„Myśląc Ojczyzna”


Pobierz Pobierz

Wspomnienia z przyszłości

Szanowni Państwo!
Jeszcze światło nie zostało oddzielone od ciemności, ponieważ traktat lizboński wejdzie w życie dopiero 1 grudnia – ale już jutro nastąpi wybór prezydenta Unii Europejskiej – tak, aby w dniu 1 grudnia, kiedy na mapie politycznej świata pojawi się nowe panstwo pod nazwą Unia Europejska – stanowisko to zostalo już obsadzone, podobnie jak stanowisko ministra spraw zagranicznych Unii Europejskiej.
Stanowisko prezydenta Unii Europejskiej, które zresztą nazywa się inaczej – nie jest związane z jakims wielkim zakresem władzy. Można powiedziec, że ma charakter operetkowy, podobnie jak stanowisko przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, na które, na połowę kadencji, został wybrany były charyzmatyczny premier Jerzy Buzek. Inaczej może być z ministrem spraw zagranicznych Unii Europejskiej. Z tym stanowiskiem może wiązać się realna władza, ale oczywiście – pod pewnymi warunkami.
W ogóle instytucje Unii Europejskiej są obliczone na wywołanie wrażenia, jakoby panowała tam równość i braterstwo, zgodnie ze słowami piosenki pod tytułem „Oda do radości”, głoszącej, że „wszyscy ludzie będą braćmi”. Jest to jednak dekoracja, podobna do opisanej w powieści Kurta Vonneguta „Śniadanie Mistrzów”. Chodziło tam o oczyszczalnię ścieków pewnej fabryki chemicznej. Jej budowy podjęła się spółka dwóch braci – gangstgerów. Zbudowali oni szalenie skomplikowaną konstrukcję, oszałamiającą plątaninę rur i ryrek, na których zapalały się i gasły różnokolorowe lampy – ale konstrukcja ta była tylko atrapą, mającą przesłonić odcinek kradzionej rury wodociągowej, którą fabryczne ścieki, bez żadnego oczyszczenia, spływały prosto do rzeki.
Podobnie w Unii Europejskiej. Skomplikowany system organów władzy i instytucji, niezwykle zawiłe procedury ich funkcjonowania i podejmowania decyzji, służą lepszemu zakamuflowaniu ręcznego sterowania Unią przez jej rzeczywistych kierowników politycznych, to znaczy – Niemcy i Francję, w porozumieniu z trzema innymi państwami.
I chociaż, jak powiedziałem, światło nie zostało jeszcze oddzielone od ciemności, bo traktat lizboński wejdzie w życie dopiero 1 grudnia, to już na przykładzie przygotowań do wyboru prezydenta Unii Europejskiej można się zorientować, co będzie potem. Na przykład polska propozycja, by najpierw prze prowadzić przesłuchania kandydatów na prezydenta, a dopiero potem ich wybierać, została całkowicie zignorowana. Kandydatura figuranta, który zostanie prezydentem Unii Europejskiej, została po cichu ustalona przez starszych i mądrzejszych, a w tej sytuacji nietrudno sie domyślić, że ten cały prezydent będzie tańczył tak, jak starsi i mądrzejsi mu zagrają. Wprawdzie, jak już wspomniałem, nie ma on wielkiej, a prawdę mółwiąc – nie ma żadnej realnej władzy, ale ten przykład pokazuje, że obsadzanie innych, ważniejszych stanowisk, będzie przebiegało podobnie. Krótko mówiąc – uczestniczymy w eksperymencie, na który prawdopodobnie nie będziemy mieli większego, albo nawert żadnego wpływu – bo Traktat z Lizbony odchodzi od zasady jednomyślności.
W tej sytuacji wypada przypomnieć wydarzenie, którego kolejna rocznica właśnie minęła, a mianowicie – Powstanie Węgierskie z 1956 roku. Jak wiadomo, rozpoczęło się ono 23 października manifestacją pod pomnikiem generała Józefa Bema w Budapeszcie. Stamtąd demonstranci poszli pod Parlament i budynek radia, który został zdobyty przy pomocy broni przekazanej demonstrantom przez wojsko. Ten samej nocy I sekretarz węgierskiej partii Erno Gero, wraz z całym Biurem Politycznym zażądał interwencji od Związku Radzieckiego. Oddziały sowieckie wkroczyły do Budapesztu, ale po kilku dniach wycofały się z miasta. Pod wpływem rozmowu wydarzeń ówczesny premier węgierskiego rządu Imre Nagy 1 listopada ogłosił wystapienie Węgier z Układu Warszawskiego. W odpowiedzi czołgi sowieckie 4 listopada ponownie wkroczyły do Budapesztu i po złamaniu oporu powstańców Rosjanie powierzyli zewnętrzne znamiona władzy nowej ekipie w Janosem Kadarem na czele.
Polska wprawdzie żadnej realnej pomocy Węgrom udzielić nie mogła, ale co mogła, to zrobiła. Nie tyle może ówczesna władza, chociaż, trzeba przyznać, że nie przeszkadzała – co społeczeństwo. Ludzie masowo oddawali krew i pieniadze na zakup leków i środków opatrunkowych. W ten sposób, przynajmniej częściowo, spłacaliśmy wobec Węgier dług z tytułu pomocy udzielonej Polsce w roku 1920. Z uwagi na zablokowanie dostaw amunicji dla Polski, zarówno przez Czechosłowację, jak i Niemcy, a także pozostających pod wpływem socjalistycznej agitacji angielskich dokerów – Węgry oddały na potrzeby Polski całą produkcję fabryki amunicji na wyspie Csepel w Budapeszcie i okrężna drogą, w ostatniej niemal chwili, dostarczyli ją transportem kolejowym na stację do Skierniewic, skąd była dowożona prosto z wagonów na linię frontu. Bez tej węgierskiej pomocy żaden „cud nad Wisłą” w 1920 roku nie byłby możliwy.
Więc do tych wspomnień o węgierskim powstaniu z 1956 roku warto dodać, że Imre Nagy za próbę wystąpienia w Układu Warszawskiego został skazany na karę śmierci i stracony, podobnie jak węgierscy patrioci. Usłużni propagandyści komunistyczni oszkalowali ich pamięć miedzy innymi przy pomocy paszkwilu zatytułowanego „Kim byli, czego chcieli”.
Powie ktoś, że takie rzeczy mogły się zdarzyć w tamtych czasach, ale na pewno nie teraz, a już zwłaszcza – nie w Unii Europejskiej, w której – jak wiadomo – „wszyscy ludzie będą braćmi”. Wszystko to być może, ale w sytuacji, gdy światło nie zostało jeszcze oddzielone od ciemności, niczego pewnego powiedzieć nie możemy, może poza tym, że występowanie, czy to z Układu Warszawskiego, czy też z Unii Europejskiej nie było i pewnie nie będzie dobrze widziane. Postarają się o to reżymowi propagandyści, którzy nie zmienili swoich obyczajów mimo sławnej transformacji ustrojowej.
Właśnie reżyser Grzegorz Królikiewicz nakręcił film pod tytułem „Kern” o byłym, nieżyjącym już wicemarszałku Sejmu Andrzeju Kernie. To znaczy – nie tyle o nim, chociaż o nim też – co o mechanizmie przy pomocy którego Andrzej Kern został zaszczuty – już pod rządami niekomunistycznych premierów, kiedy rząd dusz, nie tyle może nad opinią publiczną, co nad „niezależnymi” mediami, sprawowały autorytety moralne w osobach doktora honoris causa Adama Michnika, Jacka Kuronia, w przede wszystkim – „drogiego Bronisława”, czyli Bronisława Geremka. Ten przejmujący film jest nie tylko przypomnieniem – jest przestrogą przed tym, co zawsze może się powtórzyć, zwłaszcza w sytuacji, gdy światło nie zostało przecież wcale oddzielone od ciemności.
Mówił Stanisław Michalkiewicz

drukuj