Felieton „Spróbuj Pomyśleć”


Pobierz Pobierz

Szczęść Boże!

Nie ma pieniędzy na podwyżki dla lekarzy. Członkowie rządu z premierem i wicepremierami na czele, koalicja i korzystająca z niebywałej okazji opozycja powtarzają bez zająknięcia: lekarzom należy się więcej, płace lekarzy są niesprawiedliwie niskie, za ciężką i odpowiedzialną pracę trzeba lekarzy właściwie wynagradzać. I tu jest dowód na zmianę myślenia rządzących w Polsce. Na zmianę w stosunku do wczesnych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Z programu studiów lekarskich, już nie pamiętam na którym roku, wynikał wtedy obowiązek uczestnictwa w zajęciach z filozofii. Prowadzący te zajęcia zapiekli teoretycy marksizmu czasami zapraszali praktyków marksizmu-leninizmu, dzięki czemu raz mojej grupie przytrafiło się wysłuchać wystąpienia samego sekretarza ds. nauki Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Figura to była wysoko postawiona w aparacie faktycznej władzy PRLu i wypowiadane przez takiego wielmożnego pana słowa znaczyły dokładnie to, co było doktryną ówczesnej władzy. Trzeba przyznać, że komunistyczna nowomowa, choć w swoich intencjach z gruntu załgana, była bardziej składna od obecnego bełkotu polityków. Zresztą wtedy politycy w Polsce nie występowali, bo i po co w totalitaryzmie politycy. Byli za to aparatczycy przybliżający masom jedynie słusznie decyzje przyjęte przez ostatni zjazd partii. W zakładach pracy, w PGR-ach i na uczelniach jakieś niezliczone rzesze żołnierzy frontu propagandy wyjaśniały robotniczym aktywistom i studenckim warchołom sytuację społeczno-ekonomiczną PRLu i przekonywały, że to co ludzie uważają za złe, jest „wedle” partii dla nich dobre. W odróżnieniu od indoktrynacji płynącej z radia i telewizora, podczas takiego spotkania z żywym wcieleniem władzy ludowej można było stawiać pytania. Korzystając więc z obecności tak wysoko postawionego aparatczyka PRLu na naszym seminarium z filozofii, zadałem pytanie czy będą podniesione płace lekarzy. W odpowiedzi padło coś w rodzaju pogróżki: „do końca studiów macie jeszcze dużo czasu” i stwierdzenie, które do dzisiaj pojawia się w połajankach udzielanych lekarzom, ale dopiero teraz po raz pierwszy w powojennej historii Polski przestało być doktryną państwową: „my wiemy, że lekarze i tak mają bardzo dobrze, bo biorą łapówki i dlatego nie podnosimy im pensji”. Przekonanie, że lekarzom nie należy się płaca godna ich pracy, bo prawdziwe wynagrodzenie otrzymują w szarej strefie, warto zderzyć z sytuacją lekarza spod Hrubieszowa, któremu za przyjęcie przed sześciu laty prezentu w postaci 3 kilogramów wieprzowiny policja grozi ośmioma latami więzienia. Objęta tajemnicą lekarską dokumentacja pacjentów ośrodka zdrowia w gminie Dołhobyczów została skserowana przez czterech policjantów i jej zawartość nie jest już intymną wiedzą człowieka o samym sobie, który jako pacjent szukający pomocy dzieli się nią z wybranym lekarzem. Ktoś powie, że skoro skserowano dokumentację lekarską pacjentów pełniącego rolę lecznicy rządowej szpitala MSWiA przy ul. Wołoskiej w Warszawie, to przypadek pogwałcenia tajemnicy lekarskiej w Dołhobyczowie jest wagi marginalnej: tu wyniesiono przeszłość chorobową polityków z pierwszych stron gazet, a tam mieszkańców maleńkiej gminy na wschodnich kresach. A jednak wbrew obłąkańczej wizji świata należy stanowczo bronić prawa każdego, ale to każdego człowieka do pomocy lekarza bez ryzyka złamania tajemnicy lekarskiej. Dochowanie tajemnicy przez spowiednika, adwokata i lekarza jest gwarantowane etyką osób powołanych do udzielania pomocy ludziom w potrzebie, ludziom, którzy sami z własnej nieprzymuszonej woli dokonują wyboru pomiędzy zachowaniem swoich tajemnic dla siebie, albo też dzielą się nimi z innym człowiekiem w przekonaniu, że uzyskają od tego człowieka oczekiwaną pomoc. Szacunek dla jednostki ludzkiej wymaga bezwzględnego zachowania tajemnicy konfesjonału, kancelarii adwokackiej i gabinetu lekarskiego. Zakładanie podsłuchów i montowanie kamer w tych miejscach to krok następny na drodze odbierania ludziom człowieczeństwa. Do kompletu pozostanie umieszczenie każdemu pod skórą, n. p. szyi, chipa z danymi identyfikującymi. Jak psu.

