Wyklęci, do końca niezłomni
Gdy po śmierci Barbary Szendzielarz w Domu Pomocy Społecznej "Kombatant" w
Warszawie okazało się, że nie ma pieniędzy na jej pochówek na cmentarzu
Powązkowskim w grobie ojca, majora Zygmunta Szendzielarza, słynnego "Łupaszki",
dowódcy V Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, w pierwszej chwili nie uwierzyłam.
Jak to, jedyna córka wielkiego bohatera naszej Ojczyzny, niezłomnego do końca
żołnierza Armii Wyklętej, nie dość, że wychowywała się bez rodziców (matka
zmarła w czasie wojny, ojciec walczył o niepodległą Polskę, a w 1951 roku został
zamordowany w więzieniu na Rakowieckiej), prześladowana przez komunistyczne
władze żyła i zmarła w biedzie, to nawet po śmierci nie ma dla niej miejsca w
symbolicznym grobie ojca? Polacy nie zawiedli. Dzięki społecznej zbiórce
pieniędzy został wypełniony testament Barbary Szendzielarz. I pochowano ją przy
ojcu.
Piszę o tym w kontekście przedstawienia "Wyklęci" Tomasza Żaka w wykonaniu
Teatru Nie Teraz z Tarnowa, którego premiera odbyła się niedawno w więzieniu na
Rakowieckiej w Warszawie. Ten znakomity, wyjątkowy i przejmujący spektakl jest
hołdem złożonym przez Teatr Nie Teraz niezłomnym bohaterom podziemia walczącym o
niepodległą Polskę, żołnierzom Armii Wyklętej, majorowi Zygmuntowi
Szendzielarzowi "Łupaszce" (córka, niestety, nie doczekała premiery), generałowi
Augustowi Emilowi Fieldorfowi "Nilowi", rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu,
Danucie Siedzikównie "Ince", majorowi Józefowi Kurasiowi "Ogniowi", Józefowi
Franczakowi "Lalkowi" i wszystkim pozostałym bohaterom armii wyklętej, o których
się nie pamięta i których nazwisk nawet nie znamy, a którzy wołają o pamięć.
Przywołani do apelu
To przedstawienie jest połączeniem wysublimowanego dzieła teatralnego z
elementami dokumentalnymi przetworzonymi artystycznie. Jest poetyckim
przywołaniem do apelu tych, o których pamięć przez kilkadziesiąt lat była przez
władze komunistyczne skutecznie zabijana. Przedstawienie ma formę zbliżoną do
teatru rapsodycznego. Operuje symboliką i skrótem myślowym. Pusta, wyciemniona
scena, po obu jej stronach siedzą widzowie. Scenografię stanowi jedynie okno z
zawieszoną na nim firanką. Główny akcent położony jest tu na słowie, reszta, jak
ruch postaci, śpiew, światło, współtworzy klimat i dopowiada treść. Delikatny
snop światła powoli wyłania z ciemności kilkoro postaci. Z dialogu wynika, że
szykują się do drogi. Ta droga prowadzi ich do lasu. Wojna wprawdzie się
skończyła, ale w miejsce niemieckiego okupanta pojawił się sowiecki, więc dla
Polaków walka trwa nadal. Podziemie niepodległościowe ma do wypełnienia zadanie
odzyskania suwerennego państwa.
Młodzi wstępują więc do Wileńskiej Brygady majora Szendzielarza, jest wśród
nich najmłodsza bohaterka, zaledwie siedemnastoletnia Danusia Siedzikówna "Inka"
(świetnie poprowadzona rola przez Magdalenę Zbylut). Wypowiadane przez nią słowa
przysięgi z trzymaniem ręki na krzyżu są połączeniem sacrum i patriotyzmu,
miłości Boga i Ojczyzny: "W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Maryi
Panny kładę swe ręce na ten święty krzyż, znak męki i zbawienia. I przysięgam
być wierny Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej. Stać nieugięcie na straży
jej honoru i o wyzwolenie jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił aż do ofiary z
mego życia. Rozkazom będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy dochowam,
cokolwiek by mnie spotkać miało". To niezwykle piękna i wzruszająca scena mająca
swój pierwowzór w zdarzeniu autentycznym. "Inka" do końca pozostała wierna
złożonej przysiędze. Mimo tortur nikogo nie wydała. Jej ostatnie słowa przed
wykonaniem wyroku śmierci: "Niech żyje Polska!", dowodzą, iż droga, jaką
wybrała, była jej wyborem świadomym mimo tak młodego wieku.
W scenach przesłuchań pojawia się postać o imieniu Helena (wyrazista rola Ewy
Tomasik) wygłaszająca pean na cześć Związku Sowieckiego i ściskająca w dłoni
"Gazetę Wyborczą". To ona przesłuchuje i prowadzi sprawę Siedzikówny oraz innych
wyklętych. Budzi niedwuznaczne skojarzenia z prokurator Heleną Wolińską i drugą
stalinowską zbrodniarką Julią Brystygierową. Pojawia się też szantażowany przez
nią Janek (dobra rola Przemysława Sejmickiego), który nie wytrzymał, załamał się
i poszedł na współpracę z ubecją. I teraz namawia swoich niedawnych przyjaciół,
Konrada (Łukasz Krzemiński) i Lilkę (Agnieszka Rodzik), by przestali walczyć, bo
to nie ma sensu.
