Myśląc Ojczyzna: „Mężowie stanu przywracają cenzurę”
Szanowni Państwo!
Redaktor Cezary Michalski zauważył w dzienniku „Dziennik”, że kiedy nasi mężowie stanu występują na terenie krajowym, to przeważnie zajmują się głupstwami, a jak tylko wyjadą za granicę, to tam już zajmują się sprawami poważnymi. Z tego spostrzeżenia redaktora Michalskiego można wyciągnąć kilka wnioskow. Po pierwsze – że nasze środowiska opiniotwórcze przeżarte są snobizmem. Snobizm pochodzi od dwóch łacińskich słów: sine nobilitate, to znaczy – bez szlachectwa. Zatem snob, to ktoś, kto zdaje sobie sprawę, że pozycja społeczna, jaką akurat zajmuje, jest zbyt wysoka w porównaniu z jego osobistymi zaletami, ale stara się za wszelką cenę to ukryć, bo ponad wszystko obawia się zdemaskowania i ośmieszenia. Dlatego chętnie przyłącza się do stada, bo stado daje mu poczucie bezpieczeństwa.
Innym odruchem obronnym jest czujne nasłuchiwanie, co też na to, czy na tamto mogą powiedzieć w Paryżu i dostrajanie do tych oczekiwań swoich wypowiedzi i swego postępowania. Trzecim sposobem jest demonstrowanie poczucia wyższości, jakie ostatnio pokazał Władysław Frasyniuk, określając siebie jako „intelektualistę”, który z tych wyżyn sztorcuje chłopów. Francuzi mają na to specjalne przysłowie, że „nic nie jest dostatecznie dobre dla bony”.
Snob jest w gruncie rzeczy głęboko nieszczęśliwy, bo bez przerwy musi udawać kogoś, kim nie jest. Nasze środowiska opiniotwórcze są niestety zdominowane przez snobów, co sprawa, że – po pierwsze – dyskurs publiczny jest daleki od autentyzmu, bo snob boi się mówić tego, co myśli, więc recytuje to, co mu się wydaje, że powinien – a po drugie – że polskie środowiska opiniotwórcze nadskakują zagranicy.
Drugi wniosek, jaki można wyciągnąć ze spostrzeżenia redaktora Michalskiego, jest jeszcze ważniejszy. To prawda, że w kraju politycy nasi zajmują się głupstwami, podczas gdy za granicą – sprawami powazniejszymi, albo nawet całkiem powaznymi. Świadczy to, ni mniej, ni więcej, że punkt ciężkości polityki przesunął się z kraju gdzieś za granicę. Takie są konsekwencje przyłączenia Polski do Unii Europejskiej. Coraz mniej zalezy od nas, a coraz więcej – od Brukseli, totez w kraju można już tylko markować wielką politykę, bo naprawdę ważne sprawy decydują się gdzie indziej. Problem wszelako polega na tym, że system organów władzy pochodzi z czasów, gdy wszystkie sprawy rozstrzygało się w kraju. Mamy zatem Sejm z 460 posłami, Senat ze stoma senatorami, rząd z ministrami i gabinetami politycznymi, Kancelarię Prezydenta tworzącą jakby drugi rząd – i tak dalej. Ta rosnąca z roku na rok czereda funkcjonariuszy i dygnitarzy tak naprawdę nie ma jednak nic ważnego do roboty, bo ważne sprawy rozstrzygają za granicą starsi i mądrzejsi, więc w miare upływu czasu popada w coraz wieksze bęcwalstwo, którego znakomitą ilustracją są tacy posłowie, jak Janusz Palikot, czy Stefan Niesiołowski.
To wrażenie bęcwalstwa potęguje telewizja, a zwłaszcza – TVN-24, która co godzinę musi mieć jakąś sensację, więc siłą rzeczy redukuje dyskurs polityczny i w ogóle – dyskurs publiczny do poziomu magla, analizując drobiazgowo, co jedna kumocha powiedziała drugiej. Jeśli nawet od czasu do czasu pojawia się jakiś głos rozsądku, to ginie on w powodzi bęcwalstwa.
Inna rzecz, że redaktor Michalski poczynił swoje spostrzeżenie po ostatnim szczycie Unii Europejskiej, w następstwie którego pan prezydent i pan premier uzyskali 300 milionów euro na zainstalowanie w elektrowni Bełchatów aparatury do wychwytywania i magazynowania dwutlenku węgla, no i 600 milionów euro na tak zwane Partnerstwo Wschodnie. Wprawdzie miliony euro zawsze robią duże wrażenie, sugerując, że skoro tak, to musi chodzić o sprawy ważne – ale nie zawsze jest to prawdą.
