Z mojego domu zostały gruzy

Z Eulalią Matusiak-Rudak, prezesem Fundacji Moje Wojenne Dzieciństwo, rozmawia Mariusz Bober



Została Pani wypędzona z Warszawy jeszcze w trakcie Powstania Warszawskiego. Mieszkała Pani wówczas w swoim mieszkaniu czy już wcześniej musiała je Pani opuścić?

– Zanim nas wypędzono, przebywałam w mieszkaniu przy ul. Kaczej 20 (przy Okopowej). Moim rodzinnym domem było mieszkanie przy ul. Chłodnej. Tam mieszkałam przed wojną z rodzicami i bratem. Na przełomie 1941 i 1942 r. mama, niestety, została przez Niemców zamordowana na Pawiaku. 1 sierpnia 1944 r. mój o 5 lat starszy brat Zenon, jak większość chłopców, wziął udział w Powstaniu Warszawskim. W czasie okupacji był drużynowym w hufcu wolskim „Giermkowie Wolności”. Ja zostałam z ojcem, który tuż po wybuchu powstania doznał kontuzji od jakiejś eksplozji. Do dziś nie wiem, jak to się stało, ojciec stracił wtedy na kilka dni pamięć. Wskutek urazu nie mógł przez kilka dni chodzić. Miałam wtedy 12 lat. W pierwszych dniach powstania na naszej ulicy rozgrywały się ciężkie walki, a nasz dom przechodził z rąk do rąk. Schroniliśmy się w piwnicy. Pomagałam, tak jak pozostali mieszkańcy, robiąc tampony i pomagając przygotowywać bandaże dla rannych. 10 sierpnia na naszą ulicę wkroczyli Niemcy i kazali wszystkim szybko opuścić domy. Mieliśmy kilka minut na zabranie najbardziej potrzebnych rzeczy z naszego mieszkania. Czasu nie było, tym bardziej że ciągle trwał ostrzał. Niemcy wypędzili wszystkich ludzi z okolicznych ulic. Cały ten tłum ustawiono wzdłuż ul. Okopowej. Naprzeciwko nas, na rogu ulic Kaczej i Żytniej, Niemcy ustawili karabiny maszynowe wycelowane prosto w nas.

Bała się Pani, że zaczną strzelać?

– Wszyscy się tego baliśmy. Ale Niemcy po pewnym czasie oddzielili mężczyzn od reszty ludzi i kazali im rozbierać barykadę na ul. Żytniej. W tym czasie wyłapali z tłumu młode dziewczyny i gdzieś je zabrali.

Dowiedziała się Pani, co się z nimi stało?

– Wiem tylko, że żadna z nich nie wróciła do naszej grupy ani do rodziny. Pamiętam, jak pewna matka rzuciła się do nóg Niemca, prosząc, by nie zabierał jej córki. Do dziś mam w oczach, jak ta kobieta całowała zakurzone buty niemieckiego żołnierza, bez skutku. Natomiast po rozebraniu barykady wrócili do nas mężczyźni i Niemcy zaczęli nas pędzić ulicami Woli, Karolkową, Lesznem, w kierunku ul. Wolskiej. Po drodze widzieliśmy szokujące widoki zabitych ludzi, zrujnowanych i palących się jeszcze budynków. Wśród tego dzieła zniszczenia uderzył mnie niezwykły widok. Przy placu Opolskim, który mijaliśmy, Niemcy przy ustawionych stolikach bawili się z kobietami ubranymi w kolorowe sukienki, tańczyli przy patefonach, śmiejąc się. Gdy doszliśmy do ul. Wolskiej, zobaczyliśmy już tłumy ludzi, wygnanych, tak jak my, ze swoich domów. Niemcy popędzili nas wtedy do kościoła pw. św. Wojciecha. Tam oddzielono mnie od ojca. Niemiec włożył kolbę karabinu między mnie i przyciskającego mnie do siebie ojca i tak mocno walił tą kolbą, aż ojciec puścił. Przed wejściem do kościoła zdążył jeszcze rzucić mi paczkę, którą niósł ze sobą. Bałam się, że zostanie tam zabity razem z innymi mieszkańcami. Na szczęście skierowano go ostatecznie do pracy na kolei, ale dowiedziałam się o tym później, gdy spotkaliśmy się po powrocie do Warszawy po zakończeniu wojny.

Została Pani wtedy sama?

– Początkowo tak. Było mi trudno iść, bo byłam słaba, a nie chciałam zostawić paczki, którą oddał mi ojciec. Wiedziałam, że jest w niej futro i garnitur tatusia. Jednak zdołałam z nią dojść tylko do wiaduktu na ul. J. Bema. Tam zostawiłam paczkę, bo uświadomiłam sobie, że zgubiłam gdzieś moją ulubioną książkę – antologię poezji polskiej, pięknie wydaną i oprawioną w skórę. W pierwszych latach okupacji uczyłam się z niej wierszy. Jednak jej nie znalazłam, bo po prostu osłabłam. Do dziś nie pamiętam, co się później ze mną działo. Ocknęłam się dopiero na betonowej posadzce w jakiejś hali maszynowej w obozie przejściowym w Pruszkowie. Zobaczyłam tłumy ludzi, wielu chorych, rannych, cierpiących. Nie było żywności, picia, po prostu straszne kłębowisko cierpiących, zmartwionych, opuszczonych ludzi. Wszystko przecież zostało im odebrane.

Długo tam Pani przebywała?

