fot. Facebook

Bóg się rodzi. Historia Rafała, w śmietniku usłyszał o miłości Jezusa

Był uzależniony od narkotyków i alkoholu. Ewangelizatorzy Przystanku Jezus znaleźli go w śmietniku. Modlili się za niego. Usłyszał od nich, że Bóg kocha. Stoczył walkę o to, by zmienić swoje życie. „Ludzie w ciężkim upadku uważają, że nie zasługują na Jezusa, ale to właśnie On potrafi nas zmieniać, bez Niego byłoby to niemożliwe” – mówi Rafał Gajkowski, dziś szczęśliwy ojciec czwórki dzieci. Dumny, że ma rodzinę. Wdzięczny, że jego dzieci żyją. Franek i Szymon mieli nie przeżyć porodu.

W ramach Adwentu proponujemy Państwu cykl rozmów z ludźmi, których historię i życie odmieniło wyjątkowe doświadczenie Boga. Kieruje nami głębokie przekonanie, że Jezus, który narodził się 2 tys. lat temu, nie porzucił człowieka. Potrafi narodzić się w ludzkiej historii, w życiu, które pozornie wydaje się przegrane. Dlatego nasz cykl zatytułowaliśmy „Bóg się rodzi”.


RadioMaryja.pl: Sięgasz często do Pisma Świętego?

Rafał Gajkowski: I tu pojawia się problem.

Dlaczego?

Wiadomo, że codziennie gdzieś dociera do mnie Słowo. Nie jest jednak tak, jakbym chciał. A chciałbym siadać przy Biblii. Poświęcić temu czas. Nie zaglądać tylko do smartfona i tam szukać.

Ale masz pewnie takie fragmenty, do których wracasz?

Jest ostatnio taki jeden. Bardzo ważny. Z Księgi Wyjścia. Rozdział 14, 13-14. „Mojżesz odpowiedział ludowi: Nie bójcie się! Pozostańcie na swoim miejscu, a zobaczycie zbawienie od Pana, jakie zgotuje nam dzisiaj. Egipcjan, których widzicie teraz, nie będziecie już nigdy oglądać”. Napawa mnie to spokojem. Zwłaszcza, gdy widzę, co dzieje się teraz. „Pozostańcie na swoim miejscu” rozumiem na zasadzie „módlcie się”. Tym, którzy z wami walczą, odpowiadajcie miłością i modlitwą.

Czyli Słowo Boże wciąż Ci towarzyszy?

Pojawia się codziennie. I chciałbym karmić się tym pokarmem na serio. Niestety, moje życie jest w chaosie. Mimo tego, że nie oglądam telewizji. Wciąż szukam tego czasu.

Dziś szukasz siły w Bogu, ale nie było tak zawsze.

Wiele lat temu chlałem, ćpałem. Teraz jestem szczęśliwym ojcem czwórki dzieci. To trwa przez  lata.

W jaki sposób Bóg stał się dla Ciebie Kimś wyjątkowym?

Dla mnie takim najważniejszym momentem; momentem wdzięczności, zauważenia wielkiej łaski, to było wtedy, kiedy urodziły się moje dzieci. Lekarze powiedzieli, że umrą zaraz, jak tylko nabiorą powietrza. Na sali porodowej było chyba 21 lekarzy. A moje dzieci się urodziły. Z wadą serca, z chorobą, którą mają. Wcześniej jednak trzech profesorów, którzy prowadzili ciążę mojej żony, powiedziało, że moje dzieci nie przeżyją. Pediatra zadał nawet pytanie, jak daleko ma ich ratować. Była trwoga, cztery, pięć miesięcy. Z jednej strony ufałem Bogu. Mówiłem: „Ok. Odejdą, to pójdą do Ciebie. Nic im nie będzie brakować”. A z drugiej strony wyobrażenie porodu i śmierci było bardzo trudne. Tu jednak Pan Bóg pokazał wielką moc. Tydzień po porodzie była taka sytuacja, że wjeżdżałem na parking szpitalny. Mijałem się akurat z profesorem ginekologii. On w swoim Porsche, ja w swoim Opelku. Stanęliśmy okno w okno i pytam go, czy słyszał o porodzie moich dzieci, czy uważa, że to był cud. I on mówi mi, że wierzy w siłę modlitwy, bo kiedyś za niego też się modlili.

Franciszek i Szymon. Ile chłopcy dzisiaj mają lat?

11.

Jak się czują?

Franek lata, biega, wszystko jest ok. Oni dalej mają guzy w mózgach, sercach, nerkach, padaczkę. Franek ma padaczkę pod kontrolą. Szymon jest bardzo mocno autystyczny. I przytuli się, i uśmiechnie, ale nie mówi jeszcze. Forma kontaktu jest utrudniona. Ale jedno jest pewne, że Szymon rozumie. Tylko nawet ja, jako ojciec, choć to wiem, gdzieś tam wewnętrznie wciąż nie do końca zdaję sobie z tego sprawę.

