Karmiono nas nieprawdziwymi informacjami


Pobierz Pobierz

Z panią Danutą Borowską – matką śp. Bartosza oraz synową Anny Marii Borowskiej – wiceprzewodniczącej gorzowskiej Rodziny Katyńskiej rozmawia o. Waldemar Gonczaruk CSsR



O. Waldemar: Pani Danuta Borowska z Gorzowa, która w tragedii smoleńskiej straciła dwie osoby. Dziewięć miesięcy to jest czas kiedy dziecko przychodzi na świat. Przez dziewięć miesięcy rozwija się pod sercem swojej matki. Dziewięć miesięcy minęło od tej tragicznej daty, a my wciąż nie wiemy dlaczego. Prawda się jeszcze nie urodziła.

Danuta Borowska: Czuje żal, ogromny żal do państwa. Szczerze mówiąc wyobrażałam sobie to wszystko zupełnie inaczej. Wyobrażałam sobie, że państwo stanie na wysokości zadania. Państwo, mówię tutaj o rządzie, o konkretnych osobach, staną na wysokości zadania i zrobią wszystko tym bardziej, że na pokładzie samolotu był pan prezydent i katastrofa zostanie wyjaśniona. Czekałam cierpliwie. Nie mieszałam się w sprawę śledztwa, uważałam, że tak będzie najlepiej. Po dziewięciu miesiącach niestety zmieniłam zdanie, a spowodowała to sytuacja jaka wystąpiła po konferencji pana Millera. Okazuje się, że troszeczkę karmiono nas takimi informacjami które nie są do końca prawdziwe. Będąc na spotkaniu w Warszawie z panem Premierem Tuskiem, sam wtedy przyznał się, że tak naprawdę nikt z polskiej strony nie wystąpił do Rosji o to, żeby wspólnie prowadzić śledztwo. Wziął na siebie odpowiedzialność polityczną. Szczerze mówiąc, do tej pory nie wiem na czym ona miałaby polegać i myślę, że nikt z nas tutaj nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Proszę księdza, dla mnie w tej chwili nie jest ważne kto odpowiada za tę katastrofę. Czy będą to osoby z naszej polskiej strony, czy to będą osoby, które znajdowały się na rosyjskiej wieży nie jest ważne w tym kontekście, że wyjaśnienie katastrofy nie odda mi już syna. Natomiast istotnym jest, żeby ta katastrofa została wyjaśniona i zostały wyciągnięte wnioski, które spowodują, że każdy kolejny lot samolotem będzie o wiele bezpieczniejszy. Nie chciałabym takiej sytuacji jaka powstała po CASIE. Mówiono, że rozbudowano procedury, znowelizowano je, stworzono nowe, a tak naprawdę okazało się, że wszystko sprzątnięto pod dywan. W tym zakresie nie zrobiono nic i trzeba było dwóch lat, żeby wydarzyła się następna katastrofa. Teraz pytam, ile jeszcze poczekamy, ilu ludzi musi zginąć, aby tak naprawdę wzięto się za wyjaśnienie tej sytuacji i spowodowano, że te loty będą bezpieczniejsze.

O. Waldemar: Jak to się stało że dwie osoby z Pani najbliższych, skorzystały z zaproszenia Prezydenta Rzeczpospolitej i udały się na siedemdziesięciolecie mordu katyńskiego?



Danuta Borowska: Tutaj trzeba by było wrócić do historii. Sądzę, że czasami data urodzenia, miejsce urodzenia, miejsce gdzie ludzie mieszkają terminują los człowieka. Można to świetnie przedstawić na przykładzie mojej teściowej. Urodziła się w rodzinie wojskowej, przed wojną a do tego jeszcze na wschodzie. 17 września aresztowano ojca teściowej, wywieziono go do domu o pięknej nazwie „dom oddycha Gorkiego” w lesie katyńskim. Oczywiście wtedy był to już obiekt, który nie przypominał domu wypoczynkowego, a raczej więzienne cele. Zostawił rodzinę na wschodzie czyli żonę, mamę, czwórkę dzieci. Od 17 września do końca grudnia był jeszcze z nim kontakt. Przesyłał jakieś wiadomości. Wiadomo podlegały one cenzurze, ale rodzina wiedziała że ojciec żyje. Któregoś wieczoru roku 1940 zapukało do drzwi wojsko, tylko, że już nie w polskich mundurach i kazano im się spakować w ciągu pół godziny. Czwórka dzieci, starsza osoba i żona tego oficera, który tam zginął w Katyniu, zostali wywiezieni na Syberię. Moja teściowa spędza tam sześć swoich najpiękniejszych lat. Kończy 11 rok życia. Powinna się wtedy uczyć, poznawać nowych ludzi, bawić się, a ona musi pracować przy wyrębie, wykarczowaniu lasu gdzieś w Cegielni. Wraca i naprawdę pielęgnuję tą pamięć o ojcu. W Gorzowie powstają Rodziny Katyńskie. Jest przewodniczącą później vice-przewodniczącą tej rodziny. Działa też w Sybirakach w różnych organizacjach kościelnych. Bardzo mocno się udziela, jest znaną osobą w Gorzowie. Kiedy znalazłam się w tej rodzinie, na temat Katynia nie wiedziałam nic. Dla mnie było to obce pojęcie. Nikt nas tego nie uczył w szkole i w mojej rodzinie, która pochodzi z zachodu. Był to temat tabu. O tym się nie mówiło. Wyszłam za mąż za jej syna. Rodzą się dzieci najpierw Bartosz, dopiero 8 lat później Kamil. Co robi moja babcia? Wciąga w całą tą sytuację moje dziecko najpierw jedno potem kolejne, chce żeby moje dzieci pielęgnowały dalej tą pamięć. Przygotowywała sobie zastępców, bo kiedyś mogło jej zabraknąć. Przekazywała swoją miłość do Polski. Ona naprawdę kochała Polskę i ludzi. Po siedmiu, czy ośmiu latach pobytu na Syberii nie powiedziała złego słowa na rosyjski naród. Ona piętnowała system, który doprowadził do tego, że była na Syberii, że powstawały gułagi, że była to nieludzka ziemia, gdzie ginęło naprawdę dużo ludzi i być może dzięki temu, że babcia tak pielęgnowała tą pamięć moje dzieci zostały w to wciągnięte. Bartosz zaczął także działać w Rodzinach Katyńskich. Przyszedł taki czas 10 lat temu, że babcia była w Katyniu. Wtedy chyba powstał tam pomnik. Już teraz nie pamiętam dokładnej daty. Po dziesięciu latach zapragnęła tam również pojechać. Bartosz zgłosił się, jako drugi chętny bo tak jak już ksiądz zauważył, były dwa miejsca. To miała być krótka wycieczka. W piątek rano wyjechali do Warszawy, mieli przespać noc w hotelu. W sobotę rano był wylot do Katynia. Czekałam na telefon bo umówiłam się z synem że będzie dzwonił w momencie gdy dotrą na miejsce, do Katynia pod pomnik. Zadzwoni jak się czują, da znak, że wszystko jest dobrze. Odbieram telefon, faktycznie jest to po 9.00, tyle że nie dzwoni Bartek a mój drugi syn Kamil. Jestem w stanie, jako matka w głosie dziecka wyczuć pewne zdenerwowanie. Mówi chaotycznie, drżącym głosem. Rozumiem, że coś się jemu stało był wypadek nie samolotowy, a samochodowy. Jeszcze go uspokajałam. Mówiłam: „żyjesz, ze mną rozmawiasz, a z samochodem różne rzeczy mogą się stać. Dziś jest, jutro go nie ma, zawsze można kupić następny.” Syn na to: „Mamo ty nic nie rozumiesz. Włącz telewizor.”To wystarczyło, żeby dotarło do mojej świadomości o co chodzi. To był moment, włączyłam telewizor i szok. Gapienie się, siedzenie i śledzenie informacji na ekranie telewizora, które w zasadzie ciągle się powtarzały, ale człowiek nie był w stanie się po prostu oderwać tym bardziej po tej informacji, że prawdopodobnie 3 osoby przeżyły i są przewiezione do szpitala, którą potem zdementowano. Człowiek miał nadzieję, że wśród tych trzech osób będą moi najbliżsi. Później dopiero uświadomiłam sobie, że każdy z nas tak myślał, ale niestety tak się nie stało. W niedzielę mój młodszy syn wyleciał do Moskwy. Bardzo szybko udało mu się rozpoznać Bartosza i teściową. Byli wśród tych ciał, które nie były za bardzo zmasakrowane. Przywiózł mi go w czwartek.

O. Waldemar: Ile lat mają chłopcy?



Danuta Borowska: Bartosz 31, Kamil 23. Osiem lat różnicy jest między chłopcami, było… trudno mi mówić o Bartku w czasie przeszłym. Nie mogę się do tego przyzwyczaić, że upłynęło aż dziewięć miesięcy i to cała ta sytuacja spowodowała, że właśnie oni a nie inni znaleźli się w tym samolocie. Babcia skorzystała z zaproszenia jednego z panów który zginął, pana Przewoźnika i zabrała mojego Bartka. Nie zmuszała go absolutnie. Pojechał z własnej, nieprzymuszonej woli.

O. Waldemar: By poznać prawdę o tym miejscu jakim jest Katyń, by poznać historię. A my wciąż tej prawdy nie możemy poznać o okolicznościach ich śmierci.



Danuta Borowska: Nie możemy i nie wiem, czy będziemy czekać kolejne 70 lat na to, żeby tą sprawę wyjaśnić. Jak już mówiłam wcześniej, dla mnie, jeżeli chodzi o to kto jest winny, nie ma to znaczenia. Natomiast pragnęłabym z całego serca i życzyłabym sobie i innym ludziom, którzy będą w przyszłości korzystali z lotu czy osobowego czy typowo wojskowego, żeby jednak na naszym przykładzie wyciągnięto wnioski i trzymano się ich.

O. Waldemar: A czy forma próby odszkodowań, propozycja, którą ostatnio zaproponowano państwu, rodzinom osób, które zginęły w tej katastrofie jest formą odpowiednią?



Danuta Borowska: Proszę księdza samo to, że zaproponowano odszkodowania nie jest nic uwłaczającego tym rodzinom. Natomiast uważam, że sposób przekazania tej informacji, komunikowania o tym na szklanym ekranie, na pasku, że rodziny dostaną tę kwotę uważam to za bardzo bulwersujące. Pomyślałam o tym w ten sposób, że być może ktoś celowo zinterpretował to w ten sposób, żeby wzbudzić zazdrość może nienawiść, bo już powstają plotki. Z drugiej strony u mnie urodziło się dwoje bliźniaczków i teraz myślę sobie: ludzie są przeróżni i czy tylko ta informacja, że w rodzinie pojawią się kolejne pieniążki nie może spowodować takiej sytuacji, że ja będę teraz drżała o swoje dziecko, bo komuś przyjdzie coś głupiego do głowy, czy państwo sobie z tego zdaje sprawę? Chyba nie do końca. Ta forma przekazania tego zadośćuczynienia czy odszkodowania powinna się odbyć w cztery oczy między rodzinami. Państwo ma prawo poinformować opinię publiczną, że takiego odszkodowania udzieliło, ale nie informować aż w takich ogromnych szczegółach.

O. Waldemar: Ale gdyby były spełnione wszystkie wcześniejsze procedury zabezpieczające lot?



Danuta Borowska: Odszkodowanie nie było by potrzebne. Wystarczyłoby tylko ten samolot ubezpieczyć i wtedy nie państwo… Państwo się tym nie przejmuje tu chodzi o to, że ludzie nie ci ludzie, którzy są w rządzie, nie musieliby się teraz martwić odszkodowaniami. Wtedy od tego byłby ubezpieczyciel, gdyby zachowano wszelkie procedury, gdyby ich przestrzegano, gdyby też nie traktowano tej kabiny pilotów jak deptaku w Ciechocinku gdzie każdy może sobie robić co chce, prawdopodobnie samolot by wylądował, gdyby jeszcze przygotowano zastępcze lotnisko.

O. Waldemar: Bardzo dziękuje za rozmowę. Pani Danuta Borowska z Gorzowa, która straciła zarówno syna, jak i babcię, teściową w tragicznym niedokończonym locie. Dziękuje i Szczęść Boże.




Danuta Borowska: Szczęść Boże.

 

drukuj