Fot. José Luiz Bernardes Ribeiro/ Wikimedia Commons/licencja CC BY-SA 3.0

[WYWIAD] Lekarka o lekarce. E. Klimaszewska-Antos: Św. Joanna Beretta Molla pokazuje dzisiejszemu światu, że można kochać naukę i pracę zawodową, a jednocześnie pogodzić to z założeniem rodziny i… świętością życia

Zaczęło się od informacji na facebook’u, że rozpoczyna się dziewięciodniowa nowenna przed dzisiejszym – 28 kwietnia – liturgicznym wspomnieniem św. Joanny Beretty Molli. To początek, który doprowadził mnie do lekarza, który na co dzień niesie pomoc w swoim gabinecie. Nie kierował tym przypadek, że właśnie kobieta wykonująca zawód lekarza za pomocą współczesnej technologii zachęca do modlitwy. Często bywa tak, że dla jednych przestrzeń internetu to zagrożenie, ale są i tacy, dla których jest to płaszczyzna stwarzająca możliwość niesienia wartościowych treści. O tym, jak różne drogi prowadzą nas do świętości oraz o byciu wierzącym lekarzem – w rozmowie z Ewą Klimaszewską-Antos, neurologiem, dla portalu Radia Maryja.

Anita Suraj-Bagińska: Dlaczego podjęła się Pani w swoich mediach społecznościowych zachęty do wspólnej nowenny za przyczyną św. Joanny Beretty Molli? Dla mnie osobiście to niesamowite, że lekarka zachęca do modlitwy za przyczyną świętej lekarki.

Lek. Ewa Klimaszewska-Antos: Uważam, że tak jak ważne jest świadectwo życia świętych dla nas tutaj na ziemi, tak samo w niebie ważne jest nasze świadectwo życia tu, na ziemi. Chodzi o to, żeby zaświadczyć, że identyfikujemy się z nimi, wierzymy w ich wstawiennictwo u Boga. Poza tym jestem przekonana, że Joanna Beretta Molla mogłaby być autorytetem dla niejednej dziewczyny, szczególnie lekarek. Sama wiem, jak ważne jest przewodnictwo – w czasie studiów miałam swoją patronkę, która przeprowadziła mnie przez ten trudny czas, dlatego pomyślałam, że podjęcie nowenny przed wspomnieniem św. Joanny byłoby ważne. Może nawet dla kogoś, kto jej nie zna, będzie okazją do zapoznania się z jej życiem i dzięki temu człowiek zostanie wprowadzony w nowy inny świat, którego może jeszcze nie doświadczył, a dzięki osobie Joanny Molli będzie to możliwe.

Wspomniała Pani, że podczas studiów miała swoją przewodniczkę, która przeprowadziła Panią przez ten trudny czas. Czy dobrze rozumiem, że wtedy nie była to jeszcze św. Joanna?

Na ten czas nie była to św. Joanna. W czasie studiów poznałam kogoś, o kim nie byłam przekonana, że jest nawet osobą świętą, ale której myśli sprawiły, że było mi łatwiej odnaleźć się w trudnej rzeczywistości i jakby nabrać pewności, że droga, którą obrałam, jest słuszna. Tą świętą była wtedy Matka Urszula Ledóchowska. Studiowałam w Poznaniu. Na pierwszym bądź drugim roku w księgarni św. Wojciecha kupiłam małą książeczkę z myślami Matki Urszuli. Kiedy wzięłam do ręki tę książeczkę, wcale nie byłam przekonana, kim ona jest, nie miałam takiej świadomości, natomiast zwróciły moją uwagę jej słowa i to, w jaki sposób postrzegała świat. Zgadzało się to po części z moim wychowaniem, z moim przeświadczeniem, jak należy żyć. Pomyślałam, że jeżeli ktoś czuje podobnie i potrafi wyrazić to w taki, a nie inny sposób, to możliwe, że będzie dla mnie ważne. I tak też się okazało. Natomiast św. Joanny Beretty Molli wtedy jeszcze nie znałam.

To w takim razie jestem ciekawa, w jaki sposób natknęła się Pani na postać Świętej Lekarki?

