„Myśląc Ojczyzna”
Szanowni Państwo!
W polskim kalendarzu politycznym jest sporo miesięcy specjalnych. Na przykład tak zwany „polski październik” obrósł mitem, chociaż najbardziej trzeźwą recenzję wystawił mu Janusz Szpotański pisząc: „A może sławny wspominać październik, gdy nas skołował chytry, stary piernik?” Oczywiście miał na myśli Władysława Gomułkę, który był bohaterem jeszcze dwóch miesięcy: marca i grudnia.
W marcu, jak wiadomo, odbyły się tak zwane „wydarzenia marcowe”, kiedy to młodzież studencka, wśród której i ja miałem zaszczyt się znajdować, wystąpiła przeciwko komunistom w obronie wolności słowa. „Chytry stary piernik” zwekslował to wszystko na tory wewnątrzpartyjnej rozgrywki z towarzyszami pochodzenia żydowskiego, którzy skorzystali z tej okazji, by czmychnąć z cudnego raju. Dzisiaj traktują to w swojej polityce historycznej jako rodzaj takiego holokauściku i jak jeszcze trochę poczekamy, to może się okazać, że ten marcowy holokauścik zacznie przyćmiewać tamten wojenny. Mądrość etapu ma bowiem swoje prawa i jeśli trzeba, to jedne wydarzenia rosną, a drugie maleją, zwłaszcza gdy zabierają się za to „światowej sławy historycy”.
Po „marcu” był „grudzień”, kiedy to w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie i Elblągu doszło do krwawego stłumienia protestu przeciwko podwyżce cen żywności przed samym Bożym Narodzeniem. Jak zwykle w komunizmie, gdzie wszystko miało swoje drugie dno, miał je również i grudzień 1970 roku. Jak wiadomo, komuna nie dysponowała mechanizmami pokojowej zmiany władzy. Było to wprawdzie teoretycznie możliwe, ale politycznie bardzo trudne, bo jak tylko ktoś został już I sekretarzem, to od razu okazywał się sto razy mądrzejszy i lepszy od innych. W tej sytuacji pomysł zastąpienia takiego geniusza kimkolwiek, urastał do rozmiarów świętokradztwa. Trzeba było zatem prowokować upadki, a do takich prowokacji potrzebne były rozruchy, najlepiej krwawe.
Więc w przypadku grudnia 1970 roku mówi się, że ruscy szachiści postanowili wymienić w Polsce Władysława Gomułkę, który w swojej zuchwałości ośmielił się podpisać porozumienie graniczne z Niemcami, zanim podpisała je Moskwa. Jak tam było, tak tam było; warto przy tym odnotować rolę odegraną przez generała Wojciecha Jaruzelskiego, który – jako ówczesny minister obrony narodowej, a zarazem agent wojskowej razwiedki – przyjął na siebie techniczną, że tak powiem, stronę tej prowokacji. Został za to oczywiście wynagrodzony, ale nie od razu, tylko dopiero w roku 1981, kiedy to już nie robotnicy w kilku nadmorskich miastach, ale większość społeczeństwa polskiego zbuntowała się przeciwko partii. Wtedy i tubylczy kacykowie i przede wszystki – ruscy szachiści uznali, że trzeba postawić na generała Jaruzeslkiego, jako najbardziej zaufanego.
W ten sposób doszliśmy do kolejnego polskiego miesiąca politycznego, mianowicie sławnego sierpnia, którego głównym aktorem został Lech Wałęsa i do dzisiejszego dnia z tego powodu się nadyma. Co prawda ostatnio generał Czesław Kiszczak trochę powietrza z tego nadętego pęcherza wypuścił, zeznając przed niezawisłym sądem, że Solidarność niczego nie wywalczyła, tylko wszystko dostała od niego osobiście. Ciekawe, jak sobie z tym poradzą światowej sławy historycy, bo wprawdzie wszyscy nieugięcie stoją na nieubłaganym gruncie zatwierdzonych legend, ale z drugiej strony, to sam Adam Michnik, w dodatku jeszcze za życia „drogiego Bronisława”, nadał generałowi Kiszczakowi tytuł „człowieka honoru”, więc i nad zeznaniami generała nie można przechodzić sobie do porządku, jakby nigdy nic.
