam jedno. Krótko skwitowałam, że „przecież pan mnie wyraźnie pytał”, a paszport ma przed nosem i widzi, że są dwa imiona w paszporcie. No ale nie chcąc już dyskutować, zgodziłam się na ponowne spisanie protokołu. Po jakimś czasie jak to skończył, ja znowu wyszłam, wróciłam. Chcę zaznaczyć, że ja nie miałam nic ze sobą poza paszportem i chyba chusteczkami i telefonem komórkowym, w związku z powyższym długopisy dostawałam od nich. Dostałam długopis, podpisałam to i za chwilę dowiedziałam się, że podpisałam jeden protokół na niebiesko, a druga strona czy drugi protokół jest na czarno. Rosyjska procedura tego nie przewiduje, więc musimy to zrobić od początku. Bo ja proponowałam byśmy po prostu podpisali swoimi podpisami, że tak się stało i tego nie robili od początku. Oni powiedzieli, że rosyjska procedura tego nie przewiduje, no więc napisano ten protokół od początku. To już minęły jakieś dwie godziny. Następnie przeszliśmy do protokołu przesłuchania już konkretnego. Bardzo długo odczytywano mi pouczenia, tłumaczono mi jakieś dokumenty. Ja prosiłam, że z tego rezygnuję, swoje prawa znam, a nawet jak są one w Rosji troszkę inne, to ja mimo wszystko z nich rezygnuję. Miałam cały czas świadomość, że jest bardzo późno i żeśmy powiem uczciwie, od trzech nocy nie spali. Ci ludzie na dole skończyli już swoje czynności już kilka godzin temu i dzwoni do mnie cały czas, że oni chcą do hotelu. Ale już później nie tyle, że chcą do hotelu ale muszą, bo zamykają ten instytut i cały autokar z Polakami odjeżdża do hotelu. Ja ich cały czas prosiłam, żeby mnie absolutnie nie zostawiali i żeby na mnie czekali, że na pewno zaraz skończymy. Nie pamiętam, na którym etapie, być może już od razu padły propozycje żebym absolutnie się tym nie kłopotała i puściła do domu całą grupę, bo prokurator mnie osobiście odwiezie. Ja powiedziałam, że dziękuję serdecznie, ale nie skorzystam, chcę wracać razem ze swoją grupą. Przystąpiliśmy do pytań. Te pytania były znowu oto kim jest ta pani – tutaj mieli na myśli Darię – czy mieszkała z ojcem, czy ja mieszkałam z ojcem, kto mieszkał z ojcem. Pytano np. o drugą wnuczkę, o imię drugiej wnuczki. To były pytania, które w żaden sposób zdaje mi się nie mogły pomóc temu postępowaniu, a tym bardziej identyfikacji. Ja chciałam podkreślić, że myśmy nie pojechali w żadnym innym celu, tylko identyfikacji, a wszystkie czynności, które były ze mną prowadzone, następowały po 100 procentowej identyfikacji zwłok. Ja jeszcze na tym etapie odpowiadałam na te pytania, wychodząc z takiego założenia, że to szybciej pójdzie jak ja na nie odpowiem, niż jak zacznę próbować tłumaczyć np. że nie widzę związku, albo że np. nie mam takiej wiedzy albo nie ma to nic wspólnego z tym co się tutaj wydarzyło. Natomiast na etapie, kiedy zapytano mnie „po co on tu przyjechał”, te pytanie wywołało u mnie silne emocje, nie okazywane na zewnątrz, ale wewnętrzne. Odpowiedziałam na te pytanie, że przyjechał tutaj uczcić pamięć osób zmarłych. Ja to rozwinęłam, bo powiedziałam „zamordowanych Polaków”, ale tutaj niedokładnie pamiętam. Zapytano mnie „z kim on tu przyjechał”. Ja się zapytałam wtedy czy mam wymienić te 96 nazwisk. W między czasie były pytania, „czy ja z nim przyjechałam”, „kiedy on przekroczył granicę” i ja powiedziałam, że odmawiam dalszego udziału w tych czynnościach. Jeszcze na tym etapie powiedziałam, że oddam krew – bo mnie poinformowano, że muszę to zrobić – chcę zabrać rzeczy mojego taty, bo mi powiedzieli, że