fot. niedziela.pl

60. rocznica śmierci Matki Elżbiety Czackiej – 12 września błogosławionej

Dziś 60. rocznica śmierci Matki Elżbiety Róży Czackiej, założycielki zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. To „niezmiernie mężna niewiasta” – mówił ks. kard. Stefan Wyszyński.

Róża Czacka urodziła się 22 października 1876 roku w Białej Cerkwi (obecnie Ukraina). Była szóstym z siedmiorga dzieci Zofii z domu Ledóchowskiej i Feliksa Czackiego.

Już w dzieciństwie miała problemy ze wzrokiem. Pomimo licznych operacji w wieku 22 lat straciła go zupełnie. Jako młoda i wykształcona kobieta nie poddała się i zaczęła życie „po niewidomemu”. W tym czasie nauczyła się alfabetu Braille’a, zapoznała się z najnowszymi osiągnięciami nauki o niewidomych, dużo podróżowała po Europie (m.in. do Francji, Austrii, Szwajcarii). W 1911 roku założyła Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Warszawie. To tam powstała ochronka, szkoła powszechna, warsztaty, biblioteka brajlowska oraz tzw. patronat, obejmujący na terenie miasta dorosłych niewidomych i ich rodziny.

Wszystkie działania zatrzymał wybuch I wojny światowej. Róża Czacka spędziła ten czas w Żytomierzu. Był to dla niej czas swoistych rekolekcji, ale właśnie wtedy w jej głowie pojawiła się myśl, aby wstąpić do zgromadzenia zakonnego, a także powołanie nowego zgromadzenia, które  służyłoby ludziom niewidomym. Już w 1917 roku przyjęła śluby wieczyste w III Zakonie św. Franciszka.

W 1918 roku w Warszawie pojawiła się jako Matka Elżbieta, a już 1 grudnia, po uzyskaniu wszystkich pozwoleń i znalezieniu kandydatek, zaczęło istnieć Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Jego charyzmatem jest służba ludziom niewidomym i wynagradzanie za duchową ślepotę świata. Opiekunem duchowym Zgromadzenia i całego Dzieła został ks. Władysław Korniłowicz.

Rozwój dzieła nabrał tempa, gdy 1922 roku Matka Elżbieta Czacka otrzymała w darowiźnie ziemię w Laskach. To tam rozpoczęła się budowa zakładu dla niewidomych. Oprócz szkoły i warsztatów, powstał także dom macierzysty Zgromadzenia. Placówka w Laskach stała się bardzo nowoczesnym miejscem, gdzie niewidomi wychowankowie zdobywali wykształcenie podstawowe i zawodowe, pozwalające na samodzielne i niezależne finansowo życie, przywracające im ludzką godność.

Wybuch II wojny światowej pokrzyżował kolejny plany. W wyniku bombardowania Warszawy Matka Elżbieta Czacka została ranna w głowę i straciła oko. Nie straciła jednak ducha. W czasie Powstania Warszawskiego Laski stały się ważnym centrum pomocy. Tam też skrzyżowały się drogi Matki Elżbiety i ks. kard. Stefana Wyszyńskiego.

W Laskach, w pokoju Sługi Bożej Matki Elżbiety Czackiej, znajdującym się nieopodal kaplicy, dokonywało się wiele ważnych decyzji dotyczących życia Lasek, również odbywało się wiele ważnych rozmów z ks. Stefanem Wyszyńskim. Tutaj też dokonywała się jedna z najważniejszych decyzji dotyczących Powstania Warszawskiego, czyli powołania szpitala powstańczego. Matka była trzykrotnie zapytywana przez ks. prof. Wyszyńskiego, czy zgadza się, aby narażać mieszkańców Lasek na ewentualne konsekwencje i w tym też czasie Matka odpowiedziała, że to jest sprawa całego świata i sprawa niezmiernej wagi. Wtedy również ks. Stefan Wyszyński wspominał, jak był niesamowicie zaskoczony odwagą Matki Elżbiety. Mówił, że wcześniej znał Sługę Bożą, jako osobę modlącą się, skupioną na działalności na rzecz osób niewidomych, a tutaj poznał niezmiernie mężną niewiastę – powiedziała s. Radosława Podgórska FSK

Matka Elżbieta Czacka po długiej chorobie zmarła 15 maja 1961 roku w Lasach.