– Niedługo. Zanim jednak stamtąd wyjechałam, spotkałam moją ciocię Jadzię oraz Alinę, żonę mojego ciotecznego brata Bolesława, z 8-miesięcznym synkiem Jurkiem. Były z nimi matka i siostra Aliny. Gdy wypędzono nas z hali kolejowej na dwór tuż przy torach kolejowych, zostałyśmy rozdzielone. Ja z ciocią Jadwigą (siostrą ojca) trafiłyśmy do jednej grupy, a pozostałych członków rodziny Niemcy zabrali na inną stronę. Załadowano nas do wagonów bydlęcych, którymi jechaliśmy w straszliwej ciasnocie prawie dwa dni i noc w kierunku Częstochowy. Jednak niedaleko przed tym miastem był rozjazd. Dowiedzieliśmy się wtedy, że jeśli skręcimy na nim w jedną stronę, to wyślą nas prawdopodobnie gdzieś na wieś w nieznane, „do gospodarzy”. Jeśli zaś skręcimy w drugą stronę, to trafimy do Oświęcimia, a tam czeka nas obóz zagłady Auschwitz-Birkenau.

I tam niestety Pani trafiła?

– Tak. Gdy przyjechaliśmy do obozu, moją uwagę zwróciły druty kolczaste brzęczące od przepływającego przez nie prądu. Miałam wrażenie, jakby przyciągały, zachęcały do rzucenia się na nie, do dziś mam ten dźwięk w uszach. Nie miałam jednak czasu zastanawiać się nad tym dłużej, bo inne dźwięki dotarły do nas, gdy wyrzucano nas z wagonów. Uzbrojeni Niemcy z krzykiem, wyzwiskami i z rozjuszonymi psami zrobili selekcję. Najpierw oddzielili mężczyzn od kobiet i dzieci. Potem popędzili nas do jakiegoś baraku, w którym nie było podłogi ani prycz. Było tam wilgotno i tam właśnie zostawiono nas na noc.

Spała Pani, wówczas 12-letnie dziecko, na zimnej i mokrej ziemi?

– Na szczęście nie. Właśnie w tym baraku spotkałam znajomą dziewczynkę, która mieszkała w tym samym domu co ja. Powiedziała, że chciałaby się przyłączyć do nas, bo jest sama, bez rodziny. Przyszła jednak z jakąś znajomą kobietą, która… niosła paczkę mojego ojca.

Skąd ją miała?

– Zanim zost ała wypędzona przez Niemców, załatwiła wóz z koniem i zbierała paczki, które ludzie zostawiali lub gubili, pędzeni po ulicach Warszawy. Potem, gdy dostała się do transportu, w jakiś sposób udało jej się zabrać akurat tę paczkę ze sobą. Od razu ją poznałam. Kobieta długo nie chciała mi uwierzyć, ale gdy powiedziałam, co w niej jest, zgodziła się ostatecznie oddać mi futro, na którym przespałam pierwszą noc. Rano odebrała mi je, ale zaraz potem Niemcy i tak zabrali nam wszystko, co mieliśmy. Zapędzili nas potem do łaźni, obcięli włosy i ogolili głowy, zresztą tępymi maszynkami, które kaleczyły skórę. W dodatku kazali nam zmoczyć głowy jakimś środkiem dezynfekującym, który powodował pieczenie, a gdy wyszliśmy na mocne sierpniowe słońce, ból był trudny do zniesienia. W dodatku wypędzono nas na zewnątrz nago. Staliśmy tam aż do wieczora. Potem zapędzono dzieci do najgorszego baraku. Było nas około 500 dzieci polskich z Powstania Warszawskiego. Matki były w innym baraku. Od początku nazywano nas „bandytami warszawskimi”.

Przebywała Pani w obozie Auschwitz do końca?

– Nie. Gdy w styczniu 1945 r. zbliżał się do obozu front, wywieziono mnie i ciotkę wraz z wieloma innymi dziećmi z matkami do filii obozu Sachsenhausen pod Berlinem. Przetrzymywano nas tam do 23 kwietnia 1945 roku. Gdy zbliżył się front, pieszo pod frontem wracaliśmy do Warszawy…

Pieszo? Spod Berlina?

– Tak, choć nie całą drogę, ale przeszłyśmy w ciągu kilku dni do granicy na Odrze. Pieszo dotarłyśmy do Kostrzyna. Stamtąd dojechałyśmy na lorach do Poznania, gdzie dostałyśmy się do pociągu jadącego do Warszawy.

Pani dom ocalał?

– Nie, zostały tylko gruzy. Wówczas też się dowiedziałam, że podczas powstania zginął mój brat.

Została Pani tylko z ciotką?

– Tak. Gdy dotarłyśmy na gruzy domu, w którym mieszkała moja ciotka Leokadia – starsza siostra mojego taty – znalazłyśmy tam kartkę z napisem „Leokadia Celejewska z Aliną [bratowa – red.] i Jerzykiem mieszka tu i tu”. Poszłyśmy pod wskazany adres. Ciotka mieszkała na strychu ocalałego domu ze swoją synową Aliną i wnuczkiem Jerzykiem. Poza tym mieszkały tam też matka i siostra Aliny. Ciocia Jadzia i ja też znalazłyśmy tam przytulisko. Gdy wrócił ojciec 6 sierpnia 1945 r., jeszcze przez kilka tygodni mieszkał z nami, a potem postarał się o jakiś pokój przechodni dla siebie, cioci Jadzi i dla mnie w mocno zniszczonym domu. Takie były wtedy warunki.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj