Trans rozumu?

Dziwne nam się dzisiaj wydaje, że chrześcijanie przełomu XIX i XX wieku mieli ogromne problemy ze zrozumieniem śmiertelnego niebezpieczeństwa marksistowskiej, nieludzkiej utopii. Nie pomagały nawet ponawiane poważne wezwania kolejnych papieży, włącznie z encykliką „O bezbożnym komunizmie”. Dzisiaj jednak chyba też mamy problemy z zauważeniem nowej totalitarnej pokusy.

Wmawia się nam, że ludzka cielesność (w tym i płciowość) to tylko fakt biologiczny, z którym człowiek – osoba ludzka, byt ponadbiologiczny – nie powinien się liczyć, a zatem uprawniony jest do dowolnej manipulacji własną i cudzą płciowością. Na bazie tego założenia PE w 2011 r. przyjął rezolucję, w której żąda się, żeby tzw. transseksualiści nie byli „dyskryminowani”, czyli mieli swobodę chirurgicznego „naginania” płciowości własnego ciała do przeżywanych chęci posiadania ciała innej płci. Co więcej, żąda się tu też uznania tych praktyk przez całe społeczeństwo, czyli wprowadzenia przymusu nazywania kogoś np. mężczyzną, chociaż obiektywne fakty wskazują, że jest to kobieta. Polscy wyborcy zapragnęli nawet znaleźć się na czele dziejów światowego parlamentaryzmu i powierzyli nasze wspólne losy osobie „transseksualnej”. Radowaniu się z tych sukcesów przeszkadza red. Tomasz Terlikowski, któremu z tego powodu szykuje się kolejną sądową „ścieżkę zdrowia”, aby przyznał się do „winy” żywienia przekonania o istnieniu obiektywnej prawdy. Niestety, już zasiano w głowach sporo kąkolu. O wyrywaniu go nie ma mowy, ale konieczne jest jego rozpoznanie.

Z tym możemy mieć problemy, biorąc do ręki nawet niektóre katolickie publikacje zajmujące się tematem transseksualizmu. W jednej z nich możemy ze zdziwieniem przeczytać, że osoba „czująca się”, że jest innej płci, niż wskazywałoby na to jej ciało, ma „prawo do zabiegu”, czyli „kuracji” hormonalnej i interwencji chirurgicznej próbującej dostosować narządy płciowe (inne cechy płciowe) do tych przeżywanych chęci. Za „bardziej złożoną” uważa autor tego tekstu ocenę moralną zawarcia związku małżeńskiego przez transseksualistę. W publikacjach dotyczących transseksualizmu brakuje jednak jakichkolwiek opisów przeżyć osoby „transseksualnej”, które określa się zwodniczo jako „poczucie bycia kobietą”, chociaż ma się męskie ciało, albo „poczucie bycia mężczyzną” pomimo posiadania kobiecego ciała. Nie sposób tych przeżyć zrozumieć, bo przecież nie sposób czuć się mężczyzną bez przeżywanej pewności, że się ma np. jabłko Adama, wąsy i brodę czy jakieś swoiście męskie bicepsy. „Czuć się kobietą” w męskim ciele wydaje się tak samo nierealne, jak czuć się np. ptakiem w ludzkim ciele. Bez skrzydeł, dzioba i piór nie sposób się czuć ptakiem, tak jak nie można się czuć w męskim ciele kobietą czy z kobiecym ciałem nie można się czuć mężczyzną. Natomiast jest już zrozumiała – i dostarczająca jednego z kluczy do genezy problemu „transseksualizmu” – możliwość żywienia pragnienia czucia się w ciele przeciwnej płci. Każde dążenie polega na niejako „wyjściu z siebie” do swojego przedmiotu i pragnieniu utożsamienia się z nim. Stąd też np. kierowanie się logiką samego pożądania seksualnego – którego przedmiotem jest „ciało drugiej płci” (K. Wojtyła) – może doprowadzić nawet do pojawienia się pragnienia posiadania „ciała drugiej płci”, czego przykładów dostarczają biografie niektórych rozpustnych rzymskich cesarzy (np. Nerona). Wadę nieczystości zatem nieprzypadkowo określa się jako najbardziej paraliżującą ludzki rozum: na uwięzi pożądania seksualnego można przeżyć rzeczywiście odlot czy trans rozumu i chcieć mieć ciało kobiety, chociaż jest się mężczyzną.

Rezolucja PE wzywa zatem koniec końców do łamania rozumu tym wszystkim, którzy nie mogą się zgodzić, że ciało to tylko biologiczny materiał, którym można się dowolnie posługiwać.

drukuj