Więcej dzieci wyższa emerytura

Z Joanną Krupską, prezesem Związku Dużych Rodzin Trzy Plus, rozmawia
Bogusław Rąpała

Rząd Donalda Tuska jest zdeterminowany, aby wydłużyć i zrównać wiek
emerytalny kobiet i mężczyzn do 67 lat. Premier twierdzi, że prowadzi
konsultacje w tej sprawie. Związek Dużych Rodzin Trzy Plus bierze w nich udział?

– Nie, nie zostaliśmy zaproszeni. Zaproszony został za to Kongres Kobiet,
który naszym zdaniem nie jest dobrym reprezentantem naszego środowiska i kobiet
jako takich w ogóle. A szkoda, bo chcielibyśmy w tych konsultacjach wziąć udział
i przedstawić swoje propozycje. Będziemy się o to starać.

Co Państwo proponują?

– Zależy nam na tym, żeby praca rodziców rezygnujących z aktywności zawodowej
na rzecz opieki nad dziećmi została uznana za równorzędną z pracą zawodową.
Postulujemy również objęcie ubezpieczeniem emerytalnym rodzica, który sprawuje
opiekę nad dzieckiem w domu, niezależnie od tego, czy był wcześniej zatrudniony,
czy też nie. Dziś np. studentki, które przed wejściem na rynek pracy urodziły
dziecko, są kompletnie wykluczone z systemu emerytalnego. I po trzecie,
chcielibyśmy, aby uzależniono wysokość świadczenia emerytalnego rodzica
opiekującego się dziećmi i niepracującego zawodowo od liczby dzieci, czyli żeby
ta wysokość rosła proporcjonalnie wraz z liczbą dzieci. Tak jest chociażby we
Francji. Wtedy ktoś, kto ma jedno dziecko, miałby emeryturę wyższą np. o 2
procent, troje – o 10, sześcioro – o 30 procent itd.

A jak oceniają Państwo propozycję PSL, żeby stosownie do liczby
posiadanych dzieci obniżać wiek emerytalny?

– Jesteśmy krytyczni wobec tego pomysłu. Owszem, matki wychowujące większą
liczbę dzieci mogłyby wówczas szybciej przechodzić na emeryturę, ale ich
świadczenia byłyby głodowe. My chcemy, żeby ich emerytury rosły wraz z liczbą
posiadanych dzieci. Można to osiągnąć za pomocą różnych mechanizmów
ekonomicznych: poprzez ustalenie stawek, o ile wyższa będzie emerytura w
zależności od kolejnego posiadanego dziecka, albo też – a jest również taki
pomysł – poprzez to, że część składki pracowniczej na system emerytalny
przechodziłaby bezpośrednio na rodziców. Wtedy w systemie zawarta zostałaby
relacja między rodzicami a dziećmi. Najważniejsze jednak, żeby wysokość
emerytury uzależnić od liczby dzieci. A jak konkretnie zostanie to zrobione, nie
zależy od nas.

Reforma obecnego systemu emerytalnego ma, według Pani, swoje
uzasadnienie?

– Rozumiemy, że w tej chwili Polska znajduje się w bardzo ciężkiej sytuacji.
Przemiany demograficzne są niezwykle niekorzystne, w związku z czym nasz kraj
stanie niedługo na skraju również gospodarczego załamania. Widać wyraźnie, że
utrzymanie systemu emerytur i opieki zdrowotnej w obecnym kształcie, przy tak
szybko starzejącym się społeczeństwie, nie jest możliwe. Za 30, 40 lat będziemy
najstarszym społeczeństwem w Europie. Teraz na jednego emeryta pracują cztery
osoby, za lat 50 będzie pracowała jedna. Należy więc przebudować system
emerytalny, ale trzeba to zrobić tak, aby stworzyć warunki sprzyjające
podejmowaniu decyzji o posiadaniu dzieci. Chcemy, aby rodzice rezygnujący z
pracy na rzecz wychowania dzieci nie byli dyskryminowani. A tak dzieje się
obecnie – matki wychowujące dzieci otrzymują niższe emerytury bądź też, jeśli w
ogóle nie pracowały zawodowo, nie otrzymują ich wcale. Jeśli nie uwzględni się
potrzeb rodziców mających dzieci, to samo podwyższenie wieku emerytalnego
jeszcze bardziej pogłębi zapaść emerytalną, ponieważ z rynku pracy domowej
zostaną zabrane babcie. Stąd nasze postulaty mające uczynić system emerytalny
bardziej prorodzinnym.

Nie mają Państwo wrażenia, że pominięcie przy konsultacjach wynika po
prostu z tego, iż Państwa postulaty nie są korzystne z punktu widzenia rządu,
który preferuje rozwiązania tymczasowe i chce poprawić sytuację "tu i teraz"?

