Pierwsza kropla w morzu potrzeb
Kiedy w marcu 1999 roku Polska, Czechy i Węgry wstępowały do NATO, ceną,
jaką Zachód miał zapłacić Rosji za milczące przyzwolenie, było zapewnienie, że w
nowych krajach Sojuszu nie powstaną żadne natowskie instalacje wojskowe. Nie
ulega wątpliwości, że budowanie infrastruktury wojskowej dowodzi istnienia
zamiaru jej obrony. Rosyjskie protesty przeciwko takim obiektom na terenie
państw NATO graniczących z Rosją są tym samym wymowne.
Koncepcje strategiczne formułowane w ośrodkach geopolitycznych Rosji mówią
jednoznacznie, że celem polityki jest odbudowanie imperium i uzyskanie rangi
supermocarstwa w relacjach międzynarodowych. Rosja jest byłym państwem
kolonialnym. Po rozpadzie bloku sowieckiego Kreml większość swoich kolonii
utracił. Nie leżały one za morzami, jak w przypadku kolonii innych imperiów, ale
były blisko Rosji, stanowiły tzw. bliską zagranicę. Jeśli zaś elity rosyjskie
rzeczywiście pragną budować imperialną potęgę, to odzyskanie kolonii i włączenie
ich do imperium staje się konieczne. W tej perspektywie infrastruktura wojskowa
NATO na terenie Polski, państw bałtyckich lub Rumunii przekreślałaby plany
rosyjskie. W szczególności obecność baz i jednostek armii amerykańskiej
krzyżowałaby zamiary Moskwy.
Rosja poza systemem
Państwa NATO sąsiadujące z Rosją, a znajdujące się przed 1989 rokiem pod
sowiecką dominacją, zdają sobie z tego sprawę. Z tych powodów na ostatnim
szczycie NATO w Lizbonie większość środkowoeuropejskich członków Sojuszu
wyraziła poparcie dla idei utworzenia wspólnego systemu obrony
przeciwrakietowej. Bez wątpienia takie instalacje stanowiłyby poważne
wzmocnienie bezpieczeństwa tych krajów w obliczu zamiarów rosyjskich.
Gotowość przyjęcia na swoim terytorium systemów antyrakietowych zadeklarowały
Czechy (centrum wczesnego ostrzegania) i Rumunia (włączenie elementów
amerykańskiego systemu na terytorium Rumunii do systemu NATO). Oficjalnie, co
prawda, zaproszono Rosję do dialogu na temat systemu obrony przeciwrakietowej,
ale Estonia, Litwa, Łotwa oraz Rumunia postulują ustawienie jej w roli
obserwatora (Rumunia ogłosiła, że niedopuszczalne są jakiekolwiek wojskowe
instalacje rosyjskie na jej terytorium). Sceptycyzm wobec ściślejszej współpracy
z Rosją w sprawie tarczy antyrakietowej wyraziły Czechy, Słowacja i Węgry, a
pośrednio Albania, Chorwacja i Słowenia. Stanowisko Polski według ministra
Klicha wygląda następująco: "Z Rosją powinniśmy rozmawiać o sprawach, które dla
bezpieczeństwa na kontynencie europejskim są ważne. Jedną z nich jest sprawa
tarczy antyrakietowej. Ale nie bardzo widzę potrzebę, by Rosja była włączana do
tarczy antyrakietowej". Za pełnym włączeniem Federacji Rosyjskiej w budowę
europejskiego systemu antyrakietowego optowała tylko Bułgaria.
W Redzikowie skończyło się na planach
Projektowi utworzenia systemu nie sprzyjają jednak wpływowe w NATO Niemcy, które
dążą do ograniczenia roli USA w Sojuszu i równolegle chcą zwiększenia rangi
współpracy NATO z Rosją. Projekt sojuszniczego systemu obrony przeciwrakietowej
traktowany jest przez Niemcy jako instrument zacieśnienia współpracy z
Rosjanami. Po szczycie NATO w Lizbonie Niemcy demonstrowały swoje
niezadowolenie, że Sojusz wyraził "jedynie" wolę dialogu z Rosją na temat
projektu i zgodził się w opinii niemieckiej na zbyt ostrożne zapisy odnośnie do
współpracy z Rosjanami.
Już administracja prezydenta George´a W. Busha forsowała amerykański projekt
tarczy antyrakietowej, który miał być zainstalowany na terenie Czech i Polski.
Zamiar ten ostro oprotestowała Rosja. Nawet groziła, że wyceluje w Polskę
rakiety nuklearne w razie realizacji planów budowy tarczy antyrakietowej.
Niestety, Amerykanie zrezygnowali z budowy bazy antyrakietowej w Redzikowie.
Dlaczego niestety? Byłaby ona bowiem elementem systemu obrony USA. W interesie
Stanów Zjednoczonych byłoby więc również zapewnienie bezpieczeństwa państwu, na
terenie którego baza amerykańska zostałaby umieszczona. To prawda, że ekipa
premiera Donalda Tuska działała w sprawie tarczy niemrawo. Projekt pogrzebali
jednak sami Amerykanie, skoro to nowy prezydent USA Barack Obama zdecydował, że
tarczy nie będzie. Skusiły go, zdaje się, miraże przyjaźni z premierem Putinem i
dlatego od projektu odstąpił. Do tego Waszyngton zrobił ten krok niezbyt
fortunnie, bo 17 września 2009 r., w rocznicę sowieckiej inwazji na Polskę. Coś
jednak zaczyna się zmieniać w polityce USA.
Chybiony argument o słabości Rosji
Pod tym względem ciekawa była ostatnia wizyta prezydenta USA w Warszawie i jego
spotkanie z przywódcami państw tej części Europy, zwłaszcza rozmowa z
prezydentem Ukrainy. Nie wydaje się też, aby liczna ekipa amerykańska zjawiła
się w Warszawie tylko po to, by stanowić tło spotkania prezydenta USA z
niewydarzonymi politykami PO.
Jednym z amerykańskich analityków stosunków międzynarodowych i znanym
geopolitykiem jest prof. George Friedman, syn wybitnego ekonomisty Miltona
Friedmana. W ostatniej wypowiedzi profesora w siódmym odcinku cyklu analiz pt.
"Geopolityczne podróże George´a Friedmana" wskazuje on, że USA "trzy razy biły
się w dwudziestym wieku o to, by zapobiec niemiecko-rosyjskiej entencie i
dominacji jednego mocarstwa – nieważne Rosji, Niemiec czy obojga – nad Europą".
Ameryka postąpiła bowiem następująco: "Niemiecko-rosyjska ententa stanowiłaby
dla Stanów Zjednoczonych śmiertelne zagrożenie i to dlatego wzięły czynny udział
w pierwszej wojnie światowej, drugiej wojnie światowej i w zimnej wojnie. Są
sprawy, do których Stany Zjednoczone nie dopuszczą i zrobią, co mogą, by im
zapobiec. Jedną z tych najważniejszych jest dominacja pojedynczego mocarstwa nad
Europą" – podkreślił Friedman. Profesor twierdzi, że sojusznikiem i partnerem
USA w realizacji polityki europejskiej będzie silna Polska. Jednak to, co może
przeszkodzić w jej awansie do rangi regionalnego mocarstwa, są słabości, jakie
profesor dostrzega, powołując się na swoje rozmowy z wysokimi urzędnikami
polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W szczególności wskazuje, że jego
rozmówcy nie doceniali zagrożenia ze strony Rosji, twierdząc, że jest ona zbyt
słaba, aby Polsce zagrozić. Friedman pisze: "Nie przekonuje mnie argument o
słabości Rosji. Po pierwsze, siła to pojęcie względne. W porównaniu ze Stanami
Zjednoczonymi Rosja może być słaba, ale na pewno słaba nie jest w porównaniu z
blisko z nią lub z Europą sąsiadującymi krajami. Żaden naród nie musi być
silniejszy od tego, czego wymaga jego strategia, ale akurat w tym przypadku
Rosja jest wystarczająco silna. To prawda, że populacja Rosji się kurczy i że
kraj jest gospodarczo wyniszczony, ale przecież Rosja jest w ruinie gospodarczej
od czasów Napoleona, a pewnie jeszcze dłużej. Jednak jej zdolność do postawienia
w gotowość armii bez względu na sytuację gospodarczą jest historycznie
demonstrowalna". Wskazuje też na zabiegi Rosji, aby zacieśniać swoje stosunki z
Niemcami i konstatuje: "Jakoś trudno mi uwierzyć, że porozumienia
niemiecko-rosyjskie nie martwią Polaków".
