Myśląc Ojczyzna: „Z dystansu”
Szanowni Państwo!
Tak się składa, że ostatni felieton przed przerwą wakacyjną nadałem z Sajgonu w Wietnamie, a pierwszy po przerwie nadaję z miejscowości Lakeworth na Florydzie. Ale już wkrótce – zaraz po spotkaniach z publicznością nowojorską – wracam do Polski, z której właściwie nigdy tak naprawdę nie wyjechałem, bo chociaż z daleka – to przecież obserwuję wydarzenia w Polsce tym chętniej, że z daleka często lepiej widać całość.
W Ameryce obecnie najważniejszą sprawą jest tak zwany kryzys finansowy, a konkretnie – odpowiedź na pytanie, kogo obciążyć kosztami ratowania paru chciwych grandziarzy przed bankructwem. Właśnie Izba Reprezentantów Kongresu odrzuciła plan sekretarza skarbu Paulsona, żeby uratować grandziarzy przed bankructwem, przekazując im 700 miliardów dolarów odebranych podatnikom. W uzasadnieniu tego projektu słyszy się, że to dlatego, iż kredytobiorcy nie mają z czego spłacać kredytów, więc trzeba banki wesprzeć. Ale jeśli tymże kredytobiorcom odbierze się dodatkowo 700 miliardów dolarów, to tym bardziej nie będą mieli z czego spłacać kredytów, to chyba jasne? Już na pierwszy rzut oka widać, że w planie Paulsona coś nie trzyma się kupy i tak naprawdę nie chodzi o gospodarkę, ani o podatników, tylko o to, żeby grandziarzom zapewnić miękkie lądowanie.
Jakoś bowiem nikt się nie zastanowi, że jeśli rząd nie odebrałby podatnikom tych 700 miliardów dolarów, to przecież, tak czy owak, wydaliby oni te pieniądze na żywność, ubrania, czynsze mieszkaniowe, samochody, benzynę, rozrywki, albo wreszcie – wpłacili do banków i w ten sposób te same 700 miliardów weszłoby do gospodarczego obiegu. No tak, weszłoby, ale co z tego, kiedy zagrożeni bankructwem grandziarze już by tych pieniędzy nie dostali? Oczywiście tego głośno powiedzieć nie można, więc głośno mówi się o straszliwym zagrożeniu, które zawisło nad Ameryką. Inna sprawa, że kongresmeni też wiedzą swoje i choćby ze strachu przed rozwścieczonymi Amerykanami, plan Paulsona odrzucili, hamując w ten sposób marsz Ameryki w stronę komunizmu. Komunizm bowiem – o czym warto pamiętać – polega przede wszystkim na likwidacji własności prywatnej i zastąpieniu jej własnościa państwową – a własnie takie przesunięcia własnościowe były m.in. elementem planu Paulsona.
Nawiasem mówiąc, liczba spółek Skarbu Państwa w Polsce, a zwłaszcza wpływ biurokracji na gospodarkę, nawet tę prywatną, pokazuje, że komunizm nie tylko u nas nie upadł, ale przeciwnie – ma się coraz lepiej, co widać choćby na przykładzie blokowania przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych możliwości sfinansowania wierceń geotermalnych w Toruniu bez angażowania pieniędzy publicznych. Dzieje się to w tym samym czasie, gdy z inicjatywy Hanny Gronkiewicz-Waltz z Platformy Obywatelskiej mieszkańcy Warszawy zostali zmuszeni do złożenia się na prezent dla panów Wejherta i Waltera, właścicieli stacji telewizyjnej TVN. Chodzi oczywiście o dotację miasta Warszawy w wysokości 465 milionów złotych dla klubu sportowego Legia, będącego własnością obydwu panów. Nic dziwnego, że przodujący w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym funkcjonariusze TVN wychwalaja pod niebiosa Platformę Obywatelską i rząd premiera Tuska.
Kiedy tak obserwuję sobie z oddalenia scenę polityczną w Polsce, przypomina mi ona scenę opisaną przez nieżyjącego już niemieckiego zoologa Konrada Lorenza. Opisał on dwa psy biegnace wzdłuż płotu z drucianej siatki. Wydawałoby się, że gdyby nie ta siatka, to psy rozszarpałyby się nawzajem w mgnieniu oka. I kiedy tak biegły, nagle siatka się skończyła i psów nie rozdzielało już nic. Wtedy cała wściekłość wyparowała z nich w jednej chwili. Na sztywnych łapach, w postawie pełnej godności rozeszły się – każdy w swoją stronę.
Właśnie przeczytałem sobie w „Gazecie Wyborczej” rozmowę z panią Elżbietą Jakubiak, ongis ministrem sportu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, a obecnie posłanką Prawa i Sprawiedliwości. Mówi tam ona miedzy innymi, że celem politycznym Prawa i Sprawiedliwości jest doprowadzenie do systemu dwupartyjnego w Polsce.
Nie ma powodu wątpić, że pani poseł Jakubiak mówi to szczerze. W takim jednak razie okazuje się, ze mimo pozorów zaciekłej wrogości, zarówno Platforma Obywatelska, jak i Prawo i Sprawiedliwość, mają wspólny polityczny interes – żeby na polskiej scenie politycznej pozostały tylko one. Czy w tej sytuacji te spektakularne objawy wzajemnej wrogości są aby autentyczne? Być może jest to tylko taki spektakl, obliczony na to, żeby wszyscy się w niego wciągnęli, żeby zacietrzewili się nim aż do całkowitego onieprzytomnienia tak, że poza przepychankami Platformy z PiS-em nie widzieli już świata? Wykluczyć tego nie można tym bardziej, kiedy uświadomimy sobie, czego te wściekłe spory między Platformą i PiS-em dotyczą. Ani jeden nie dotyczy spraw ważnych dla państwa, bo też ani jedna, ani druga partia nawet nie proponuje jakichkolwiek zmian w obecnym modelu państwa. Najwyraźniej obydwu stronom taki model odpowiada i tak naprawdę troszczą się tylko o to, żeby gdzieś z boku nie wyrosła im polityczna konkurencja, z którą od nowa trzeba by się układać o podział łupów, może nie tak dużych, jak w Ameryce, bo u nas 700 miliardów dolarów nikt z podatników nie wyciśnie, ale – jak powiadają – dobra psu i mucha. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, więc z Polsce trzeba zadowolić się łupami mniejszymi.
Być może z tego oddalenia jaieś szczegóły tej sytuacji mogły umknąć mojej uwadze, ale z drugiej strony, dystans geograficzny, a i polityczny też, ułatwia czasami ogarnięcie całości. Nie ukrywam, ze szczerość pani Elżbiety Jakubiak była mi w tym niezmiernie pomocna, bo czym innym są domysły, a czym innym pewność – zwłaszcza z tak wiarygodnego źródła.
Mówił Stanisław Michalkiewicz
