Myśląc Ojczyzna


Pobierz Pobierz

Wojna na górze – o naszą skórę



Szanowni Państwo!

Coś nie za dobrze zaczyna się ten rok dla partii i rządu. Nie tylko ruscy szachiści ośmieszyli premiera Tuska, przechodząc do porządku nad jego pryncypialną krytyką raportu o przyczynach katastrofy smoleńskiej i ostentacyjnie lekceważąc 150 stron pracowitych uwag – ale w dodatku uderzenie przyszło również na froncie wewnętrznym i to ze strony nie tyle może „młodych, wykształconych” – bo ci postąpią zgodnie z zaleceniami pani redaktor Justyny Pochanke z TVN – co ze strony wykształconych i starych – z profesorem Leszkiem Balcerowiczem na czele. Co się stało, dlaczego premier Tusk ni z tego, ni z owego przestał być duszeńką profesora Leszka Balcerowicza?

Jak pamiętamy, pierwsze poważne ostrzeżenie pojawiło się wcześniej, kiedy to profesor Balcerowicz uruchomił licznik długu publicznego na skrzyżowaniu ulicy Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi w Warszawie, żeby każdy mógł naocznie się przekonać, jak rząd premiera Tuska strzyże go i goli. Charakterystyczne jest, nawiasem mówiąc, że ten zegar w zasadzie w coraz szybszym tempie idzie do przodu, ale bywają momenty, że się cofa i to dość głęboko. Nie oznacza to oczywiście, że dług publiczny się zmniejsza. O tym nie ma mowy – a cofanie zegara długu publicznego było efektem kreatywnej księgowości, uprawianej przez ministra finansów, pana Rostowskiego. Na skutek tej kreatywnej księgowości poznanie prawdziwej wysokości długu publicznego i w ogóle – sytuacji finansów publicznych – jest trochę, a nawet – znacznie utrudnione – ale skoro nie jesteśmy pewni nawet tego, jak pan minister finansów naprawdę się nazywa, to cóż dopiero, gdy chodzi o sprawy bardziej skomplikowane?

Warto jednak zwrócić uwagę, że napięcia w stosunkach między rządem, a profesorem Balcerowiczem zaczęły się w momencie, gdy w sferach rządowych zaczęto przebąkiwać o zmniejszeniu odpisów tak zwanej „składki ubezpieczeniowej” na Otwarte Fundusze Emerytalne z ponad 7 – jak dotychczas – do niecałych 3 procent. Te odpisy, mówiąc między nami, to jedna wielka fikcja, bo państwo nie przekazuje żadnej gotówki, tylko obligacje skarbowe, które – żeby zamienić je na gotówkę – biedni podatnicy będą musili wykupić i w ten sposób wypłacić sobie emerytury. Ale te obligacje uważane są za „papiery wartościowe”, w związku z czym już we wrześniu ubiegłego roku aktywa Otwarytch Funduszy Emerytalnych przekroczyły wartość 209 miliardów złotych. Ponieważ średnia prowizja w Otwartych Funduszach Emerytalnych wynosi 3,5 procenta wartości aktywów, to nietrudno zrozumieć, ze zarówno wśród beneficjentów OFE i środowisk związanych z nimi korupcyjnie lub kapitałowo, zapanowało zdenerwowanie. Chodzi bowiem co najmniej o 7 miliardów złotych i jeśli nawet suma ta rozkłada się na wszystkie fundusze emerytalne, to nawet po każdy taki iloraz warto się schylić.

Trzeba nam bowiem wiedzieć, że wiekopomna reforma emerytalna, jedna z czterech wiekopomnych reform charyzmatycznego premiera Buzka, została pomyslana po to, by kosztem tubylczych podatników stworzyć źródło dochodów zarówno dla zagranicznych rekinów finansowych, jak i ich polskich popleczników. Mechanizm Otwarytch Funduszy Emerytalnych jest bardzo prosty: część pieniędzy odebranych ludziom pod pretekstem „ubezpieczeń społecznych” rząd przekazuje OFE. Te pieniądze Otwarte Fundusze inwestują w obligacje skarbowe, inkasując zysk bez ryzyka, od którego potrącają sobie prowizję. Takie rzeczy mógłby na własną rękę robić każdy obywatel, ale wtedy charyzmatyczny premier Buzek nie zasłużyłby się ani zagranicznym rekinom finansjery, ani ich polskim poplecznikom. Emerytury z tak zwanego „drugiego filaru” to nędzne ochłapy, niewarte nawet splunięcia – ale prowizje dla cudzoziemskich rekinów i ich tubylczych popleczników, to co innego. Po nie warto się schylić, bo to są miliony. No a teraz rząd premiera Tuska chce zmniejszyć ten odsyp prawie o dwie trzecie, co oznacza radykalne zmniejszenie strumienia złota dla zuchwałych. Żeby było jasne – nie dlatego, że rząd premiera Tuska nagle zadbał o interesy polskich obywateli. O tym nie ma mowy; interes obywateli obchodzi rząd tyle, co zeszłoroczny śnieg. O co zatem chodzi? Ano o to, że wprawdzie wszyscy wiemy, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej – ale ZUS-owi brakuje pieniędzy na wypłaty bieżących zobowiązań i trzeba szukać forsy, gdzie się da.

Tymczasem rekiny i ich krajowi rzecznicy podnoszą larum, że „inaczej żeśmy się umawiali”. To prawda, ale kiedy brakuje pieniędzy, to nie czas żałować róż. W rezultacie mamy wojnę na górze – poważne nieporozumienie w rządzącym naszym nieszczęśliwym krajem klubie gangsterów. Kłócą się oni o część skóry, którą mają z nas ściągnąć – bo że ściągną, to w tej sprawie są całkowicie zgodni.

 

Mówił Stanisław Michalkiewicz

drukuj