Można by powiedzieć, że poznałam ją przypadkowo, ale dobrze wiemy, jak to jest z tym „przypadkiem”… Czasami różne drobne rzeczy decydują o tym, jaką drogę wybieramy lub kogo poznajemy. Niekoniecznie przeświadczenie o jego świętości, ani o jego religijności, tylko w niepostrzeżony sposób błahe rzeczy mogą zadecydować o tym, że zwrócimy na kogoś uwagę. Tak było w moim przypadku z Joanną Mollą. Moją uwagę zwróciło zdjęcie, na którym stała – w mojej ocenie – piękna kobieta, bardzo kobieca, ubrana w bardzo dobrze skrojony na miarę żakiet, a że uwielbiam garsonki, to tym bardziej przemówiło do mnie to zdjęcie i to, że w delikatny, subtelny sposób się uśmiechała. Jednocześnie było widać, że jest to osoba, która jest zadowolona ze swojego życia, radosna, ale też szczęśliwa, spełniona. Tylko tyle z niej zapamiętałam, nie wiedząc wtedy, że jest to Joanna Beretta Molla, i że jest to w ogóle osoba święta. Wtedy na zdjęciu, które widziałam, stała na tle gór. Dopiero za jakiś czas, kiedy moja młodsza córka dostała w prezencie komunijnym album o świętych – a że żywo interesuję się tym tematem, więc chętnie po niego sięgnęłam – zauważyłam, że w albumie znajduje się zdjęcie tej samej kobiety, którą pare lat wcześniej widziałam. Tutaj akurat stała w sukni ślubnej. Wiem, że przypadków nie ma, więc uznałam, że należy szybko rozwiązać sprawę. W ten sposób dowiedziałam się, że osoba, która zwróciła moją uwagę ileś lat wcześniej, jest lekarką, matką, żoną.

Jej powierzchowność przyprowadziła mnie do źródła, bo czasem spojrzenie, wyraz twarzy, sposób zachowania decyduje o tym, czy zainteresujemy się, czy zwrócimy uwagę na wnętrze. Istotne jest to, co mamy w środku, ale nie możemy marginalizować tego, jak wyglądamy, jak się zachowujemy, jak rozmawiamy, jak gestykulujemy, bo wszystko to ma znaczenie. Moją uwagę zwrócił uśmiech pięknej kobiety, elegancka fryzura, a przy tym taka naturalność. Dlatego myślę, że dzisiejszą młodą lekarkę, studentkę czy już całkiem dojrzałą kobietę może zaintrygować jej postać. Do mnie najpierw przemówiła jej powierzchowność, ale jak zaczęłam zgłębiać jej życiorys, to okazało się, że była wielka we wszystkim, w całym swoim życiu. Dla mnie taka naturalność tej świętości codziennego dnia jest budująca. Jesteśmy przyzwyczajeni, że święty to ktoś nieomylny, a to tak nie jest. Ona też kiedyś była studentką medycyny, ona też musiała kiedyś tę drogę przejść, a później miała takie, a nie inne radości i smutki w swojej pracy zawodowej czy w życiu osobistym. Zakładała rodzinę jako osoba dojrzała, która miała już pewną karierę zawodową. Urodziła się w 1922 roku, czyli ponad sto lat temu, a dzisiejszemu światu pokazuje, że można mieć umiłowanie nauki, świata, kochać pracę zawodową, temu się oddawać, a jednocześnie pogodzić to z założeniem rodziny, posiadaniem dzieci i… ze świętością życia.

św. Joanna Beretta Molla fot. facebook.com-photo–fbid=1038193912987588&set=a.382527195220933

Czyli, że jako współczesne kobiety nie musimy z czegoś rezygnować?