Ale ten problem, z jakim będzie musiała zmierzyć się polityka historyczna, tylko sygnalizujemy, bo w tej chwili najważniejszy jest kolejny polski miesiąc polityczny, do którego właśnie dochodzimy, a mianowicie – czerwiec. Ów czerwiec występuje w dwóch odsłonach; pierwszej – w roku 1956, kiedy to poznańscy robotnicy, a potem i pozostali mieszkańcy Poznania, podnieśli bunt z użyciem broni, krwawo stłumiony przez wojsko dowodzone przez sowieckiego generała, polskiego zresztą pochodzenia, Stanisława Popławskiego. Symbolem tego czerwca jest 13-letni Romek Strzałkowski, zastrzelony w chwili, gdy podnosił biało-czerwoną flagę. Epitafium zredagował mu ówczesny dygnitarz państwowy Józef Cyrankiewicz, zapowiadając, że „poucinamy ręce tym, którzy je podniosą na władzę ludową”.
Druga odsłona czerwca, to rok 1976, kiedy to w Radomiu i Ursusie pojawiły się tak zwane „warchoły”, którym nie podobał się Edward Gierek, chociaż wszystkim innym bardzo się podobał, a już specjalnie – Leonidowi Breżniewowi. Warcholstwo zostało tedy uznane za rodzaj choroby, którą partia leczyła przy pomocy „ścieżek zdrowia”. Ten czerwiec 1976 roku stał się impulsem do zawiązania zorganizowanej opozycji, która już w roku następnym objawiła się w postaci dwóch nurtów: lewicy laickiej, a więc – dawnych stalinowców w pierwszym, albo drugim pokoleniu, którzy z różnych powodów wystąpili przeciwko partii oraz – nurtu niepodległościowego, nawiązującego do tradycji Armii Krajowej. Kiedy przyszło do sławnej transformacji ustrojowej, generał Kiszczak, z dwojga złego, wolał porozumieć się w Magdalence z lewica laicką, która do spółki z razwiedką rządzi Polską aż do dnia dzisiejszego – oczywiście wysuwając na plan pierwszy rozmaitych figurantów – ostatnio w postaci Platformy Obywatelskiej i premiera Donalda Tuska.
I właśnie z jego powodu zebrało mi się na te wspomnienia o polskich miesiącach, bo premier Tusk wczoraj ogłosil, iż odwołuje uroczystości, jakie miały odbyć się w Gdańsku 4 czerwca, w rocznicę tak zwanych „kontraktowych” wyborów. Ponieważ na ten dzień demonstrację w obronie likwidowanego właśnie w Polsce przemysłu okrętowego zapowiedzieli stoczniowcy, premier najwyraźniej musiał dojść do wniosku, że może zostać bohaterem trzeciej edycji czerwca, co go, zdaje się, trochę wystraszyło.
Trudno mu się dziwić, zwłaszcza w sytuacji, gdy wylansowany w międzyczasie na „mędrca Europy” były prezydent naszego państwa zaczął mu doradzać, żeby bił się ze stoczniowcami na kamienie i kije. Ale nie tylko rady „mędrca Europy” musiały premiera Tuska zreflektować. Musiał też zauważyć ton, jaki pojawił się w wypowiedziach na przykład wicemarszałka Niesiołowskiego. Ten człowiek o zszarpanych nerwach, na wieść o planowanych na 4 czerwca demonstracjach stoczniowców, zareagował epitetami z repertuaru partyjnej propagandy z czerwca 1976 roku: „awanturnicy”, „warchoły”…
Wszystko zatem pasuje jak ulał, więc dlaczego premier Tusk zrobił ten unik? Przecież nadarzała mu się znakomita okazja, żeby również naszej Katarzynie Wielkiej, czyli pani Anieli udowodnić, że potrafi tubylczymi Polakami rządzić twardą ręką. Owszem, to wszystko prawda, ale prawdą jest i to, ze każda taka okazja stawała się momentem upadku pogromcy rozruchów, na którego taką pułapke zastawiała polityczna konkurencja.
Mówił Stanisław Michalkiewicz