Ks. Prymas był obecny na pogrzebie, który odbył się 19 maja. Wygłosił wtedy bardzo ważne przemówienie, które w sposób szczegółowy opisuje, jakim człowiekiem była Matka Elżbieta. Oto dłuższy fragment przemówienia:

 „W krótszym lub dłuższym kontakcie, służąc niewidomym, czerpaliśmy z bogatego ducha naszej Matki i z duchowości tego ubłogosławionego przez Boga miejsca. […] To był człowiek, który nieustannie stał w obliczu swego Najlepszego Boga; człowiek, który wiedział, że Bóg jest Miłością, przede wszystkim – Miłością! Człowiek, który wytrwale czerpał z niezgłębionego źródła Bożej miłości! Dlatego zdołała tylu ludzi wokół siebie obdzielić i pożywić Miłością.

Podobno w obliczu człowieka, najbardziej wymowne są oczy. Przez nie patrzy dusza z całym swym bogactwem. Nie dane nam było oglądać duchowości Matki przez jej oczy, ale jej twarz wyręczała oczy, jej twarz mówiła… To była wymowna twarz! Odsłaniała i zdradzała tajemnicę służebnicy dobrej i wiernej. […] Jej twarz miała zawsze jakiś uśmiech, zatopiony w przedziwnej powadze i pogodzie. Ten uśmiech wiązał ją nieustannie z Bogiem i z Jego dziećmi na ziemi. Uważna wewnętrznie na Boga ukrytego, nigdy nie traciła kontaktu z otoczeniem, z ludźmi, którym służyła. To było przedziwne w jej życiu. Było to życie niezwykle wrażliwe na głos Kościoła świętego. Jakże była delikatna w swym posłuszeństwie wobec Stolicy Świętej, wobec swego arcybiskupa i kapłanów!

[…] Ale szczególnie wrażliwa była na ducha Kościoła świętego. Dlatego Dzieło zapromieniowało życiem liturgicznym. Była bardzo wrażliwa na to, aby we wszystkim dostosować się do wskazań Kościoła świętego w organizacji modlitwy i życia liturgicznego w Laskach, toteż i Zgromadzenie, i Dzieło zasłynęło szczególnym zrozumieniem życia liturgicznego. Sam byłem tym przedziwnie ujęty, gdy czasu wojny przez kilka lat odprawiałem tu Mszę świętą, otoczony rodziną niewidomych. Wystarczyło powiedzieć jedno słowo Introitu, ażeby z ust naszej dziatwy laskowej potoczyły się słowa modlitwy Kościoła powszechnego. Był to wynik wielkiej pracy naszej Matki. W ten sposób kształtowała siebie i swoją rodzinę: zgromadzenie i niewidomych. […]

Na czele rodziny niewidomych postawił Wam Bóg niewidomą Matkę. Bóg zawsze tak działa, że przystosowuje ludzi, których posyła, do możliwości tych, do których posyła. Tak przecież uczynił ongiś z własnym Synem! […] Dał Wam Matkę niewidomą, która chodziła po tej ziemi z zamkniętymi oczyma, ale z otwartym sercem i z wyciągniętymi przed siebie dłońmi, jak Wy, Najlepsze Dzieci Laskowej Rodziny, chodzicie z zamkniętymi wprawdzie oczyma, ale z otwartym sercem i z dłońmi przed sobą.

Powiemy – nieszczęście, tragedia życia! O! to nieszczęście jest waszym błogosławieństwem, bo któż lepiej zrozumie Was, Dzieci Rodziny Laskowej, jak nie ta wasza Matka niewidoma?! Kto wie, jak rozwinęłoby się Dzieło Niewidomych, gdyby jego założycielką była istota widząca! Kto wie, czy zdolna byłaby Was zrozumieć do głębi i wniknąć w psychikę młodzieży niewidomej! Czy umiałaby włożyć tyle energii w poznanie duchowości niewidomych, ile włożyła Matka Elżbieta, gdy nieustannie oczytywała się w literaturze dla niewidomych i o niewidomych, i gdy zachęcała do ciągłych studiów, zarówno członków Towarzystwa, jak i siostry ze Zgromadzenia.

To jest jakaś przedziwna, delikatna linia Boga, który dobiera sobie ludzi właściwych dla zadań szczególnych. I tak na czele wielkiej rodziny niewidomych postawił Matkę niewidomą, jak ongiś na czele rodziny Bożej postawił Boga-Człowieka. Bóg jest Ojcem do końca, i to dla wszystkich. Do wszystkich chce przemawiać językiem dla nich zrozumiałym. Bóg jest wolny od narzucania swego stylu. On raczej wczuwa się w nasze możliwości i działa na nas nie według swoich, ale według naszych możliwości – delikatnie, oględnie. Taka też była Matka Elżbieta. […]

Życie laskowe i ziemia laskowa uprawiane są trudem. W pocie czoła zdobywa się tutaj ziemię. Dlatego ta ziemia, uprawiana ofiarą, miłością i wyrzeczeniem, wydała owoc stokrotny. A na czele tego Dzieła Niewidomych, powstałego z ofiarnej pracy, pozostanie zawsze postać lekko pochylona, ostrożnie stąpająca, z zamkniętymi oczyma, z otwartym sercem i z dłońmi wyciągniętymi do ludzi, którzy potrzebują pomocy. Niech trwa w naszej świadomości i pamięci, niech wyznacza ślady dla dalszego trwania i rozwoju Dzieła!

[…] Współpraca z Matką łatwa nie była, bo Matka wymagała: wymagała od siebie, wymagała od innych. Umiała w tych wymaganiach być nawet niezwykle surową, jakkolwiek wszyscy czuli, że surowość jej podyktowana jest wielką miłością dusz, Sprawy i Dzieła. Dobrze robili ci, którzy zrozumiawszy, że jest to ponad ich siły, odchodzili. Ale dobrze robili i ci, którzy zrozumiawszy, że jest to ponad ich siły, szukali siły gdzie indziej… Ci ostatni wiedzieli, że krzyż jest nadzieją życia i w krzyżu szukali mocy i oparcia. Tylko dzięki takiej postawie absolutnego wyrzeczenia się siebie i ochotnego dźwigani ciężaru dnia można było służyć Dziełu i ociemniałym, oddając się im całkowicie. […]

A teraz testament! Odwaga moja będzie tutaj chyba największa. […] Pytacie o testament? Testamentem Matki jest jej życie. Miała ona dwoje rąk, nie miała oczu, miała serce jedno. Tym jednym sercem i dwojgiem rąk wiązała Dzieło i Zgromadzenie. Dziełu potrzeba serca i rozumu wiarą oświeconego. Obok roztropności, mądrości tego świata, umiejętności i wiedzy potrzeba wiele serca! Dzieło rozwijać się będzie nadal z pomocą serca i przez serce. To mówiła do Was Matka – i niech Wam to pozostanie jako gwarancja całości Dzieła przez Matkę stworzonego.

Patrzyłem w niedzielę ubiegłą na ręce Matki i myślałem, czy Matka wie o naszej obecności. Ostatni obraz – ślad jej życia, to różaniec w jej dłoni. Przesuwała ziarnka różańca do ostatnich chwil, a gdy różaniec wysunął się z dłoni, szukała go niespokojnie, aż go jej podano. Ten różaniec był wieńcem serc waszych, ale i jej ufności do swojej rodziny, z której powstało Dzieło. Jej życie było niełatwe, jak i wasze jest niełatwe. Niech obraz waszej Matki wiąże Was różańcem, przesuwanym w słabnących jej dłoniach.

Tyle, Najdroższe Dzieci, mogę powiedzieć w tej chwili. O, jak wiele można by powiedzieć! Ale Matka nie lubiła, gdy mówiono o niej i o jej Dziele. Chciała, by wszystko było w Duchu Bożym, a Duch Boży każe, by zamilkły usta, a mówiły tylko serca…”.

12 września w 60 lat po śmierci Matka Elżbieta Czacka zostanie wraz z ks. kard. Stefanem Wyszyńskim beatyfikowana.

Anita Suraj-Bagińska/laski.edu.pl/radiomaryja.pl

drukuj