Tak, możemy jedno i drugie kontynuować. Święta Joanna jest przedstawiana jako osoba, która oddała swoje życie za życie dziecka i to jest fakt, którego w żadnej mierze nie chcę i nie mogę umniejszać, bo przecież to pokazuje, jakim wartościom oddawała się w pracy. Ale dla mnie jej świętość jest wielką świętością. Ona pokazuje, jak żyć w tym nowoczesnym, współczesnym świecie, w którym musimy chodzić do pracy, mamy rodzinę, ale mamy też swoje hobby. Ona przecież oprócz pracy kochała góry, jeździła na nartach, czyli potrafiła wiele rzeczy połączyć i jednocześnie nie rezygnowała z siebie. Umiała wszystko zebrać w całość. Jednocześnie jej zewnętrzna odsłona wskazywała też na jej wnętrze. Świadomość, kim jest, jaką jest osobą, jakie jest jej posłannictwo w świecie, można odczytać z jej postury, sylwetki. Widać, że była osobą spełnioną zawodowo, rodzinnie i dlatego może być wzorem dla dzisiejszych kobiet, dziewcząt. Już z jej sylwetki bije poczucie własnej wartości, a wydaje mi się, że dziś w świecie brakuje dziewczynom poczucia własnej wartości.

Nie jest grzechem ani niczym złym poczucie własnej wartości. Trzeba mieć świadomość, kim zostaliśmy stworzeni, w jaki sposób możemy się rozwijać. Robimy to dla siebie, dla innych i to nie jest nic złego. Ważne jest, żeby przekazać to dalej. Żeby szanować innego człowieka, trzeba szanować też samego siebie. Jeżeli będziemy dobrzy dla siebie, to będziemy dobrzy dla innych, gdyż będziemy chcieli zachować się dla innych tak samo, jakbyśmy się zachowali wobec siebie. Jeżeli mamy o sobie właściwe, dobre zdanie, to nie znaczy, że nie dostrzegamy swoich słabości. Zgłębiając życie św. Joanny natknęłam się na jej listy – przepiękną korespondencję, jaką prowadziła z mężem Piotrem. Trafiłam też na wywiad, w którym jej mąż powiedział, że nie miał świadomości, że żyje ze świętą, a to dla mnie znaczy, że ona była bardzo „zwykła”. To jest coś, co mnie zachwyca, ponieważ świadczy o tym, że może chodzimy dziś obok osób świętych, które w przyszłości takimi uzna Kościół, a może nawet tak się nie stanie, ale najważniejsze, że będą uznane za święte przez Boga. Dlatego warto od takich osób jak św. Joanna uczyć się, jak żyć. Do mnie najbardziej w żywotach świętych przemawia to, w jaki sposób doszli do tej doskonałości, która potrafiła ich zbliżać do Boga. Mam na myśli świętych, którzy są zupełnie zwyczajni, normalni. To nie tylko Joanna Molla. Zawsze uważam, że trzeba tak żyć, że jak ktoś zapyta: „Czemu tak żyjesz?”, móc wtedy odpowiedzieć z podniesioną głową: „Tak nauczył mnie Jezus”.

św. Joanna Beretta Molla fot. facebook.com-joannaberettamolla-photos-a.382527195220933-1389376524535990-

Niestety w Kościele wciąż pokutuje przekonanie, że prawdziwa katoliczka nie musie o siebie dbać, że jedyną szansą na zbawienie jest umartwianie się. Zapominamy o tym, że Pan Jezusa nawet poprzez swoje Zmartwychwstanie pokazuje nam, jak ważne jest też ciało, nie tylko dusza.

I właśnie taką świadomą osobą była św. Joanna Molla. Jej świętość nie polegała na nadzwyczajnych umartwieniach, a na cichym wypełnianiu woli Bożej, którą umiała odnaleźć w każdym działaniu. Rozwój społeczny, ekonomiczny – to wszystko sprzyja temu, że mamy możliwość dbania o siebie, o swój rozwój zarówno fizyczny, jak i duchowy. Ubieramy się tak, a nie inaczej; jesteśmy zadbane, swoim zachowaniem zwracamy uwagę albo nie zwracamy tej uwagi, bo chodzi o to, żeby umieć wypośrodkować i zachować granice. Myślę, że w granicach każdego systemu moralności chodzi o właściwe proporcje, czyli o zachowanie umiaru. Zwróćmy uwagę, że święta nie jest nadmiernie wyrazista – ubrana jest elegancko, ale nie nadmiernie, z prostotą, ale jednocześnie z klasą, ma zadbane włosy, jest uśmiechnięta. Jak wspominam to zdjęcie, na którym widziałam ją pierwszy raz, uświadamiam sobie, że dotarła do mnie przez coś, na co sama zwracam uwagę i do czego przywiązuję wagę. Zawsze uważałam, że to, jak ktoś nas postrzega, jest też dla nas zobowiązujące. Święta Joanna umiłowała naukę, bardzo poświęcała się pracy, kształciła się, miała dodatkowe specjalizacje. Była także osobą głęboko wierzącą, ale to nie znaczy, że przesiadywała na modlitwie wyłącznie w kaplicy. Potrafiła wskazać, że tą modlitwą, oddaniem Bogu może być praca lekarza.

