Ostatnia encyklika Jana Pawła II

Zaczęło się ostatnim Wielkim Postem tego wyjątkowego pontyfikatu. Wyjątkowego także i dlatego, że od samego początku przesycony był bólem i cierpieniem. Swoisty wyraz znalazło to w stwierdzeniu, że rzymska Klinika Gemelli stała się cząstką Watykanu, choć i Watykan raz po raz stawał się papieskim szpitalem. Dlatego nie będzie przesadą nazwać pontyfikat Jana Pawła II „drogą przez mękę”. Nic więc dziwnego, że jednym z jego ważnych dokumentów był list apostolski „Salvifici Dolores” – o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia (11 lutego 1984 r.). Ojciec Święty pisał w nim o tym, co sam przeżył w klimacie zjednoczenia z cierpiącym Chrystusem.

I to był chyba pierwszy paragraf tej swoistej encykliki o ludzkiej męce, tyle że dalszy jej ciąg został dopisany, ale już nie piórem przy biurku. Następne jej paragrafy znaczone były zgoła inną czcionką, bo literą przeżywanej śmiertelnej choroby.

Na łożu śmierci – „wielkie tygodnie” umierania
Zaczęło się to w połowie lutego uciążliwym zabiegiem tracheotomii. Ksiądz kardynał Stanisław Dziwisz krok po kroku pokazuje przebieg tego bolesnego etapu (Świadectwo, s. 220 nn). Ograniczenia głosowe spowodowane zabiegiem tracheotomii były dużym zaskoczeniem. Było dramatyczne i wzruszające przeżywanie Drogi Krzyżowej w Colosseum, były dwie próby przemówienia z okna apartamentów, były rozliczne nużące zabiegi lekarskie i niedogodności choroby osiągającej kulminacyjny moment. Ale to wszystko przesycone było klimatem modlitwy, codziennej Mszy św. odprawianej przy Jego łożu boleści. Sakramentu chorych Papieżowi udzielił ks. kard. Marian Jaworski. Odmawiany był codzienny brewiarz, czytane było Pismo Święte.
W tygodniu po Wielkanocy było widać, że Ojciec Święty Jan Paweł II odchodzi, Jego ziemskie życie dobiega kresu. Wyraźnie zbliżał się czas pożegnania. Przychodzili wszyscy przedstawiciele Watykanu z ks. kard. Józefem Ratzingerem na czele. Przychodzili wierni gwardziści, przyszedł kamerdyner Angelo Guget, fotograf Arturo Mari. Otaczali Go najbliżsi: ks. abp Dziwisz, ks. abp Ryłko, ks. prałat Mokrzycki, ks. prof. Styczeń, zapłakane siostry sercanki i inni, których wymienił ks. abp Mokrzycki (Najbardziej lubił wtorki, s. 166 nn).
Tak było za rozświetlonymi oknami apartamentów papieskich. A co się działo na zewnątrz: w świecie, Kościele, w Polsce, na placu św. Piotra? Tam wszędzie też pisała się encyklika o umieraniu, chrześcijańskim umieraniu Papieża Jana Pawła II. Te wszystkie kręgi były poruszone, mniej lub bardziej zamyślone… W Polsce… Pamiętamy: ucichły swary, zapadła cisza. Kraj popadł w świętą zadumę. W Watykanie plac św. Piotra oddychał troską i rozmodleniem. Nie wiedziano dokładnie, co za tymi oświetlonymi oknami apartamentów papieskich się dzieje.