Człowiek to sumienie
Tomasz Żak zrealizował przedstawienie znakomite artystycznie, ważne
społecznie i zgodne z programem swego teatru odwołującego się do tradycji
narodowych i katolickich. To kolejna prezentacja Teatru Nie Teraz, która
wyraziście podkreśla rolę, jaką dziś teatr powinien odgrywać wobec
społeczeństwa, wobec widzów. Artysta swoimi wcześniejszymi przedstawieniami, a
także najnowszymi, jak "Ballada o Wołyniu" czy "Wyklęci", przypomina, iż teatr
ma do spełnienia ważną misję społeczną, moralną, edukacyjną, historyczną i
oczywiście artystyczną. W przedstawieniach Teatru Nie Teraz ważne miejsce
zajmuje wartość, która coraz bardziej rugowana jest dziś z życia społecznego,
artystycznego, nie mówiąc już o politycznym. Chodzi o sumienie. Teatry – poza
nielicznymi wyjątkami – pokazują dziś człowieka uprzedmiotowionego,
zredukowanego do funkcji biologicznej. A przecież człowiek w swej istocie
człowieczeństwa to przede wszystkim sumienie. W przedstawieniach Tomasza Żaka
istota ludzka jawi się jako pełnia – duszy i ciała. Tutaj człowiek osadzony jest
w swojej tożsamości narodowej, religijnej i kulturowej. Bohaterowie
przedstawienia "Wyklęci" mają na czym się oprzeć. Właśnie na tych podstawowych
wartościach, które definiują człowieka. Ale te wartości są dziś w ogromnym
zagrożeniu. Wprawdzie część zakazanych dotąd tematów może już pojawiać się w
obiegu publicznym, tak jak sprawa żołnierzy wyklętych, ale – jak słusznie pisze
Tomasz Żak w programie do spektaklu – jednocześnie ludzie kochający Ojczyznę
spotykają się z coraz większym ostracyzmem. Inne poglądy niż oficjalne, rządowe,
znów – jak za Peerelu – spychane są na margines, wypierane z większości mediów,
z normalnego dyskursu politycznego, z oficjalnej kultury. Problem z
umieszczeniem na multipleksie Telewizji Trwam jest tego najlepszym przykładem.
Twórca "Wyklętych" Tomasz Żak, wykorzystując w przedstawieniu fragmenty
"Wyzwolenia" Stanisława Wyspiańskiego, a także fragmenty III części "Dziadów"
Adama Mickiewicza, wiersz Zbigniewa Herberta "Raport z oblężonego miasta" oraz
cytaty z książki Józefa Mackiewicza oraz sięgając do pieśni patriotycznych i
religijnych, wskazał na więź międzypokoleniową bohaterów literackich, dla
których słowa: "Bóg, Honor, Ojczyzna", a także walka o niepodległość Polski były
wartościami niezbywalnymi. Reżyser doskonale połączył dawnych Konradów
Mickiewicza i Wyspiańskiego z tymi od majora Szendzielarza, ukazując wspólnotę
celu i wartości łączących wszystkich tych bohaterów, prawdziwych i literackich,
dawnych i współczesnych.
Katownie pamiętają ich jęki
To bardzo piękne, mądre i ważne przedstawienie, mające ogromny wymiar
historyczno-polityczny, powinno znaleźć dla siebie miejsce na gościnnych scenach
teatrów profesjonalnych w stolicy, a także w innych miastach. Ostatnio Teatr
Polski w Warszawie zaprasza na swoją scenę w ramach gościnnych występów
przedstawienia różnych teatrów. Niektóre są tak marne artystycznie, że jawi się
pytanie, z jakiego powodu pojawiły się na tej scenie. W końcu prestiżowej. Może
warto, by Teatr Polski, skoro już tak chętnie zaprasza innych, wziął pod uwagę
"Wyklętych", spektakl nie tylko doskonały artystycznie, wysmakowany estetycznie,
o poetyckiej narracji mimo wstrząsającego tematu, ale także bardzo nam dziś
potrzebny w świadomości społecznej. Zwłaszcza jeśli chodzi o młodzież, która
usilnie poszukuje autorytetów, ale nie na jeden sezon, lecz wzorców o trwałej
wartości.
I jeszcze jedno: miejsce premierowej prezentacji, czyli mokotowskie więzienie
na Rakowieckiej w Warszawie, nadało spektaklowi dodatkowo tragicznego wymiaru.
Podczas trwania przedstawienia nie mogłam przestać myśleć o tym, że kilka pięter
niżej, w piwnicach, znajdują się katownie z lat czterdziestych i
pięćdziesiątych, gdzie ze szczególnym okrucieństwem torturowano i mordowano
naszych wielkich Polaków, bohaterów, niezwykle odważnych ludzi, dla których
walka o wolność Polski nie miała wprost ceny. Te mury są nasączone ich krwią i
jękami. To tutaj większość z nich zamęczono, zabito. A ich miejsca pochówku do
dziś w większości nie są znane…
Temida Stankiewicz-Podhorecka
krytyk teatralny
"Wyklęci" scenariusz, scenog. i reż. Tomasz Antoni Żak, oprac. pieśni
Grzegorz Radłowski, oprac. graficzne Paulina Gębica, kost. Agnieszka Piekarczyk,
Teatr Nie Teraz, Tarnów (gościnnie w Areszcie Śledczym Warszawa-Mokotów).