Św. Joanna Beretta Molla fot. facebook.com-photo–fbid=1038193912987588&set=a.382527195220933

I nad tym chciałabym się na chwile zatrzymać. Zastanawia mnie, dlaczego wybrała Pani właśnie taki zawód, a wcześniej studia medyczne. Czy to była może realizacja dziecięcych marzeń? Czy są jeszcze inne powody?

Jeżeli chodzi o dziecięce marzenia, to najbardziej chciałam zostać fryzjerką albo kwiaciarką. Później nauczycielką języka polskiego, ale jestem z rodziny nauczycielskiej, więc mama mnie troszkę od tego odwiodła. „Przypadki” w życiu decydują o tym, że wybieramy taką, a nie inną drogę. Jako dziecko chorowałam i lekarz zasugerował, że jest to zapalenie wyrostka robaczkowego, straszył mnie operacją. Bardzo bałam się operacji. Czy słusznie, czy niesłusznie było postawione rozpoznanie, nie będziemy tutaj rozstrzygać, bo to nie ma znaczenia, ale wtedy zaopatrywał mnie lekarz, który był niesympatyczny, który wzbudził we mnie lęk i strach, i który w ogóle nie rozwiał moich dziecięcych wątpliwości. Ostatecznie nie miałem tej operacji, więc rozpoznanie było raczej błędne, ale to sprawiło, że pomyślałam sobie, że to jest niemożliwe, żeby być lekarzem i nie móc być osobą zrozumiałą dla pacjenta. Tamto doświadczenie sprawiło, że chciałam móc pokazać, że można być przygotowanym merytorycznie do tej pracy, wykonywać ją dobrze, ale jednocześnie umieć zachować równowagę między byciem zwykłym człowiekiem, a byciem lekarzem, żeby móc być przyjacielem drugiego człowieka w każdej sytuacji, zwłaszcza w tej zdrowotnej, kiedy nie wiemy, czego pacjent najbardziej potrzebuje – czy poza wyleczeniem poprowadzenia przez swoją chorobę, umocnienia, czy podniesienia na duchu. Wydaje mi się, że te dwie drogi łączą się ze sobą, splatają się i muszą iść równolegle. Tak właśnie postrzegam zawód lekarza. Musimy umieć pomóc merytorycznie, ale i duchowo.

To trochę przypomina mi patrzenie na pacjenta oczami św. Joanny Beretty Molli, która mówiła, że w każdym pacjencie widzi Pana Jezusa. Pochylała się nie tylko nad człowiekiem, który odwiedził jej gabinet, ale równocześnie nad cierpiącym Panem Jezusem.

Nie zawsze tak jest, że każdy pacjent jest sympatyczny, z którym można nawiązać relacje i wiemy, jak możemy mu pomóc. Wielokrotnie zdarza się, że nie wiemy, co można zrobić, albo wiemy, że to, co niesie medycyna, to nie jest to, czego oczekuje pacjent… Trudnych sytuacji w naszej pracy jest wiele. Dlatego jak w tym niesympatycznym pacjencie, w swojej wyobraźni zobaczymy Jezusa, to łatwiej będzie nam mu pomóc. Każdemu takiemu pacjentowi jesteśmy w stanie pomóc, ponieważ ta pomoc przychodzi w zupełnie niespodziewany dla nas sposób i rozwiązane zostają problemy. Nie jest żadną glorią mówić dobrze o człowieku, którego lubimy, ale dopiero wysiłkiem jest dostrzec w kimś, kogo nie lubimy, dobrą cechę. Jeżeli będziemy na człowieka patrzeć w taki sposób, że pomagamy samemu Jezusowi, to jesteśmy w stanie przenieść góry, nawet jeżeli mamy swoje ludzkie ograniczenia. Spodziewam się, z czego to wynika. Być może to jest jednak tak, że właśnie wtedy działa Jezus, tylko trzeba go wpuścić do własnego serca. Jeżeli lekarz patrzy na drugiego człowieka, próbując dostrzec w nim Jezusa, to może uczynić wiele. Pan Bóg nas, lekarzy, używa tylko jako narzędzi i jestem przekonana, że im lichsze narzędzie, to czasami to działanie jest jeszcze lepsze, bo większa jest wtedy chwała Boga.

To w takim razie, czy lekarz, który jest osobą niewierzącą, może pomóc drugiemu człowiekowi?

Jest w stanie. Osoba niewierząca w Jezusa Chrystusa, a będąca lekarzem, gdy jest bardzo dobrze przygotowanym merytorycznie do zawodu, jest w stanie pomóc człowiekowi, bo Pan Bóg jest Bogiem nas wszystkich, nawet tych, którzy w Niego nie wierzą. Nie można zakładać granic dla czynienia dobra przez człowieka, tak jak nie można zakładać ich Jezusowi i Jego działaniu, bo wszystko jest możliwe. Natomiast rozum, umiejętność, doświadczenie, które są niezbędne w zawodzie lekarza, przychodzą też z czasem, bez względu na to, czy jest się osobą wierzącą czy też nie. Rozum dostał od Boga i tym działaniem jest w stanie oczywiście pomóc człowiekowi, więc nie musimy pytać: „Czy jest pan wierzący, bo jeżeli nie, to pan mnie nie wyleczy!” Pozwólmy na to. Wydaje mi się, że lekarz wierzący ma ten dodatkowy atut, że Bóg może z łaską wiary dotrzeć do człowieka. Nie można zakładać, że osoba niewierząca nam nie pomoże. W ten sposób odnosząc się do innych dziedzin, to okazałoby się, że wiele rzeczy w naszym życiu nie działa. To jest też tak, że my, lekarze, wyczuwamy, kogo mamy po drugiej stronie.

Odwrócę trochę sytuację i przedstawię ją z punktu widzenia pacjenta. Przychodząc do gabinetu lekarskiego nie pytam wprost lekarza, czy jest osobą wierzącą czy też nie, bo jednak przychodzę do lekarza, a nie do kapłana. Jednak, gdy zobaczę jakieś „atrybuty” osoby wierzącej, czyli łańcuszek z Matką Bożą, krzyżyk na szyi, to ta osoba budzi większe – w moim odczuciu – zaufanie.

Zdarzą mi się sytuacje, że przychodzą do mojego gabinetu pacjenci, którzy siadając na fotelu i patrząc na ścianę, mówią: „W porządku, teraz czuje się dobrze”. Dlaczego? W jednym z gabinetów, w którym pracuję, wiszą dwa zdjęcia ważnego dla mnie świętego, a mianowicie o. Pio. Zdarzało się też tak, że pacjent mówił wprost: „Jak tu jest o. Pio, to czuje się bezpiecznie”, i nie były to pojedyncze przypadki. Myślę, że – jak to Pani nazwała – ”atrybuty” świadczące o naszej przynależności, przyznawania się do wiary, działają w obie strony. Działanie wierzącego lekarza musi iść dwutorowo – rozum i wiara. Wtedy są najlepsze efekty. Sama noszę „cudowny medalik”, który ma dla mnie ogromne znaczenie. Czasem pytam pacjentów, czy wiedzą, co on oznacza. Nauczyłam się też dopytać pacjenta, który ma na sobie jakiś medalik, czy wie co nosi. Uzdrowienie może przyjść z różnej strony: „Jak już nosi, to niech też prosi”.

Mam tak, że na każdy zawód patrzę przez pryzmat życiowego powołania. Czy bycie lekarzem jest Pani powołaniem?

