Myśląc Ojczyzna: „Na uwięzi pępowiny”
Szanowni Państwo!
„Jubiluje dzicz pogańska, megafony ryczą z mieszkań…” Czy te słowa poety nie kojarzą się aby Państwu z obchodami 1 maja za komuny? Tego dnia „dzicz pogańska”, czyli partyjni aktywiści i ubecy uwijali się przy zaganianiu ludzi na tak zwane „pochody” Polegały one na przemarszu spędzonych tłumów przed trybuną, na której panoszyły się „człowieki honoru”; w Warszawie premier-generał Jaruzelski ze swoim pomocnikiem generałem Kiszczakiem, a w miastach prowincjonalnych – kacykowie drobniejszego płazu. W nagrodę za ten publiczny hołd, nasi okupanci „rzucali” tego dnia na rynek rozmaite makagigi, które miały stworzyć ludziom namiastkę obfitości.
I oto wystarczyło znieść przymus uczestnictwa w tych „pochodach”, by ludzie przestali na nie przychodzić. Jeśli jeszcze nadal się odbywają, to tylko dlatego, że tak zwana „lewica demokratyczna” usiłuje nadal dochować wierności okupacyjnej tradycji. Bo świętowanie 1 maja wywodzi się z tradycji okupacyjnej, a nie polskiej. Świętowanie 1 maja wprowadzili na ziemiach polskich nasi okupanci: Rzesza Niemiecka i Związek Sowiecki. Urządzając tego dnia pochody „lewica demokratyczna” nawiązuje zatem zarówno do tradycji nazistowskiej, jak i komunistycznej. Kto by pomyślał, ze można te tradycje tak łatwo pogodzić? Okazuje się, ze można i że jak w soczewce, skupiają się one właśnie w świętowaniu 1 maja.
To zaskakujące spostrzeżenie ma oczywiście swoje implikacje prawne. Jak pogodzić świętowanie 1 maja z konstytucyjnym zakazem uprawiania propagandy nazistowskiej i komunistycznej? Świętowanie 1 maja, w dodatku jako święta państwowego, jest najlepszym dowodem, że władze państwowe nie mają żadnego szacunku dla konstytucji własnego państwa. W przeciwnym razie 1 maja już dawno zostałby zdegradowany do zwykłego dnia roboczego i zamiast tego święta naszych okupantów można by bez żadnego problemu przywrócić zniesione przez komunistów tradycyjne święto Trzech Króli.
Ale mówi się – trudno. Nie tylko świętowanie 1 maja świadczy o braku szacunku dla polskiej konstytucji. Jeszcze bardziej jaskrawym dowodem tego lekceważenia jest podpisanie przez premiera Donalda Tuska i ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego Traktatu Reformującego. Podobnie zlekceważył konstytucję Sejm i Senat, uchwalając ustawę upoważniającą prezydenta do ratyfikowania tego Traktatu, chociaż artykuł 4 konstytucji stanowi, że suwerenem jest w Polsce naród, a zatem – tylko on mógłby wypowiedzieć się w sprawie traktatu oznaczającego formalna rezygnację zarówno z suwerenności, jak i niepodległości państwowej. Również i pan prezydent nie wykazuje respektu dla konstytucji państwa, na którego czele stoi, skoro zapowiada ratyfikację Traktatu Lizbońskiego – chociaż obejmując swój urząd przysięgał „strzec niezłomnie” niepodległości Polski. Nie możemy przejść nad tym chyba do porządku, zwłaszcza że 3 maja, podczas uroczystości państwowych, wszyscy ci dygnitarze będą mieli usta pełne patriotycznych frazesów.
Ale brak szacunku do konstytucji własnego państwa to tylko wycinek problemu. Znacznie gorsze wydaje się to, że świętowanie 1 maja w dziewiętnastym roku od upadku komunizmu jest najlepszym dowodem, że pępowina łącząca nas w PRL-em, a za jej pośrednictwem – również z pozostałościami sowieckimi, nie została do końca, a może nawet w ogóle przecięta.
Właśnie wybuchł kolejny konflikt między rządem premiera Tuska a prezydentem Kaczyńskim – tym razem na tle nominacji generalskich. Minister obrony narodowej, pan Bogdan Klich zaproponował kilkunastu oficerów do generalskiego awansu, a pan prezydent zamierza awansować tylko trzech. Nawiasem mówiąc, pretensje ministra obrony, jak i premiera stanowią kolejny dowód lekceważenia konstytucji, która w artykule 134 wyraźnie mówi, że decyzję o awansach w wojsku podejmuje prezydent jako Zwierzchnik Sił Zbrojnych, zaś minister obrony tylko proponuje.
Ale nie to jest w tym momencie najbardziej charakterystyczne, bo przecież do lekceważenia konstytucji nasi dygnitarze zdążyli już nas przyzwyczaić. Najbardziej charakterystyczne, a jednocześnie w najwyższym stopniu niepokojące jest to, że w roli rzeczników Wojska Polskiego występują dwaj politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej: pan Jerzy Szmajdziński i pan Janusz Zemke. Zarówno jeden, jak i drugi był wieloletnim działaczem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która w roku 1976 przeforsowała nie tylko wpisanie do konstytucji swojej „przewodniej roli”, ale również – sojuszu ze Związkiem Sowieckim.
Kto raz był królem, ten zawsze zachowa majestat – powiada francuskie przysłowie. Jestem pewien, że obydwaj ci politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej nadal są przywiązani do ideałów swojej młodości i chociaż tamten Związek Sowiecki już wprawdzie nie istnieje, to przecież GRU istnieje i działa nadal, a poza tym zawsze można poszukać sobie innego Związku Sowieckiego, któremu znowu można by się wysługiwać, bo czyż przyzwyczajenie nie jest drugą naturą?
W takim razie wygląda na to, że pępowina łącząca nas z PRL-em i jego politycznymi i tajnymi mocodawcami może być znacznie grubsza, niż nam się wydaje. W tej sytuacji ostrożność przy awansach może być wskazana również i z tego względu, że przecież od 1 stycznia przyszłego roku Polska ma zostać przyłączona do innego państwa pod nazwą Unia Europejska – a w tej sytuacji może aż tylu generałów nam nie potrzeba? Przecież w Unii Europejskiej generałów, a nawet marszałków będzie z pewnością pod dostatkiem, więc wielkiej szkody nie będzie, nawet jeśli pan minister Klich nie zdąży odwdzięczyć się w terminie.
Ponieważ wszyscy ostatnio zachęcają nas do myślenia pozytywnego, to i ja na koniec spróbuję znaleźć jakąś dobrą stronę w tych wszystkich przygnębiających sprawach. A dobra strona jest taka, że wskutek zbiegu święta naszych okupantów ze świętem 3 maja, będziemy mieli nieco więcej wolnego czasu. Jest zatem okazja, żeby sięgnąć po książkę profesora Michała Wojciechowskiego pod tytułem „Moralna wyższość wolnej gospodarki”. Będzie ona znakomita odtrutką na socjalistyczną propagandę, która sączy nam się z mediów każdego dnia, a zwłaszcza tego, kiedy „jubiluje dzicz pogańska”.