– Właśnie dlatego chcielibyśmy zostać wysłuchani. Tej reformie potrzebny jest
kierunek, który będzie wychodził naprzeciw rodzinom. Oczekujemy też, że rząd
podejmie problem zagrażającej naszemu krajowi zapaści demograficznej i stawi mu
czoła, pomagając rodzinie i stwarzając takie warunki ekonomiczne, żeby rodziny
mogły sobie pozwolić na większą liczbę dzieci.

A jeśli się tak nie stanie i zostaną przyjęte rozwiązania w obecnym
kształcie?

– Ratunkiem dla państwa polskiego jest polityka rodzinna. Dziś ludzie boją
się mieć dzieci. Koszt wychowania jednego dziecka jest bardzo wysoki, a ludzie
nie chcą ubożeć. Tymczasem pauperyzacja z powodu posiadania kolejnego dziecka
jest bardzo gwałtowna. To musi się zmienić. Zamiast karać finansowo rodziny za
posiadanie następnego dziecka, trzeba stwarzać mechanizmy, które umożliwią ich
nagradzanie, co w konsekwencji pozwoli wychować to dziecko zgodnie z
oczekiwaniami rodziców. Nie może być tak, że państwo daje do zrozumienia swoim
obywatelom, że dzieci można mieć tylko wtedy, jeśli jest się bogatym, w
przeciwnym razie skazuje się je na nędzę i wykluczenie społeczne. A taka w tej
chwili panuje tendencja.

Jak obecnie wygląda sytuacja emerytalna matek w rodzinach
wielodzietnych?

– W sferze emerytur ma miejsce straszna niesprawiedliwość, zwłaszcza wobec
rodzin wielodzietnych, a więc również tych zarejestrowanych w naszym związku.
Wiele kobiet w ogóle nie ma emerytur. Ich wychowywane z wielkim trudem dzieci
będą płaciły nie tylko na składki emerytalne wszystkich Polaków, ale także będą
musiały utrzymywać własną matkę. To oznacza, że na przyszłe pokolenie wychowane
w rodzinach wielodzietnych już na starcie nakłada się obciążenia związane z
utrzymaniem rodziców. Wiele matek, które mają kilkoro dzieci, wcale nie będzie
miało emerytur, a te, które wychowując dzieci, rezygnowały z awansu zawodowego,
otrzymają świadczenia niższe niż kobiety, które poświęciły się karierze. Znam
takie rodziny wielodzietne, które żyły tylko z jednej pensji, bo trudno, żeby
kobieta szła do pracy, kiedy w domu było małe dziecko. Teraz te matki borykają
się z problemem własnego ubóstwa – na starość nie mają nic, żadnych środków na
utrzymanie. Ich los zależy od tego, czy dobrze wychowały swoje dzieci i czy te
zechcą je utrzymywać, czy też nie. Ale te dzieci, wychodząc z domu, też
zazwyczaj nic nie mają, ponieważ w takich rodzinach niemożliwością jest, aby coś
odłożyć. To wielka niesprawiedliwość, że traktuje się te kobiety tak, jakby w
ogóle nie pracowały.

Czy, według Pani, kobiety we wszystkich zawodach będą mogły
bezpiecznie pracować do 67. roku życia?

– Z tym jest różnie. Ale jedno jest pewne – w wielu rodzinach, gdzie są
dzieci, potrzebne są babcie. Podwyższenie wieku emerytalnego oznacza ich
zabranie. Jeśli państwo nie da nic w zamian, np. nie przyzna kobietom płatnego
urlopu wychowawczego, to będzie to oznaczało dalsze ograniczanie dzietności.

W tym tygodniu swój ciąg dalszy będzie miała inna bardzo ważna z
punktu widzenia rodzin sprawa – los sześciolatków. W Sejmie zostanie
przedstawiony projekt ustawy, zgodnie z którą dzieci w tym wieku nadal będą
mogły uczęszczać do zerówki, a nie – tak jak chce rząd – do pierwszej klasy. Uda
się?

– Trudno powiedzieć. Prezydent podpisał ustawę, według której od 2014 r.
sześciolatki zostaną objęte obowiązkiem szkolnym. Nasze stowarzyszenie aktualnie
tym problemem się nie zajmuje, ale osobiście jestem przeciwna obowiązkowemu
posyłaniu sześcioletnich dzieci do szkoły. Bardziej przekonuje mnie system
finlandzki, gdzie dzieci zaczynają pierwszą klasę w wieku siedmiu lat. Sama w
stosunku do trojga własnych dzieci prowadziłam w domu zerówkę i nie uważam, żeby
to było dla nich czymś krzywdzącym. W rodzinie wielodzietnej dzieci
niekoniecznie muszą iść do przedszkola, bo mają je w domu.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj