„Myśląc Ojczyzna”


Pobierz Pobierz

Wojna o względy razwiedki

Szanowni Państwo!
Znowu spotykamy się na antenie po trzymiesięcznej przerwie letniej, podczas której zaszły spore zmiany nie tylko w sytuacji międzynarodowej wokół Polski, ale również na wewnętrznej scenie politycznej.
Zacznijmy od spraw międzynarodowych. 17 września dowiedzieliśmy się oficjalnie z ust amerykańskiego prezydenta Obamy, że Stany Zjednoczone wycofują się z projektu instalacji tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. Mniejsza o tarczę, bo od kiedy amerykański Kongres przeznaczył na nią jakieś zupełnie symboliczne fundusze, wiadomo było, że to tylko takie makagigi. Znacznie ważniejsze było to, iż deklaracja prezydenta Obamy oznaczała, ze tak naprawdę Stany Zjednoczone wycofują się z aktywnej polityki w Europie. Ta aktywna polityka polegała między innymi na wzniecaniu zarzewia konfliktu między Rosją i Niemcami za pośrednictwem dywersantów w postaci Gruzji, Ukrainy oraz Polski, dla której była to okazja wyrwania się ze stalowych objęć strategicznych partnerów. Rezygnacja Stanów Zjednoczonych z tej polityki oznacza zgodę na to, by odtąd sytuację w Europie, a zwłaszcza w jej części środkowej, kształtowali według swego uznania strategiczni partnerzy, to znaczy – Rosja i Niemcy.
Ich zamiary można było wydedukować z przemówienia rosyjskiego premiera Putina, wygłoszonego 1 września na Westerplatte. Powiedział on m.in. że przyczyną II wojny światowej był traktat wersalski, który upokorzył wielki naród niemiecki. Ale traktat wersalski ustanawiał porządek polityczny, w ramach którego, między Niemcami a Rosją, na obszarze Europy Środkowej, istniały niepodległe państwa – między innymi Polska. Skoro zatem traktat wersalski i przyjęte na jego podstawie rozwiązania polityczne były przyczyną II wojny, to jest oczywiste, że takich rozwiązań trzeba unikać w interesie europejskiego pokoju. Krótko mówiąc, ten fragment przemówienia Putina stanowił pełzającą rehabilitację porozumienia niemiecko-rosyjskiego z 23 sierpnia 1939 roku, znanego jako „pakt Ribbentrop-Mołotow”, do którego nawiązuje dzisiaj strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie.
Tym rosyjsko-niemieckim oczekiwaniom wychodzi naprzeciw traktat lizboński. Traktat lizboński, proklamując powstanie nowego europejskiego imperium w postaci Unii Europejskiej, której niekwestionowanym kierownikiem politycznym są Niemcy, zapoczątkowuje proces likwidacji niepodległych państw, zwłaszcza w Europie Środkowej. Ratyfikacja traktatu lizbońskiego przez Irlandię i narastające naciski na Czechy i Polskę nie pozostawiają wątpliwości co do intencji inicjatorów tego procesu.
27 września odbyły się wybory parlamentarne w Niemczech. Kanclerzem ponownie została pani Aniela Merkel. Wszystko zatem już się wyjaśniło, więc i w Polsce uznano, że nadszedł czas na przebudowę sceny politycznej. Wyrazem tego przedsięwzięcia jest wybuch tzw. afery hazardowej.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że w Polsce punkt ciężkości władzy spoczywa poza konstytucyjnymi organami państwa, że – mówiąc krótko – prawdziwą władzę sprawują tu tajne służby, których najtwardszym jądrem pozostaje od ponad 20 lat wywiad wojskowy z peerelowskim rodowodem. Kontroluje on niezmiennie najważniejsze segmenty gospodarki, z sektorem finansowym na czele oraz inne segmenty życia publicznego, między innymi – media i partie polityczne. Przyznał to nie tak dawno generał Gromosław Czempiński, któremu się przypomniało, ile to rozmów i bliskich spotkań III stopnia musiał odbyć, żeby powstała Platforma Obywatelska. Ostatnio zaś potwierdził to dr Andrzej Olechowski mówiąc, iż reprezentuje formację, której przedstawiciele są „we wszystkich plemionach”, czyli – partiach politycznych.
