Felieton „Myśląc Ojczyzna”


Pobierz Pobierz

Z dystansu

Szanowni Państwo!

Ostatnie dni dostarczyły nam tylu emocji, że wystarczyłoby ich z powodzeniem na cały rok. Gwałtowne spory rozgorzały nie tylko na ulicach, ale nawet w kręgach przyjaciół i w rodzinach. Temperatura tych sporów pokazuje, że dotyczą sprawy bardzo dla ludzi ważnej. W przeciwnym razie nikt by się tym specjalnie nie przejmował, a cóż dopiero – wykłócał. Warto to zauważyć i docenić, bo te spory są najlepszym dowodem, iż sprawy Kościoła, kształt katolicyzmu i wreszcie – kondycja warstwy przywódczej naszego społeczeństwa – nie sa ludziom obojętne. Widać wyraźnie, że z patriotyzmem nie jest u nas aż tak źle, jakby się z pozoru wydawało. Okazuje się, że jest on nadal żywy, a co więcej – że obejmuje wszystkie warstwy naszego społeczeństwa. Jest więc do czego się odwoływać i na czym budować.

Żeby było jasne – to stwierdzenie dotyczy obydwu stron tego sporu, bo nie ma co ukrywać, że ma on – bo musi mieć – jak zresztą każdy spór – co najmniej dwie strony. Ci, którzty bronili księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa i wyrażali żal z powodu jego rezygnacji, kierowali się – jak przypuszczam – kilkoma motywami jednocześnie. Po pierwsze – oskarżenia wysunięte wobec księdza arcybiskupa uznali za oszczerstwa – co było oczywiste w świetle jego zaprzeczeń. Postawa solidarności z biskupem jest czymś zupełnie oczywistym i niepokojące byłoby dopiero to, gdyby się nie pojawiła. Po drugie – w działaniach oskarżycieli dopatrywali się wrogich Kościołowi intencji. Takie podejrzenia były jak najbardziej usprawiedliwione w sytuacji, gdy ostentacyjną troskę o pion moralny Kościoła zaczęły nagle wykazywać media nie bez powodu posądzane o powiązania z komunistycznymi służbami specjalnymi, a zwłaszcza – z wywiadem wojskowym PRL, który tak naprawdę został rozwiązany dopiero 30 września ubiegłego roku. Po trzecie – ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus znany był z poglądów wyrazistych i bliskich sercom ludzi przywiązanych do tradycji. W oskarżeniach przeciwko niemu dopatrywano się próby zablokowania mu możliwości większego oddziaływania na kształt polskiego, a nawet europejskiego katolicyzmu, jaką zyskałby będąc metropolitą warszawskim. I wreszcie – po czwarte – ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus był zawsze życzliwy dla Radia Maryja i związanych z nim środowisk – więc nic dziwnego, że zarówno rozgłośnia, jak i związane z nią środowiska, opowiedziały się w tym momencie za nim. Wdzięczność jest cechą szlachetną, a przyjaciół poznaje się w biedzie.

Druga strona w tym sporze też ma swoje ważne powody. Po pierwsze – na skutek oporu środowisk niechętnych, a nawet wrogich lustracji, Polska jest jedynym krajem – jeśli oczywiście nie liczyć Rosji i Białorusi – w którym tak naprawdę nie została ona przeprowadzona. W rezultacie funkcjonariusze dawnej komunistycznej bezpieki zyskali możliwość swobodnego wykorzystywania dla własnych, a może jeszcze jakichś innych celów, zdobytej kiedyś wiedzy i mogą, jak to się mówi, „grać teczkami” aż do dnia dzisiejszego. Po drugie – od pogrzebu Jana Pawła II zaczęło pojawiać się coraz więcej sygnałów o współpracy księży, zakonników, a nawet biskupów ze Służbą Bezpieczeństwa. W wielu przypadkach zarzuty się potwierdziły, niekiedy nawet w sposób spektakularny. Mogło to wzbudzić uzasadnione podejrzenia, ze spory wewnątrz Kościoła są rozstrzygane przy udziale dawnych oficerów prowadzących. Po trzecie – pojawienie się zarzutów wobec księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa w sytuacji, gdy miał on objąć stanowisko metropolity warszawskiego, mogło w tych okolicznościach wzbudzić uzasadnione podejrzenia, że oto razwiedka, za pośrednictwem swoich agentów, próbuje przejąć ręczne sterowanie polskim Kościołem i w ten sposób pozbawić naród polski wszelkiego przywództwa w bardzo delikatnym i ważnym momencie naszej historii. Te podejrzenia – po czwarte – były dodatkowo uzasadnione choćby faktem, że – mimo istnienia zgodnego i jasnego stanowiska biskupów w sprawie lustracji – zagadkowe „coś” skutecznie ją dotychczas blokowało. Sprzyjało to wrażeniu, że agentura w Kościele jest silniejsza i bardziej wpływowa, niż początkowo można było sądzić. Jak widzimy, motywacje drugiej strony sporu też są ważne i podyktowane troską o losy Kościoła i narodu.

Do tego trzeba jednak wspomnieć również o trzeciej stronie, a właściwie – o trzecich stronach tego sporu. Wiele osobistości i wiele środowisk usiłuje wykorzystać tę sytuację do upieczenia własnej pieczeni. Przykładem niech będzie „Gazeta Wyborcza” – organ przeciwników lustracji – która liczy dziś na pozyskanie dla swojej polityki i swoich celów również hierarchii i całego Kościoła. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji emocje sięgają zenitu i utrudniają rozeznanie.

Widać to choćby na przykładzie stosunku do mediów. Owszem, media w Polsce nie są bezstronne. Owszem, media w Polsce są uwikłane w rozgrywki polityczne. To wszystko prawda, ale prawdą jest też, że innych mediów nie mamy i obawiam się, że nie będziemy mieli. Media jednak są tylko zwierciadłem. Jeśli nasze odbicie w zwierciadle nam się nie podoba, to rozbicie zwierciadła niczego nie zmieni, bo coś brzydkiego musi być w naszej twarzy, a nie w zwierciadle. Wprawdzie media w Polsce są często zwierciadłem krzywym, które odbicie zniekształca, ale każde – w inny sposób, więc nawet w tych warunkach możemy jednak jakoś się przejrzeć. Inna sprawa, że koledzy dziennikarze powinni powściągnąć triumfalizm, bo – po pierwsze – nie ma się z czego cieszyć, a po drugie – pycha jest złym doradcą.

Powściągnijmy tedy emocje i spróbujmy spojrzeć na sytuację z dystansu. Kryzys, który musiał rozładować sam Benedykt XVI pokazuje, ze lustracja jest konieczna, ale nie tylko w Kościele, a w ogóle, w państwie. Po drugie – że „gruba kreska” była błędem, który trzeba jak najszybciej naprawić, jeśli nie mamy stać się obiektem czyichś manipulacji. Po trzecie jednak – musimy przy tym wszystkim uważać, by w najlepszych intencjach nie zniszczyć narodowej warstwy przywódczej, byśmy się nawzajem nie pozagryzali.

Szczęść Boże!

Stanisław Michalkiewicz

drukuj