Artykuł „Deprawacja pod szyldem edukacji” z Naszego Dziennika
Potraktowanie erotyki jako czegoś zewnętrznego dla osoby i
niezwiązanego istotnie z rodzicielstwem, czyli zdolnością bycia ojcem czy matką,
jest podstawowym błędem antropologicznym i moralnym, który uniemożliwia
zrozumienie sensu sfery aktywności płciowej. Ten błąd właśnie leży u podstaw
teorii „edukacji seksualnej” sprowadzającej seksualność do działania
przynoszącego przyjemność. Innymi słowy, jest to zredukowanie relacji seksualnej
do poziomu zwierzęcego. Należy bezwzględnie położyć temu kres.
Pewne organizacje podejmują nieustane wysiłki promowania seksu pod każdym
pretekstem i przy każdej okazji. Jednocześnie z wielką siłą atakowane są
Kościół, rodzina i wszelkie wartości moralne, na których zbudowana została nasza
cywilizacja.
Rada Europy biedzi się na przykład nad dwoma (a nawet trzema)
dokumentami, z których pierwszy ma zapewnić absolutną równość między różnymi
formami „seksualnej autoekspresji”, a drugi ma zagwarantować prawo do aborcji
jako metody redukcji liczby ludności. Druga niezwykle gorliwa organizacja to
IPPF (Międzynarodowa Federacja Planowanego Rodzicielstwa). Jej nowy dokument
domaga się wszechstronnej „edukacji seksualnej” od 10. roku życia. Niezłomnie
zabiega ona o powszechne zatwierdzenie „praw seksualnych” jako niezbędnej
podstawy do szczęścia jednostek i społeczeństwa, walcząc równocześnie z
Kościołem katolickim, który stanowi podobno główną zaporę na drodze do
seksualnego raju na ziemi.
Mit edukacji seksualnej
IPPF ma ogromny tupet i niebywałe poczucie własnej ważności, ponieważ odważa
się rozkazywać rządom wszystkich państw, ich ministrom i władzom szkolnym, aby
wprowadzały obowiązkową „edukację seksualną” dla wszystkich dzieci oraz by
zapewniły im dostęp do „usług i środków”, jakich podobno pragną i potrzebują. Ta
edukacja ma odwrócić tradycyjne role przypisywane kobietom i mężczyznom i
zmienić oblicze społeczeństwa. Oznacza to permanentną rewolucję seksualną, z
której wciąż nie może się wygrzebać tzw. świat cywilizowany. Jest czymś
zdumiewającym, jak można całość życia ludzkiego zamknąć w kręgu „seksu”
oderwanego zarówno od moralności, jak i od samego człowieczeństwa. Na dodatek
robić z tego ideologię, którą się narzuca całemu światu.
5 lutego, w dniu św.
Agaty Dziewicy i Męczennicy, Onet.pl zamieścił materiał, który bardzo dokładnie
ilustruje, jakie są owoce „edukacji seksualnej”. Paulina ze Strzegomia umieściła
w internecie swoje „zwierzenia szesnastolatki” ilustrowane krótkim filmem
nakręconym przez jej koleżankę przy pomocy telefonu komórkowego. Paulina
referuje w nim przebieg przygody seksualnej, jaką przeżyła w parku z chłopakiem
o imieniu Michał mniej więcej przed rokiem. W czasie, gdy doszło do tej
„przygody”, Paulina była uczennicą gimnazjum. Styl opisu, słownictwo, cynizm,
ohyda i okrucieństwo, z jakim się pastwi nad chłopakiem, który podobno miał
„kłopoty” w wykonaniu aktu seksualnego, obnażają niespotykaną nędzę moralną
dziewczyny, która wtedy mogła mieć najwyżej 15 lat. Kiedy chłopak dowiedział
się, jaki film o nim krąży po internecie, nie wytrzymał psychicznie i się
powiesił. Ten fakt obudził policję, która zaczęła się zastanawiać nad
ewentualnym związkiem między śmiercią młodego człowieka a kompromitującym go
filmem w sieci. Całe to wydarzenie zawiera pewne cechy analogiczne do tragedii,
do której doszło kilka lat temu w pewnej szkole w Gdańsku, kiedy dziewczyna
brutalnie molestowana w klasie przez gromadę „kolegów” również popełniła
samobójstwo. Kiedy z głębi duszy ludzkiej podnosi się krzyk zranionej godności,
nie każda psychika może to znieść. Chyba że wcześniej dokonano radykalnej
deprawacji człowieka, wskutek czego staje się on nieczuły na głos sumienia i na
protest duchowy w postaci wstydu.
To, co zrobiła Paulina ze Strzegomia i co
zrobili „koledzy” Ani w Gdańsku, jest doskonałą ilustracją tego, do czego
prowadzi tzw. edukacja seksualna. Jest to bowiem „edukacja”, która odrywa
„doświadczenie seksu” od etyki, traktując ciało człowieka naznaczone płcią jako
obiekt manipulacji i instrument do dowolnego wykorzystania, bez żadnego
odniesienia do moralności. Dziewczyna, która dowiedziała się na zajęciach z
„edukacji seksualnej”, „jak się robi seks”, chciała po prosu wypróbować
praktycznie uzyskaną w szkole wiedzę. Czy na przykładzie tym nie widać jasno,
gdzie tkwi źródło zła?