Wprawdzie Platformie Obywatelskiej razwiedka wyznaczyła zadanie powstrzymania Prawa i Sprawiedliwości, którego przywódca Jarosław Kaczyński odgrażał się, że wysadzi w powietrze „grupę trzymającą władzę” – ale Donald Tusk na wiosnę ubiegłego roku podjął próbę , jeśli nawet nie odzyskania samodzielności, to w każdym razie – zwiększenia marginesu swobody. Taka próbą było aresztowanie wiosną ub. roku szwajcarskiego finansisty Petera Vogla, który naprawdę nazywa się Filipczyński i był w Polsce skazany na 25 lat więzienia za zamordowanie w 1971 roku starszej pani. Mimo to jednak w roku 1983 wyjechał do Szwajcarii, gdzie zaraz został bankierem i „kasjerem lewicy” w Polsce. W ostatnich dniach prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego został przezeń ułaskawiony. Wydawało się zatem, że jest bezpiecznie, ale jednak, pod jakimś błahym pretekstem, został wiosna ub. roku zatrzymany, a niezawisły sąd kazał wtrącić go do aresztu. Warto przypomnieć, ze zapomniany już dziś trochę minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski wiele sobie po opowieściach Petera Vogla obiecywał, podobnie jak minister spraw wewnętrznych w rządzie premiera Tuska – Grzegorz Schetyna, który odgrażał się, że trzeba będzie wyjaśnić również zagadkowe okoliczności wyjazdu Petera Vogla do Szwajcarii oraz jego ułaskawienia. Więc kiedy niedawno do mediów przedostały się niedyskrecje Vogla, że ze szwajcarskiego konta generała Gromosława Czempińskiego jakiś Turek ukradł 2 miliony dolarów , starsi i mądrzejsi musieli dojść do wniosku, że pora kończyć zabawę z tą całą Platformą .
A ponieważ dla potrzeb przejęcia państwowej telewizji z rąk „byłego neonazisty” Jarosław Kaczyński porzucił myśl o wojnie z „układem” i porozumiał się z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, zaś po wyborach parlamentarnych 27 września również w Niemczech sytuacja się wyjaśniła – bomba pod fotelem premiera Tuska została, ku jego niepojętemu w tych okolicznościach zaskoczeniu, zdetonowana. Mamy tedy „aferę hazardową”, której towarzyszy zwijanie istniejącego dotychczas medialnego parasola ochronnego nad Platformą.
Donald Tusk próbuje się bronić, wyrzucając z rządowej łodzi jednego murzyńskiego chłopca po drugim, a nawet pojawiły się pogłoski, że ma zamiar dokonać rekonstrukcji swego rządu, powołując na ministra sprawiedliwości i generalnego prokuratora Włodzimierza Cimoszewicza. Jest to dość desperacka próba przeciągnięcia na swoja stronę nie tylko SLD, ale przede wszystkim – rozbudowanego zaplecza politycznego tej partii. W istocie bowiem „afera hazardowa” jest wojną między Platformą Obywatelską i PiS-em o względy razwiedki. Komu się uda je pozyskać, ten będzie uczestnikiem nowej koalicji rządowej, obejmującej zwycięzcę, SLD i PSL.
Obawiam się jednak, że zgodnie z zasadą: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta, „afera hazardowa” może utorować drogę do władzy Sojuszowi Lewicy Demokratycznej, który dla razwiedki jest znacznie bliższy od Platformy, a poza tym, prawdopodobna ratyfikacja traktatu lizbońskiego uruchomi procesy, które tajniacy, działający z upoważnienia Naszej Pani Anieli, woleliby nadzorować samodzielnie , to znaczy – za pośrednictwem posłusznego im rządu i prezydenta.
Mówił Stanisław Michalkiewicz

drukuj