Profesor radzi nam zatroszczyć się o narodową suwerenność i przestrzega, że
żaden kraj nie może oddać kontroli nad swoimi fundamentalnymi prerogatywami
narodowymi, np. nad gospodarką, takim organizacjom wielonarodowym, jak Unia
Europejska, a w przypadku Polski również takiemu państwu jak Niemcy, które
historycznie były dla Polski niebezpieczne. I podkreśla: "Lecz co najważniejsze,
suwerenność narodu zależy od jego zdolności obronnych".
Niestety, stan polskiej obronności za sprawą obecnego kierownictwa Ministerstwa
Obrony Narodowej wskazuje, że tej gwarancji suwerenności Polska obecnie nie ma.
Przedwczesna nadzieja na zmiany?
Mimo rezygnacji Amerykanów z pierwotnej wersji tarczy antyrakietowej istnieją
pewne możliwości naprawcze. Planowany jest inny system antyrakietowy EPAA (European
Phased Adaptive Approach). Realizacja planu zakładała do 2011 r. rozmieszczenie
na Morzu Śródziemnym okrętów wyposażonych w rakiety SM3 przeznaczone do
zwalczania rakiet balistycznych krótkiego i średniego zasięgu. Od marca 2011 r.
znajduje się tam krążownik rakietowy USS "Monterey" uzbrojony w rakiety SM3,
który ma chronić południe Europy przed atakiem rakietami krótkiego zasięgu.
W drugim etapie zakłada się wybudowanie na południu Europy bazy rakiet SM3
zdolnych do strącania pocisków średniego zasięgu. Rakiety mają się znaleźć w
bazie Deveselu w Rumunii.
Trzeci etap przewiduje przygotowanie bazy w Polsce do przyjęcia mobilnych
wyrzutni zmodernizowanych rakiet SM3 posiadających zdolność strącania rakiet
dalszego zasięgu i międzykontynentalnych rakiet balistycznych (Polska podpisała
latem 2010 r. aneks do umowy o bazie, którą zawarła z USA dwa lata wcześniej. W
kwietniu tegoż roku prezydent RP ratyfikował porozumienie).
Czwarty, ostatni etap zakłada rozmieszczenie w 2020 r. jeszcze nowocześniejszej
wersji rakiet SM3 zdolnych do strącania rakiet dalekiego zasięgu.
Rosja nie zdołała uzyskać zapewnień w kwestii europejskiej tarczy antyrakietowej
– można zatem sądzić, że ten program zostanie zrealizowany.
13 czerwca br. minister obrony Bogdan Klich i ambasador Stanów Zjednoczonych Lee
Feinstein podpisali w Warszawie memorandum dotyczące stacjonowania w Polsce
pododdziału amerykańskich żołnierzy do obsługi samolotów F-16 i transportowych,
które mają przylatywać do nas okresowo na ćwiczenia. Pobyty szkoleniowe
amerykańskich samolotów w Polsce mają się zacząć po roku 2013. W skali polskich
potrzeb obronnych pobyt 20 amerykańskich żołnierzy nie ma wielkiego znaczenia.
Nie ma więc powodów, by dąć w fanfary. Można nawet powiedzieć, że przyjazd tych
żołnierzy jest kroplą w morzu naszych potrzeb. Nie wykluczam jednak, że jest to
pierwsza taka "kropla" i wkrótce będzie ich więcej. Miejmy też nadzieję, że
wkrótce sprawy obronności gwarantującej suwerenność Polski trafią w ręce ludzi
kierujących się interesem narodowym i rozumiejących, czym jest polska racja
stanu.
Dr hab. Romuald Szeremietiew
Autor jest profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II,
byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej.