Zachodzi istotna różnica między wychowaniem człowieka
do odpowiedzialnej miłości, która posiada kształt małżeństwa, a „edukacją
seksualną”, która jedynie uczy, jak uzyskać „przyjemność” seksualną, unikając
zarazem „przykrych” konsekwencji, np. w postaci poczęcia dziecka. Miłość
małżeńska jest rzeczywistością świętą, i dlatego opiera się na czystości
chrześcijańskiej, która jest postawą afirmującą świętość ciała ludzkiego i
oczywiście świętość symbolu „jednego ciała”, którym jest małżeństwo. Ta
afirmacja świętości jest związana z tym, że małżeństwo istnieje w relacji do
Boga, który powołuje małżonków do rodzicielstwa, stanowiącego służbę Bogu w
realizacji Jego planu stwórczego. Ten wymiar rodzicielski jest w sposób
wewnętrzny i istotny związany z rzeczywistością płci, płeć zaś jest istotnie i
wewnętrznie związana z tożsamością osoby jako podmiotu powołania, stąd
postępowanie człowieka w tej dziedzinie jest w sposób konieczny nacechowane
relacją do normy moralnej.
Rada czy bezradność Europy?
Tego rodzaju „filozofia” seksu, oderwanego od moralności i człowieczeństwa,
znajduje się także u podstaw dokumentów, które miały być przedmiotem debaty w
Radzie Europy. Informacje podane na ich temat przez agencję „Zenit” są trochę
niespójne. Autor jednej relacji Jesus Colina mówi o dwóch dokumentach, z których
pierwszy zwraca się przeciw „dyskryminacji” z powodu różnej „orientacji
seksualnej”, drugi poleca dokonać redukcji demograficznej także poprzez aborcję.
Później pojawiła się wiadomość o trzecim jeszcze dokumencie, o czym za
chwilę.
Gregor Puppinck, specjalista w dziedzinie prawa europejskiego, który
udzielił wywiadu agencji „Zenit”, powiedział, że w pierwszym dokumencie chodzi o
propozycję uchwały mającej na celu zlikwidowanie wszelkiej dyskryminacji ze
względu na „orientację seksualną”, czyli ma on prawnie i społecznie zrównać
małżeństwo heteroseksualne ze związkami gejów, lesbijek, osób określonych jako
„biseksualne” i „transseksualne”, zapewniając wszystkim dostęp do adopcji i do
sztucznego zapłodnienia. Celem więc tej propozycji jest ustanowienie równości
tych różnych form „orientacji seksualnej” co do ich natury i aspektu
„moralnego”. Ten ostatni jest pojmowany tu jako nieistniejący, ponieważ
przyjmuje się z góry, że wszystkie te wymienione formy są „neutralne moralnie”,
co w konsekwencji uderza także w małżeństwo.
Autor wywiadu zauważa jednak, że
dążenie do zlikwidowania dyskryminacji w takim kontekście ideologicznym mija się
z celem, ponieważ w samym założeniu nie ma żadnej różnicy między tymi formami, a
więc nie ma żadnego elementu aksjologicznego, który wprowadzałby jakąś różnicę w
ocenie etycznej jakości którejś z form. W rezultacie deklarowany cel polegający
na dążeniu do zlikwidowania dyskryminacji jest zasłoną dymną ukrywającą istotny
cel uchwały: jest nim zniesienie prawa do wyrażania własnej opinii i własnej
oceny jakiejś konkretnej formy „seksu”. Jest to więc uderzenie w podstawowe
prawa człowieka, a zwłaszcza Kościoła czy w ogóle grup religijnych, ponieważ
Kościół nie może zrezygnować z nauczania prawdy moralnej o powołaniu mężczyzny i
kobiety. Pan Puppinck stwierdza nadto, że „zanegowanie wymiaru moralnego
ludzkiej seksualności równa się negacji ludzkiej osoby i w ostatecznej analizie
jest zaprzeczeniem jej ontycznej godności”. W czasie posiedzenia RE, na którym
toczyła się dyskusja nad dokumentem, wysunięto tyle zastrzeżeń i poprawek, że
Rada była zmuszona przełożyć dyskusję na inny termin.
Agencja „Zenit” 1
lutego podała wiadomość, że 27 stycznia odbyła się zaplanowana wcześniej debata
nad bardzo pokrewnym treściowo dokumentem autorstwa delegatki brytyjskiej
Christine McCafferty. Dokument nawiązuje do 15-lecia konferencji w Kairze i
usiłuje przeforsować projektowane wtedy zasady „zdrowia seksualnego i
reprodukcyjnego”. Poważne zastrzeżenia i merytoryczne poprawki do tego dokumentu
wysunęli specjaliści: Luca Volonte i Renato Farina, ale postulaty te zostały
odrzucone i ostatecznie dokument zaaprobowano pięćdziesięcioma głosami
popierającymi przy czternastu przeciw i czterech wstrzymujących się. Autorka
relacji Angela Maria Cosentino nazywa uchwalenie tego dokumentu „koniem
trojańskim wprowadzającym aborcję jako prawo”. Dokument jest sformuowany w
sposób podstępny, ponieważ terminologia „zdrowotna” stanowi parawan, za którym
ukrywają się i są przemycane takie czynności, jak: antykoncepcja, aborcja,
sterylizacja, sztuczne zapłodnienie i dowolna zmiana „orientacji seksualnej”.