mi je wydadzą – i że ja chcę stąd wyjść. Jak powiedziałam, że nie będę dalej uczestniczyć w tym przesłuchaniu, oni się zgodzili, tylko wtedy ta pani powiedziała, że pan prokurator ma jeszcze jedno pytanie. No to ja powiedziałam „słucham pana” i on mnie zapytał wtedy na ile, czy ja… czy nasza rodzina… – już tu też nie pamiętam jak to sformułował – wycenia to co się stało. Powiedziałam bardzo krótko, że tego się nie da ani opisać ani tym bardziej wycenić i że ja stąd wychodzę. I powiedziałam im, że w tej sytuacji nie dam im krwi, bo nie widzę sensu przedłużania tego, przy czym jednocześnie cały czas dzwonił telefon z dołu, że oni muszą wyjść, że odjeżdża autokar, że zostanę sama albo oni zostaną sami, że nie będziemy mieć jak wrócić do hotelu. Więc ja powiedziałam, że chcę rzeczy, odmawiam oddania krwi i wychodzę. Na to usłyszałam, że jeżeli nie dam krwi to nie dostanę aktu zgonu, nie będzie wydane ciało, nie będą wydane rzeczy. No więc się zgodziłam oddać krew i przeszliśmy do procedury wydawania rzeczy. Pan prokurator chciał bardzo szczegółowo opisywać każdą rzecz, którą mi oddawał, łącznie z numerami seryjnymi, więc powiedziałam, że ja się również na to nie zgadzam, że ma odpisać sobie numer z góry, model aparatu, natomiast nie będziemy ze środka spisywać a tym bardziej go rozkręcać. Chciał opisywać bilety lotu, co jest na tych kartkach napisane, więc ja mu powiedziałam, że jeżeli on chce to odpisywać, to mu to mogę również w prezencie zostawić, ale ja tego nie będę opisywała, bo to już troszkę za długo trwa. Oni się zgodzili na to, bo muszę podkreślić, że byli cały czas bardzo uprzejmi, bardzo grzeczni. Zabrałam te rzeczy, poszliśmy oddać krew. Dostałam akt zgonu. To wszystko trwało bardzo długo. Dostałam akt zgonu i z nim wyszłam w późnych godzinach nocnych z tego instytutu.
o. Dariusz Drążek
– Pani Małgorzato, prokurator, który panią przesłuchiwał to był prokurator rosyjski.
Małgorzata Wassermann
– To byli tylko Rosjanie. Na pewnym etapie pani, która mi później mówiła, że jest psychologiem – ta która mówiła perfekcyjnie po polsku, bez akcentu – wyciągnęła raphacholin. To jest polskie lekarstwo i dała temu panu prokuratorowi. Ja byłam przekonana, że ona jest Polką. Ona mówi „Nie, jestem Rosjanką, jestem psychologiem”. Tłumaczem była druga pani, ale ona już miała akcent, więc wyraźnie się wyczuwało, że jest Rosjanką. Pan prokurator nie mówił po polsku, mówił tylko po rosyjsku. To była trójka Rosjan.
o. Dariusz Drążek
– A czy był jakiś przedstawiciel polskiej ambasady? Bo przesłuchiwano obywatela obcego kraju.
Małgorzata Wassermann
– Tak. Muszę powiedzieć, że przedstawiciel polskiej ambasady był. On m.in. tam jeszcze jakieś inne czynności wykonywał, więc wychodził momentami. On przyjechał na etapie… bo ja w pewnym momencie zostałam sama, rzeczywiście musiałam puścić grupę do hotelu… i on natychmiast przyjechał, żeby mnie stamtąd odebrać. Także pomoc ze trony ambasady absolutnie była. Ja bym chciała powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Pracownicy ambasady, według moich obserwacji nie mogli uczestniczyć przy każdej czynności, oni to bardziej koordynowali. Ale trzeba wziąć pod uwagę jedną rzecz, że ci ludzie również nie spali od kilku dni i to co mogli na pewno robili. Ze strony ambasady, ja muszę powiedzieć, jestem bardzo wdzięczna i zadowolona za pomoc, która została nam okazana.
o. Dariusz Drążek
– Czy przesłuchiwano, pani Małgorzato, tak jak panią, inne rodziny ofiar?
Małgorzata Wassermann
– Tego nie wiem, dlatego, że w Moskwie z nikim nie miałam już kontaktu. W nocy wróciłam do hotelu. Następnego dnia, jak wracaliśmy to ja rozmawiałam z panią psycholog i ona mi powiedziała, że ona może mówić tylko o tym, przy czym ona uczestniczyła i że rzeczywiście nikt nie był w taki sposób przesłuchiwany jak ja, że wszyscy byli pytani o znaki szczególne i rzeczy osobiste, które znaleziono i na tym kończono protokoły przesłuchań. Ja rozmawiałam z kilkoma rodzinami i oni też mówią, że byli pytani o znaki szczególne i rzeczy znalezione przy zwłokach.
o. Dariusz Drążek
– Dlaczego zatem pani była przesłuchiwana nie w związku z identyfikacją? Te pytania, które pani przytoczyła, to takie zupełnie nie na miejscu, to tak ode mnie powiem.
Małgorzata Wassermann
– Nie potrafię na te pytanie odpowiedzieć, sama sobie je do dzisiaj zadaję.
o. Dariusz Drążek
– Pani Małgorzato, a czy rodzina, czy państwo mają jakieś informacje dotyczące przebiegu śledztwa? Czy wiedzą państwo coś więcej aniżeli my?
Małgorzata Wassermann
– Nie mamy, ale tutaj chciałabym jedną rzecz wyraźnie zaznaczyć. Nie ma takiej procedury, aby prokuratura sama od siebie kontaktowała się z pokrzywdzonymi. Stąd trudno tutaj czynić prokuraturze zarzut, że ona się z nami nie kontaktuje, bo to my jako pokrzywdzeni mamy się zwrócić do prokuratury i powiedzieć, że jesteśmy zainteresowani udziałem w postępowaniu. My taki krok na pewno wykonamy. Do czego i w jakim zakresie prokuratura nas dopuści, to dopiero zobaczymy na etapie, kiedy się do niej zgłosimy. Ja chciałabym coś takiego zrobić w przyszłym tygodniu. Mam troszkę różnych innych obowiązków, co uniemożliwia mi tylko i wyłącznie zajmowanie się tą sprawą, stąd nasza decyzja. To jest akurat procedura, która jest normalna. Natomiast nas bardziej oczywiście niepokoją te informacje, które mamy wszyscy, czyli te które płyną z mediów.
o. Dariusz Drążek
– No właśnie, pani Małgorzato. Znaleziono i to polscy obywatele, którzy tam przyjeżdżają w celu by miejsce tej katastrofy nawiedzić, pomodlić się za zmarłych tam, znajdują rzeczy osobiste, dokumenty, a nawet jak słyszeliśmy także szczątki ludzkiego ciała, które jeden z księży pogrzebał w ziemi. To jest może pytanie trudne i też przepraszam, że je zadaję, ale gdy państwo słyszą o czymś takim, o takich w cudzysłowie „znaleziskach”, to co?