Myślę, że w ogóle od tego trzeba wyjść, żeby być lekarzem. Kiedyś byłam na spotkaniu w szkole, w gimnazjum, gdzie odbyła się rozmowa na temat zawodu lekarza. Pamiętam, jak wtedy powiedziałam dzieciom, że nie wyobrażam sobie, żeby ktoś miał chodzić do pracy, do szpitala, do przychodni, do poradni w charakterze lekarza tylko dlatego, że miałyby o tym decydować inne czynniki niż powołanie. Wydaje mi się nawet, że nie do końca możliwym jest wykonywanie zawodu lekarza bez elementu powołania, bo chyba nie dałoby się rady. Cała droga do wykonywania tego zawodu jest bardzo trudna. Najpierw trzeba przejść bardzo ciężkie studia, później ciężki charakter pracy, uzyskanie specjalizacji – kolejne długie lata. Gdyby miało w tym zabraknąć powołania, to wydaje mi się, że praca lekarza nie byłaby możliwa do wykonania.

To pytanie zrodziło mi się w kontekście analizy życia św. Joanny Beretty Molli. Natknęłam się na informację, że św. Joanna nie tylko kierowała się w życiu miłością do drugiego człowieka, ale także reagowała na niewłaściwe podejście innych lekarzy, spośród których spora część szukała bogactwa. Jak uważała Lekarka, pełnienie tego zawodu opiera się na służeniu, a nie chęci zysku. Jak Pani podchodzi do takich sytuacji?

Dostrzegam takie osoby, ponieważ one są w każdym środowisku – czy to będą dziennikarze, nauczyciele, sędziowie czy jeszcze inni. Zawsze będzie tak, że znajdą się ludzie z różnym podejściem i w moim zawodzie takowe też są. Ale przede wszystkim dostrzegam lekarzy pragnących pomóc drugiemu człowiekowi. W różnych miejscach pracy byłam zatrudniona i z różnymi osobami pracowałam. Zdarzało się pracować z bardzo trudnymi osobami, wielokrotnie nie podobało mi się czyjeś zachowanie wobec koleżanki czy kolegi, wobec pacjenta, lekarza, pielęgniarki, rejestratorki. Obieram wtedy zasadę: małe kroki, ale do przodu. Trzeba wejść w tę sytuację, nie na siłę, ale spokojnie. Zauważyłam, że czasem trwa to krócej, a u innych dłużej (po miesiącu, dwóch, po pół roku, roku). Te osoby widząc, jak można pracować, jak można się wobec kogoś zachować, stopniowo się uczą. Przez przykład, niekoniecznie przez ostre zwrócenie uwagi, chociaż bywają i takie sytuacje. Sama kiedyś musiałam wyrazić swoje stanowisko w sposób może dla kogoś i nieprzyjemny, ale wymagała tego sytuacja. Jednak generalnie wyznaję zasadę, że ludzie się zmieniają w zależności od tego, w jaki sposób się z nimi rozmawia. Przypominają mi się historie z poradni, bo tam często dochodzi do nieprzyjemnych zdarzeń. Jeżeli widzę, że ktoś w zły sposób odnosi się np. do pacjenta (…), to potrafiłam przerwać pracę, wyjść naprzeciw takiej sytuacji i powiedzieć: „W czym tkwi problem?”. Umiejętność rozmowy, pokazanie rozwiązania poprzez wejście w relacje z drugim człowiekiem jest bardzo pomocne, jak też po prostu świadectwo życia, ta codzienność, w której jeden dla drugiego może być uprzejmy, dobry. Każdy z nas ma lepsze i gorsze dni, swoje problemy. To nie jest tak, że zostawiamy je za zamkniętymi drzwiami i wychodzimy do pracy. Praca nad sobą, świadectwo życia jest czasem najlepszą formą modlitwy. Powrócę na chwilę jeszcze do Matki Urszuli Ledóchowskiej, która mówi, że nie egzaltowana pobożność, nie to, jak dużo zapalimy świeczek przed obrazem świadczy o tym, jak daleko i z jaką mocą modlitwa uleci do nieba. Musimy w to wszystko włożyć swoje serce i tak żyć, żeby apostolstwo radości życia wnieść w codzienność. Ledóchowska mówiła, że dusza słoneczna sama przez się jest apostołką, bezwiednie prowadzi do Boga. Dlatego odważnie idźmy w świat czynić dobro.

Dziękuję za rozmowę.

Anita Suraj-Bagińska/radiomaryja.pl

drukuj