Dziś szczęśliwy ojciec, ale ta historia zaczęła się znacznie wcześniej. To był Woodstock, to byli ewangelizatorzy z Przystanku Jezus. Gdzie oni wtedy Cię znaleźli?

W śmietniku. Na talerzach.

To nie miało prawa tak się skończyć.

Historia była taka, że ogromny wpływ miały na mnie narkotyki. Żyłem z kobietą. Byłem zły dla niej. Ona uciekła ode mnie po pięciu latach. Były próby samobójcze. Ale Pan Bóg jakoś czuwał, bo żyrandol się zerwał; bo ojciec wszedł do pokoju. I pojechałem wtedy na Woodstock odreagować. Choć kto wie, może właśnie wtedy po raz pierwszy oddałem Bogu życie.

Co się stało?

Kiedy spadł mi na głowę żyrandol. Wtedy powiedziałem: „Dobra Jezu, jeżeli chcesz, żebym żył, to ok, rób co chcesz, ale ja jadę na Woodstock”.

Jezus odpowiedział?

Było wtedy jeszcze wcześnie, byłem wypity. Trochę się pobawiłem. Na Woodstocku, wtedy jeszcze w Żarach, przechodząc obok barów, koło takiego wielkiego kontenera z plastikowymi talerzami, położyłem się tam. To był śmietnik. Miało mi być wygodnie. Dla ludzi to była jakaś frajda, robili sobie ze mną zdjęcia. Nagle jakieś dwie duszyczki przyszły i spytały, czy mogą się nade mną pomodlić. Potem wzięły mnie na Przystanek Jezus. Jola i Milena siedziały ze mną trzy dni. Zmieniały się tylko na modlitwę i jedzenie. O Bogu mało mi mówiły, bo ja zawsze byłem na wpół pijany, pełen agresji do Boga. Ale wiem, że one cały czas się modliły, bo widziałem różaniec w ich rękach. Teraz Jola jest chrzestną mojego syna.

Co było dalej?

Był tam ksiądz. Miał na imię Mateusz i miał mnie wziąć na rekolekcje do Gubina. Ostatniego dnia przed wyjazdem, w kościele, chodziłem wokół ławek. Patrzyłem w tych ławach na ludzi, bo szukałem tego księdza. Jakaś dziewczyna do mnie podeszła. I spytała: „Kogo szukam?”. Powiedziałem, że takiego księdza. Odpowiedziała, że teraz jest na Mszy św. Usiadłem z tyłu kościoła. I wtedy właśnie zacząłem płakać. Po latach wiem, że to już wtedy zaczął działać Bóg. Płakałem, wyszedłem z tego kościoła, wyszła za mną taka Faustyna, też odnaleziona na Woodstocku. I mówi do mnie: „Nie uciekaj, wróć”. I dała mi różaniec. Za bardzo nie zdawałem sobie sprawy, co to jest.

Wróciłeś do kościoła?

Tak, uspokoiłem się, wróciłem do tego kościoła. I znowu się poryczałem. Po Mszy św. przychodzi ks. Mateusz. Tłumaczy mi: „Tu pojedziesz PKS, tu na Gubin”. Chcieli dać mi na bilety. Ale zacząłem kombinować, co zrobić z tymi pieniędzmi. I wtedy ks. Mateusz mówi, że wezmą bagaże na kolana, a ja jadę z nimi. Padło pytanie, czy chcę tam zostać. W Gubinie. I zostałem tam. Zadzwoniłem do ojca, żeby się nie martwił. Mówiłem, że za trzy dni będę. A wróciłem po trzech tygodniach. Mi tam po prostu było dobrze.

Czego tak naprawdę dokonał Bóg?

Widzę, że Pan Bóg mnie chwycił, złapał za rękę i powalił. Teraz po latach wiem, że pierwsze doświadczenie Ducha Świętego to było w Żarach, kiedy rozpłakałem się w kościele. Moje życie zawaliło się wtedy. Pan Bóg zesłał tych ludzi, którzy mnie znaleźli, pomodlili się nade mną, a potem prowadził mnie przez lata. Przez pół roku była Wspólnota św. Tymoteusza. Bez tego nie wiem, co byłoby dalej. Wyszedłem stamtąd 22 grudnia, a w drugi dzień świąt byłem z powrotem naćpany. Różnica była taka, że już wiedziałem, że Pan Jezus mnie kocha. Modliłem się nawet w tym moim czasie upadku. Robiłem jedno, modliłem się o drugie. I stało się tak, że Pan Bóg mnie wysłał do Irlandii, gdzie zostały odcięte kontakty do narkotyków. Dziś jestem wolny od narkotyków.

To przekonanie, że Pan Jezus Cię kocha, to była najważniejsza rzecz, jaką usłyszałeś wtedy od ewangelizatorów?