Małgorzata Wassermann
– Tu trzeba odróżnić dwie płaszczyzny. Jedna płaszczyzna, o której mogę powiedzieć, taka nasza czysto prywatna, że zarówno nasz ś.p. tata, jak i cała nasza rodzina jest bardzo głęboko wierząca, w związku z powyższym my dzisiaj przywiązujemy wagę do duszy, do modlitwy za ojca, do tego typu rzeczy. Staramy się oderwać od tych rzeczy materialnych, bo uważamy, że one są jakby dzisiaj bez znaczenia, zwłaszcza dla taty. A my dzisiaj staramy się mu pomóc tak jak potrafimy, głównie modlitwą. Natomiast jeśli chodzi o tą drugą płaszczyznę, taką bym powiedziała – ludzką, no to rzeczywiście jest bardzo niepokojące. W żaden sposób jako prawnika nie przekonuje mnie, a wręcz przeciwnie, mocno zaskakuje stwierdzenie, że nie zostaje zabezpieczony teren. Bo ja usłyszałam, jak ktoś na konferencji prasowej w Rosji powiedział, że nie zrobiono tego aby nie spotkać się z zarzutem, że ograniczono rodzinom dostęp do tego miejsca. Jeszcze nie słyszałam o takim postępowaniu, gdzie taką argumentacją nie zabezpieczono by terenu. Teren się zabezpiecza zawsze, tym bardziej jeżeli w tym momencie prokuratura polska mówi, i to można oczywiście zrozumieć, że ta gleba, te podłoże jest tego rodzaju, że i rzeczy i szczątki i kawałki samolotu mogą się jeszcze odkrywać przez następne dni. Tym bardziej powinno być to całkowicie zabezpieczone, właśnie z uwagi na fakt, że to może się jeszcze ujawniać przez wiele, wiele dni być może tygodni. Ponadto tak naprawdę są zawsze istotne są pierwsze godziny i pierwsze minuty. Jeżeli to nie zostało zabezpieczone od razu w całości, to jest spora szansa, że został zatracony materiał dowodowy i to będzie już nigdy nie do odzyskania.
o. Dariusz Drążek
– Czy zatem wierzy pani, pani Małgorzato, też jako prawnik, że dowiemy się prawdziwych przyczyn katastrofy, że będziemy wiedzieli co stało się 10 kwietnia?
Małgorzata Wassermann
– Ja cały czas, mimo wszystko jednak w jakiś sposób wierzę w to i ufam, że jakiejś prawdy tutaj dojdziemy i dowiemy się, jaka by ona nie była. Ona może być zupełnie inna niż nasze oczekiwania. Ja bym powiedziała w ten sposób, że prawda jest też taka, że wszyscy wiemy jakie są nastroje społeczne. Nastroje są takie, że duża część społeczeństwa uważa, że to nie jest przypadek, że to był zamach. Po to aby uciąć te spekulacje, aby nie było tego typu prób interpretowania tego co się stało na własną rękę, po to właśnie potrzebne są informacje. Ja potrafię jako prawnik zrozumieć, że te informacje i przebieg i zdarzenie wymaga czasu. Natomiast nie potrafię zrozumieć dezinformacji, z którą mamy teraz do czynienia.
o. Dariusz Drążek
– Pani Małgorzato, ś.p. pani tato wielokrotnie tutaj u nas gościł w rozgłośni. Był kimś więcej dla nas niż gościem i te relacje były serdeczne pomiędzy tutaj nami ojcami i panem ministrem. Tak jak towarzyszyliśmy państwu modlitwą, naszą pamięcią w tym czasie takim bezpośrednio po katastrofie, tak chcę powiedzieć, że jesteśmy z państwem i taką serdeczność i zapewnienie o modlitwie, pamięci proszę żeby pani też przekazała mamie i rodzeństwu, no i też wiedziała o tym.
Małgorzata Wassermann
– Dziękuję bardzo. Przy okazji chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy nas wspierali i wspierają w tych trudnych chwilach, a muszę powiedzieć, że ludzie się zachowują wspaniale. Zresztą to jaki drogi był im mój ojciec, pokazał pogrzeb, gdzie w zasadzie cały rynek w Krakowie i okoliczne ulice były pełne ludzi, mimo że to był normalny dzień tygodnia, godziny pracy przeciętnego człowieka i obywatela. Także bardzo dziękujemy i naprawdę jest nam z tego powodu dużo łatwiej. Dziękujemy jeszcze raz.
o. Dariusz Drążek
– Dziękuję pani Małgorzato. Z Panem Bogiem.
Małgorzata Wassermann
– Dziękuję bardzo. Dziękuję.
o. Dariusz Drążek
– Gościem Radia Maryja była Małgorzata Wassermann, córka tragicznie zmarłego ministra Zbigniewa Wassermanna.