Na drodze do Domu Ojca
Od drugiej nieudanej próby udzielenia głośno błogosławieństwa w środę po Wielkanocy, po audiencji generalnej wydarzenia nabrały dramatycznego tempa. Systematyczne komunikaty o stanie zdrowia chorego Papieża sygnalizowały, że zbliża się śmierć. W czwartek, poza codzienną Mszą św. i brewiarzem, była jeszcze tradycyjna Godzina Święta, a w piątek Droga Krzyżowa. Oddajmy w tym miejscu głos najważniejszemu świadkowi tego momentu, ks. kard. Dziwiszowi:
„Piątek był dniem modlitwy. Odprawialiśmy Mszę Świętą, Drogę Krzyżową, trzecią Godzinę Liturgii Godzin, Tadeusz Styczeń, bliski przyjaciel Karola Wojtyły przeczytał kilka fragmentów Pisma Świętego… Nastąpiła sobota, 2 kwietnia… W pokoju panowała atmosfera wielkiej pogody ducha… Nadal był przytomny… Poprosił, aby przeczytano mu Ewangelię św. Jana… Ks. Styczeń… przeczytał dziewięć rozdziałów… W książce został naznaczony punkt, w którym zatrzymała się lektura i punkt, w którym zgasło Jego życie…” (Kard. Dziwisz Stanisław, Świadectwo. s. 227-8).
Tak było „tam”, „wtedy”, 2 kwietnia 2005 r. o godz. 21.37. Zgasło światło w oknach papieskich, rozdzwonił się żałobny watykański dzwon. A na pl. św. Piotra kłębił się tłum ludzi we łzach, świętej zadumie, gorącej modlitwie, ludzkiej jedności. Tam też dokonywało się to pisanie encykliki o papieskim umieraniu, budzącym tę wyjątkową atmosferę tak Watykanie, jak i w osieroconej Polsce, na całym świecie.

Ostatni rozdział: pogrzeb stulecia
Rzym ogarnęła gorączka: kto żyw chciał po raz ostatni zobaczyć się z Papieżem, którego ciało spoczywało na katafalku w Bazylice św. Piotra. Niekończące się kolejki wiernych pragnących przejść obok Ojca Świętego, pomodlić się przy nim. Na pogrzeb ciągnęli ludzie z całego świata – wielcy i mali, ustawiały się telewizje i rozgłośnie radiowe. Świat na tę parę dni zapomniał o ekonomii, polityce, problemach społecznych, a zamyślił się nad tą trumną, nad umieraniem i śmiercią. I to też było pióro, które dopisywało ten swoisty dokument Jana Pawła II.
Ostatni paragraf tej dziwnej encykliki napisany został w dzień pogrzebu, 8 kwietnia 2005 roku.
Plac św. Piotra jest zapełniony po brzegi. Jest reprezentacja Ludu Bożego z różnych zakątków świata, osoby zakonne i kapłani, jest bogata reprezentacja światowego Episkopatu, jest prawie w komplecie Kolegium Kardynalskie z przewodniczącym ks. kard. Josephem Ratzingerem. Po drugiej stronie ołtarza, przy którym stoi trumna z księgą Pisma Świętego na wierzchu, jest sektor wielkich tego świata, mężów stanu, polityków, uczonych. Mszy św. przewodniczy i wygłasza wielką homilię żałobną były współpracownik zmarłego Papieża, a niebawem Jego następca. Trwa Msza św. pogrzebowa, dużo liturgicznego śpiewu, różnych obrządków. No i ta księga Pisma Świętego, którą kartkuje podmuch wiatru. Czy to dalszy ciąg tego, co przy śmierci Papieża się działo na życzenie umierającego? Wieczne Miasto wypełnione jest modlitewną zadumą i cichym żalem, że to życie na ziemi osiąga swój kres.
Jeszcze tylko żałobny pochód składający się z ubranych na czarno służb Watykanu, poprzedzany przez jego domowników: księża sekretarze osobiści: biskup Stanisław i prałat Mieczysław, no i ta „piątka” wiernych aż do końca sióstr sercanek. Pożegnalny śpiew podczas uroczystości pogrzebu stulecia zlewa się z pomrukiem krążących nad Rzymem samolotów patrolujących tę świętą dzisiaj przestrzeń powietrzną…

Ks. kard. Stanisław Nagy SCJ

drukuj