Tak, to najważniejsza rzecz. Nie tylko chodzi o to, że kocha. My ludzie staramy się polegać na sobie, czyli w ciężkim upadku uważamy, że nie jesteśmy godni Boga. Uważamy, że to my musimy zrobić ze sobą porządek, żeby wejść do kościoła, żeby Pana Jezusa o coś poprosić. A to jest właśnie ta niezrozumiała miłość, łaska, miłosierdzie. Bo to działa w drugą stronę. Wystarczy, że poprosimy Jezusa, żeby On nas zmienił. I wtedy to się dzieje. Według Jego woli. Wystarczy, że Mu się poddajemy. Jezus zacznie Cię zmieniać. Może to być minuta, godzina, a może trwać to lata.

Trwało lata. Było wcześniej więzienie.

W więzieniu przyjmowałem bierzmowanie.

Ile miałeś wtedy lat?

20. Wtedy bierzmowanie dla mnie nic nie znaczyło. Trafiłem wtedy na izolatkę. Tylko tam nie można było palić. I słyszę, że rozpoczynają się nauki do bierzmowania. Poszedłem, bo stwierdziłem, że religii mi nie zabronią. Chodziłem na nauki, bo mogłem wtedy palić. Przyjąłem wtedy bierzmowanie. A Bóg już wtedy miał plan.

Co tak naprawdę się zmieniło? Co jest największą wartością tego Twojego nowego życia?

Pan Bóg, nadzieja. Rodzina znaczy dla mnie bardzo wiele. Jestem szczęśliwy, jestem dumny, że mam rodzinę, że nie piję, że staram się wychowywać dzieci. Żonie mało pomagam, ale jestem przy niej. Jestem niesamowicie szczęśliwy. Bo wiem, jaki byłem, wiem, że ten zalążek pseudo-rodziny gdzieś miałem. Nie spisałem się, ale teraz się układa. Aniołkiem nie jestem. Jak ktoś mnie chwali, to mówię: „Porozmawiaj z moją żoną, będziesz wiedział”.

Mam taką historię. Bardzo ciepłą. Przeprowadziliśmy się ostatnio. Kuchnia jest mniejsza. Przez jakiś czas nie było tam stołu. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że mimo braku tego stołu, kiedy łatwo jest wziąć talerz i usiąść przed telewizorem, zauważyłem całą naszą rodzinę jedzącą na stojąco w kuchni. I mówię: Zobaczcie, mimo wszystko jemy razem w kuchni. Jesteśmy razem.

A jaką rolę odgrywa w tym Pan Bóg?

Mam świadomość, że Bóg jest, że nie opuści, że chce mojego dobra, że to, co nieraz mi się nie podoba, może być dla mojego dobra w przyszłości. Modlę się czasami tak: Panie Jezu, dziękuję Ci za to, czego nie rozumiem, co jest dla mnie ciężkie, ale pragnę Ci ufać.

Kościół jest potrzebny do tego, żeby znaleźć swoje miejsce przy Bogu?

W kościele przed Najświętszym Sakramentem to jest czas Twój i Boga. To On Cię wtedy słyszy, jest cisza, nie przeszkadzają Ci samochody. Ja potrzebuję Kościoła. Potrzebuję dobrych pasterzy. Mi pomógł bardzo ks. Artur Godnarski, bardzo go kocham. Do końca życia nie zapomnę, jak kupił mi dwie pary spodni. Potrzebowałem jego cierpliwości i tłumaczenia. Ks. Artur miał bardzo dużo tej cierpliwości. Nieraz na przekór zadawałem mu pytania. A on tłumaczył, cierpliwie tłumaczył. Zastanawiało mnie np. po co klękamy, wchodząc do kościoła. Jest zwyczaj, jest gest. A dziś wiem, że klękamy, żeby oddać Bogu cześć i chwałę. Jasne, że Jezus nazwał nas przyjaciółmi. Ale wyobraźmy sobie rycerstwo. Wchodzi rycerz i klęka przed królem. Ja też, klękam przed Bogiem, uważam Go za Przyjaciela, ale ten szacunek jest. Do Boga, do Króla.

Nie pierwszy raz opowiadasz o tym, jak Bóg przemienił Twoje życie. Rozmawiałeś z ludźmi, np. na Woodstocku. O czym im mówiłeś?

Mówiłem, jakie miałem życie. I mówiłem, jakie mam teraz. Zawsze podkreślałem rodzinę. Ona mnie trzyma w pionie. Mówię zawsze tym ludziom, że w każdej chwili swojego życia mogą zaprosić Jezusa do swojego serca. I On zacznie zmieniać ich życie. Nie nalegam. Bo nie chcę, żeby robili to dla mnie. Mówię: „Jak chcesz, możemy pomodlić się razem, jak nie chcesz, możesz sam, gdzieś w pokoju, ale pamiętaj, że możesz otworzyć serce dla Jezusa”. Poproś, żeby Ci się pokazał, pokazał swoją dobroć. I on odpowie, on może zmienić nasze życie, obiecał. Bóg może nas zmienić.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

Nie ma za co.

radiomaryja.pl / TV Trwam News

drukuj