Myśląc Ojczyzna


Pobierz Pobierz

Szczęść Boże!

Niedawno pani minister od sportu, pani Mucha, oświadczyła, iż nie chce by do niej i o niej mówić per „pani minister” lecz woli formę „pani ministro” to jest tak, jak propagują środowiska kobiet skrajnie lewicowych, żądających nawet wprowadzenia pod groźbą kary więzienia do 2 lat, obowiązku zwracania się do kobiet z użyciem żeńskich odmian nazw, zawodów i funkcji. Jedna z gazet przedstawiła przykłady wyjęte ze słownika lewackich kobiet np. żeńsko-lewackim odpowiednikiem pojęcia „marszałek” ma być „marszałkini”, „premiera – „premierka”, „kierowca” – „kierowczyni”, „szpieg” – „szpieżka”, „chirurg” – „chirurżka”, „poseł” – „posłanka”, „posełka” itd. Idąc dalej tym stylem, odpowiednikiem „boxera” będzie „boxerka”, choć wiadomo, że dziś jest to nazwa męskich slipów, zaś odpowiednikiem kierowcy tira no powinna być „tirówka”, choć wiadomo już kogo to określenie oznacza. Język polski przewiduje żeńskie odmiany wielu zawodów i funkcji; „nauczyciel” – „nauczycielka”, „urzędnik” – „urzędniczka”, ale nie wszystkich. Oczywiście, że język żyjący, używany podlega z czasem zmianom.

Pojawiają się nowe słowa, też zapożyczone z innych języków, inne słowa zanikają w skutek nieużywania. Raczej nie mówimy już do nikogo „waszmość” czy „azaliż”. Do codziennego języka wkraczają nowe wyrazy i zapożyczenia, często zresztą rażące swym brzmieniem np. „szopy” (od shop) czy „markety”. Zmiany języka są nieuniknione i powoli następują, Polska nie jest tutaj zamkniętą enklawą. Środowiska lewicowych kobiet chcą jednak wprowadzić pewne zmiany w obszarze języka szybko i przymusowo, kierując się powodami ideologicznymi i ogólną nieakceptacją świata i naturalnego porządku. Tworzą groteskowe, sztuczne, żeńskie odmiany wyrazów kierując się infantylną i nienaturalną niechęcią wobec mężczyzn lub Kościoła. Poprawnościowe, przesadne i żałosne podkreślanie swojej żeńskości, bo niestety nie zawsze oznacza to kobiecość i próby narzucania swych kaprysów innym, tworzą sytuacje przemocy! Nikt nie wtrąca się do relacji towarzyskich, prywatnych innych ludzi. Dla zabawy czy poważnie niech ludzie prywatnie skoro to lubią, określają się „etyczka”, „psycholożka”, „chirurżka”, „marszałkini” czy „premierka”, a nawet „żabciu”, „kotku” i „misiaczku” jeśli tak ktoś lubi. Jednak zmuszanie innych, w relacjach publicznych do przymusowego używania różnych form dyktowanych poprawnością obyczajową i polityczną stanowi właśnie samo w sobie formę ograniczania wolności innych, jest formą terroru obyczajowego i językowego, a także prawnego, skoro środowiska tzw. feministek i osób pozanormatywnych przygotowują ustawę, która zakazać ma tzw. mowy nienawiści. Próby narzucenia innym sposobów dobierania słów w kontaktach z ludźmi nie tylko psują język, są formą wynaturzenia, ale kryją się za nimi też głębokie kompleksy nieszczęśliwych kobiet lewicy, którym brak akceptacji bliźnich.

Za takim natarczywym podkreślaniem swej żeńskości kryje się często po prostu brak miłości, wołanie o nią, wewnętrzne nieuporządkowanie i bunt przeciw naturze. Takim osobom należy przede wszystkim współczuć, ale nie można dać też sobie narzucić nienaturalnego języka jakim się one posługują. Językowa przemoc stosowana wobec otoczenia przez kobiety o lewicowych poglądach nie ma oparcia w regułach polskiego języka. Słownik języka polskiego nie przewiduje bowiem narzucanych przez feministki form żeńskich, takich jak „profesora”, „ministra”, „premierka” czy „posełka”. Jest to całkowicie swobodna twórczość ich autorek często narażające je same na śmieszność. Trzeba wyjaśnić też, że Konstytucja, która określa ustrój Państwa, nie przewiduje urzędu państwowego o nazwie „marszałkini Sejmu” czy „premierki polskiego rządu”, czy „posełki na polski Sejm”. Konstytucja Rzeczpospolitej i ustawy powołują organy państwa i nadają im oficjalne nazwy: „premier”, „poseł”, „marszałek”, „główny inspektor” itp.

Nazwy tych organów, urzędy i urzędów są pojemne i niezależne od płci osoby, która je sprawuje. Oznaczają kobietę albo mężczyznę, którzy te urzędy sprawują. Pleć podkreśla się dodając do nazwy urzędu formy „pan” lub „pani”, np. „pan premier”, „pani premier”, „pan poseł”, „pani poseł”. Używanie w oficjalnych sytuacjach w Sejmie, na posiedzeniu rządu, na spotkaniach publicznych władz innych niż konstytucyjne określenia jest sprzeczne z Konstytucją i dowodzi jej lekceważenia, brak kompetencji i niedojrzałość. W prawie obowiązuje zasada, iż każde odmienne słowo czy pojęcie oznacza co innego, użycie wiec zamiast konstytucyjnej nazwy „minister” czy „poseł”, określeń „ministra” czy „posłanka” ze ściśle prawnego punktu widzenia oznacza tak naprawdę coś innego, a nie polskiego ministra, o którym mówi polska Konstytucja. Takie niechlujstwo i zabawy językowe deprecjonują i ośmieszają w pewien sposób same urzędy, których nazwy się przekręca. A przekręca nie z szacunku dla polskich instytucji, ale z ideologicznej bezmyślności, niechęci do własnego Państwa, do mężczyzn i głębokich kompleksów, których efektem jest m.in. rozmywanie i zmiana znaczeń wielu słów i nazw. Nie dajmy się więc zastraszyć i sterroryzować garstce hałaśliwych kobiet. Pilnujmy i dbajmy o nasz język ojczysty, bo on także jest nośnikiem polskości.

pos. prof. dr hab. Krystyna Pawłowicz

drukuj