fot. PAP/Tytus Żmijewski

Ważą się losy rządowej tzw. edukacji zdrowotnej

Jak donoszą media, protesty rodziców mogą opóźnić wprowadzenie tzw. edukacji zdrowotnej do szkół. Jedna z gazet napisała, że szefowa MEN, Barbara Nowacka, chce dobrego przyjęcia tego przedmiotu, dlatego rozważany ma być „krok w tył”.

Rządzący mają się obawiać sprzeciwu rodziców oraz głosów płynących od nauczycieli, którzy nie czują się przygotowani i podnoszą, że zmiany chce się wprowadzić za szybko. Według „Gazety Wyborczej” finalnie decyzję w sprawie tzw. edukacji zdrowotnej podejmie Donald Tusk.

Nie bez znaczenia jest tu również kampania prezydencka. Jak zaznaczył były minister edukacji, Dariusz Piontkowski, powoduje ona, że „Koalicja 13 grudnia” obawia się wprowadzania zmian, którym sprzeciwiają się Polacy. Protesty wpływają więc na kalkulacje wyborcze KO.

Kwestia nowego przedmiotu tzw. edukacji zdrowotnej, a zwłaszcza tego komponentu dotyczącego edukacji seksualnej, budzi ogromny opór dużej części rodziców i dlatego być może przynajmniej uda się odroczyć wprowadzenie tego przedmiotu, a być może doprowadzić do tego, że będzie tylko to przedmiot do wyboru tak jak to było z wychowaniem do życia w rodzinie. Tu raczej kalkulacja wyborcza będzie przeważała, bo gdyby politycy „Koalicji 13 grudnia” mogli swobodnie podejmować decyzje, to tak jak Barbara Nowacka mówiła wielokrotnie, oni by ten przedmiot obowiązkowo wprowadzili – mówił Dariusz Piontkowski.

Koalicja rządząca nie może się też porozumieć co do tego, czy tzw. edukacja zdrowotna ma być obowiązkowa czy nie. Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz ogłosił, że będzie to przedmiot dobrowolny, na co ze zdziwieniem zareagowała szefowa MEN.

W założeniu tzw. edukacja zdrowotna miała być obowiązkowa od IV klasy wzwyż i wejść do szkół od września tego roku.

Jednym z komponentów przedmiotu ma być kontrowersyjna tzw. edukacja seksualna, której sprzeciwiają się rodzice i wychowawcy. Krytyczne stanowisko wydał też Konferencja Episkopatu Polski.

RIRM

drukuj