Ten cały program narzuca się państwom członkowskim Unii Europejskiej. Autorka
stwierdza, że dokument nie tylko podważa prawidłowo pojętą ochronę zdrowia, ale
przede wszystkim uderza w podstawowe znaczenie bycia osobą, to jest bycia
mężczyzną czy kobietą. Jest to zarazem odrzucenie prawdy o stworzeniu człowieka,
mężczyzny i kobiety na obraz Boży.
Pytanie o granice
Pewna firma troszczy się o deprawację seksualną dziewczynek, dostarczając im
gry komputerowej, w której przyzwyczajają się one do roli prostytutki
(WorldNetDaily, 4 lutego 2010 r.). Chodzi o firmę, która wymyśliła grę
komputerową „My Minx”, w której dziewczynka stroi lalkę i kieruje jej „karierą”.
Lalka flirtuje, dobiera garderobę, współzawodniczy w elegancji, a w
„cocktail-barze” „łapie” klienta. Osoba grająca, czyli dziewczynka, czynnie
angażuje się w grę. Kupuje swojej lalce bieliznę damską, frędzelki (tassels),
prezerwatywy, pigułki przeciwpoczęciowe itd. Później udaje się do
„cocktail-baru”, gdzie spotyka amanta i dobija z nim targu… To wszystko jest
„grą”, ale ta gra urabia dziecko już od wczesnych lat życia. Pewna grupa rodzin
z Wielkiej Brytanii (gdzie gra powstała) wyraziła sprzeciw wobec nieetycznych
aspektów tego przedsięwzięcia. Jednak firma nie przejmuje się zarzutami,
kontynuuje interes, obiecując w przyszłości dalsze „niespodzianki”. Tak więc
„edukacja seksualna” sięga niemal żłobka. Czy nie jest to najbardziej perfidny
spisek przeciw rodzinie i tym samym przeciw ludzkości?
Autorka artykułu o
Paulinie ze Strzegomia Małgorzata Moczulska zapytała Jarosława Zielińskiego,
który na Uniwersytecie Warszawskim zajmuje się wolnością słowa w internecie,
„gdzie są granice wolności słowa w internecie?”. Było to pytanie o to, czy takie
filmy, jak ten pokazujący wyczyny seksualne Pauliny i jej chłopaka, nie powinny
być zakazane. Pan Zieliński udzielił odpowiedzi na dwóch płaszczyznach, jednak
bardzo zwięźle. Najpierw powiedział: „Granice są tam, gdzie jest prawo”. Jest to
typowe ujęcie prawnicze: wszystko wolno, czego prawo nie zabrania. Jednak
trudność pojawia się na linii egzekwowania prawa. Obecnie w praktyce jest to
prawie niemożliwe. Drugą płaszczyzną odpowiedzi jest płaszczyzna etyki: „Granice
są też tam, gdzie jest granica odpowiedzialności ludzi, którzy wrzucają do
internetu komentarze czy filmy”. Ogólnie biorąc, pogląd pana Zielińskiego jest
słuszny, byle zadbać o to, aby płaszczyzna prawa była podporządkowana
moralności.
Kiedy pytanie o wolność ma profil etyczny, możemy stwierdzić, że
granice wolności pokrywają się z granicami tego, co moralnie dopuszczalne.
Etycznie rzecz ujmując, nie istnieje wolność działania w sposób nieetyczny. Poza
granicami etyki nie ma wolności w rozumieniu osobowym, są tylko swawola i
samowola, które nie odpowiadają człowiekowi; jest tylko swoboda zwierzaka
spuszczonego ze smyczy. Podstawą moralnego dobra jest Prawo Boże. Granice
wolności będą wtedy przestrzegane, kiedy będzie respektowane ono przez
wszystkich i we wszystkich życiowych sytuacjach. W społeczeństwie, które chce
zachować ludzki charakter, nikt nie może się czuć „zwolniony” z zachowania
Przykazań Bożych czy zasad i norm prawa naturalnego. Żaden parlament, żaden
rząd, żaden minister, żaden dyrektor, żaden biznesmen, żaden lekarz, żaden
profesor – nikt nie może powiedzieć, że „mnie w tym konkretnym kontekście prawo
Boże nie wiąże”.
Nie możemy narzekać, że jakiś łobuz czy jakaś
zdemoralizowana nastolatka demonstrują w internecie swoją nędzę moralną, kiedy
zachęta do niemoralności płynie z góry i to z samej góry: z ONZ, z Unii
Europejskiej, z parlamentu, z rządu.
Ks. prof. Jerzy Bajda