Wszystkie dramatyczne sytuacje w polskiej medycynie rozgrywają się w jej systemie publicznym. Potwornie ciężkie zarzuty, oskarżenia o przestępstwa czy też ich podejrzenia, łamanie tajemnicy lekarskiej, energiczne ingerencje policji i prokuratury, wyniki kontroli ujawniających bezczelne okradanie Narodowego Funduszu Zdrowia, pohukiwanie bądź łaszenie się polityków, bulwersujące materiały dziennikarzy dochodzeniowych niemal wyłącznie dotyczą systemu publicznej opieki zdrowotnej. Nie ma zadowolonych. Pacjent, idąc do przychodni lub szpitala, nie wie czy uzyska pomoc, a raczej wie na pewno, że z takiego czy innego powodu jej nie uzyska na czas. Lekarz, wychodząc do pracy, nie wie, czy wróci do domu, czy też w kajdanach będzie zawieziony do aresztu na wiele miesięcy. Strajkujący lekarze nie otrzymują podwyżek, a słyszą opinie, że powinni zrezygnować z żądań i nie odchodzić od łóżek pacjentów, bo to nieetyczne. W tej sytuacji czas wrócić do korzeni. Rzeczywiście, fundamenty szpitalnictwa oparte są chrześcijańskie miłosierdzie. Bogaci leczyli się w domu, w razie potrzeby posyłali po cyrulika, aby upuścił im krwi. Jeszcze bogatsi ściągali sławnych lekarzy z całego świata, podejmowali najdroższe i najmodniejsze w swoim czasie próby ratowania zdrowia i życia. Ubogim pozostawały szpitale prowadzone przez zakony. I tam znajdowali serdeczną opiekę, duchową pociechę i śmierć w warunkach godnych człowieka. W miarę rozwoju medycyny coraz częściej dochodziło do wyleczeń i szpitale stały się miejscem przywracania zdrowia, obecnie o niemal gwarantowanej – w wyobrażeniu wielu – skuteczności. Ponieważ władze nie radzą sobie z podziałem danin obywateli, którym za oddawane składki i podatki nie zapewniają zaspokojenia podstawowych potrzeb, zrezygnujmy z bezdennej studni Narodowego Funduszu Zdrowia i kosmicznych kosztów jego obsługi, zostawmy w swoich kieszeniach tę część podatków, którą władze miały przeznaczyć na leczenie, ale tego nie robią i sprywatyzujmy medycynę w całości. Niech majątek publiczny, będący dorobkiem pokoleń Polaków, czyli obiekty wraz z wyposażeniem, pozostaną w zarządzie administracji państwowej czy samorządowej, ale lekarze niech będą zatrudniani albo na warunkach rynkowych, w końcu nie są majątkiem publicznym, choć niektórym zdają się być niewolnikami, albo też niech zgłaszają się do pracy nieodpłatnej, czysto charytatywnej, na którą na pewno znajdą czas, mając wystarczające wynagrodzenie. Oczywiście, charytatywnych świadczeń na rzecz szpitali należy bezwzględnie spodziewać się także po dostawcach leków, sprzętu medycznego, energii elektrycznej, gazu, wody, żywności…

Z Panem Bogiem

dr Zbigniew Hałat

drukuj