Tak się bowiem nieszczęśliwie złożyło, że akurat kiedy będziemy w Bełchatowie instalować aparaturę do wyłapywania dwutlenku węgla, amerykańscy naukowcy odwołali globalne ocieplenie. Okazało się, że klimat chyba się nie ociepla, a kto wie, czy się nawet nie oziębia, więc najwyższy czas, by zacząć ludzkości opowiadać jakieś inne bajki i za co innego przyznawać nagrody Nobla. Jak się okazuje, biednemu zawsze wiatr w oczy i gdyby szczyt w Brukseli odbył się tydzień później, to może moglibyśmy przeznaczyć te 300 milionów na cos innego, a nie na dwutlenek węgla? Inna rzecz, że wtedy nie wiadomo, czy Polska w ogóle by coś dostała, więc, jak to mówią, dobra psu i mucha. Jak już zmagazynujemy ten dwutlenek węgla, to można będzie produkować wodę sodową, choćby i na użytek pana Władysława Frasyniuka. Tak czy owak, jakas korzyśc jest, podobnie, jak z Partnerstwa Wschodniego. Za 600 milionów euro można za naszą wschodnią granicą pozyskać mnóstwo zwolenników demokracji i praw człowieka. Niech i oni mają tak samo dobrze, jak my, bo przecież my mamy dobrze, no nie?
Ale kiedy tak Polska z roku na rok coraz głębiej pogrąża się w bęcwalstwie, wydaje się, że okres tak zwanej pieriedyszki dobiega końca. Podokazywaliśmy sobie – no i wystarczy! Taki wniosek nasuwa się nieodparcie z lektury wniesionego przez Platformę Obywatelską, PSL i SLD projektu ustawy o zadaniach publicznych w dziedzinie usług medialnych. Najwyraźniej razwiedka, która z ukrycia i z błogosławieństwem naszych zagranicznych protektorów, dyryguje tubylczą sceną polityczną, postanowiła położyć kres dotychczasowemu rozpasaniu i przywrócić cenzurę.
Ten zamiar wynika wyraźnie z artykułu 3 tego projektu, który precyzuje zadania publiczne w dziedzinie usług medialnych. Czytamy tam wprawdzie w punkcie 2, że do zadań tych należy „inspirowanie debaty publicznej w kluczowych kwestiach społecznych”, ale jeśli ktoś myśli, że ta debata ma polegać na tym, że różni ludzie mówią to, co naprawdę myślą, to głeboko się myli. Debata publiczna bowiem ma polegać na tym, że każdy będzie mówil to, co należy mówić. Wynika to wyraźnie choćby z punktu 9, który oznajmia, że w ramach wykonywania zadań publicznych należy przeciwdziałać dyskryminacji ze względu na rasę, narodowość, wyznanie, płeć i orientację seksualną, a także z punktu 10, który wprost nakazuje propagowanie integracji europejskiej. Zupełnie tak samo, jak za komuny – można było dyskutować ile dusza zapragnie, ale – wyłącznie na nieubłaganym gruncie aprobaty dla ustroju socjalistycznego, przewodniej roli partii i sojuszu ze Związkiem Radzieckim.
Na straży prawidłowego przebiegu tej debaty publicznej w mediach będzie czuwała Rada Programowa przy Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Do jej zadań będzie należała ocena poziomu poszczególnych rozgłośni i stacji, opiniowanie programów i wyrażanie opinii w sprawie absolutorium programowego, czyli – mówiąc językiem ludzkim – cenzura. Jeśli ta ocena wypadnie źle, delikwent nie dostanie licencji, którą trzeba odnawiać co dwa lata. Ta Rada Programowa ma liczyć 15 osób powoływanych wprawdzie przez Krajową Radę, ale rekomendowanych przez tzw. organizacje pozarządowe o zasięgu ogólnokrajowym. Już tam razwiedka zadba o to, by do Rady Programowej rekomendowano Tajnych Współpracowników, bo cóż może lepiej gwarantować jej przewidywalność i jedyną słuszność opinii?
Nawiasem mówiąc, ten katalog zadań wyszczególnionych w artykule 3 projektu jest odwzorowany z odpowiednich postanowień traktatu lizbońskiego. Wprawdzie nie jest on jeszcze podpisany przez pana prezydenta, ale mimo to – już wdrażany w życie. Widać również i w tym, że w sprawach ważnych decyzje już zapadły tam gdzie trzeba, a rolą naszych mężów stanu jest przełożenie tego na język tubylczy i posłuszne wykonywanie. Jeszcze 10 lat temu mało kto w to wierzył, a dzisiaj zauważył to nawet redaktor Cezary Michalski w dzienniku „Dziennik”.
Mówił Stanisław Michalkiewicz
