Tomasz z Akwinu na Dzień Ojca

Podczas pierwszej czerwcowej audiencji środowej Papież Benedykt XVI raz
jeszcze przypomniał uniwersalność myśli św. Tomasza z Akwinu. Jan Paweł II
nazwał go (w encyklice "Fides et ratio") mistrzem sztuki myślenia.
Wielu woli jednak uczyć się "sztuki myślenia" nie u Akwinaty, ale u
innych. Pewnie z tego powodu, że lękamy się trudnej prawdy, a mistrz w jej
uchwyceniu może nas niebezpiecznie blisko z nią zetknąć. Polska młodzież
wybiera zatem niekiedy studiowanie sztuki myślenia raczej na byłych wydziałach
"filozofii marksistowskiej" – gdzie pewnie do dzisiaj prawda nie razi
swoim blaskiem – niż na tych uniwersytetach, gdzie pielęgnuje się szacunek
dla klasycznej filozofii, a zatem także dla monumentalnego dzieła św.
Tomasza.
Ale nade wszystko z mistrzami sztuki myślenia zapoznawać się można
tylko z wkładem własnego trudu. Tak też musi być z dziełem św. Tomasza będącym
– jak pisał Karol Wojtyła – "owocem czasu swego". Działać i myśleć
zawsze należy wedle "czasu swego", czyli uwzględniając konkretne tu
i teraz. Z tych też powodów nawet średniowieczne dzieło mistrza sztuki myślenia
należy w trudzie każdorazowo dostosować do naszego tu i teraz. Bez tej reguły
metodologicznej wpadamy w pułapki.

Tak też może być, kiedy
poszukujemy u św. Tomasza odpowiedzi na pytanie o sens ludzkiego
ojcostwa, chcąc się intelektualnie przygotować na jutrzejszy Dzień Ojca.
Te uroczystości raczej nie robią większego wrażenia na epoce, która –
jak przypomniał Jan Paweł II – określiła siebie jako „wiek bez ojców”.
Zazwyczaj ojciec prezentowany jest przez współczesnych intelektualistów
jako ktoś zbędny, lub nawet zły. Tak twierdził chociażby Bertrand
Russell w swojej głośnej książce „Małżeństwo i moralność”, a wcześniej
klasycy marksizmu. Dzisiaj także intelektualiści nie ze szkoły św.
Tomasza przypisują wszystkim ojcom stawiane sobie pytania Demokryta z
Abdery (starożytnego materialisty): „Czy dobrze jest mieć dzieci?”. Już
samo postawienie tego pytania zakłada sensowność i słuszność tylko
interesownego odniesienia do własnego dziecka. Ojciec to zatem jedynie
jakiś „posiadacz dzieci”, traktujący je instrumentalnie, przekazujący im
tylko „własne geny, a nie istnienie”, jak to możemy przeczytać w
książce znanego polskiego intelektualisty.
Tomasz z Akwinu
przedstawił natomiast ojca jako obdarowującego istnieniem własne dzieci,
ale w ramach wspólnoty małżeńskiej, która – jego zdaniem – powinna być
przyjaźnią (każdą miłość, również miłość Boga do człowieka, Tomasz
określił jako formę przyjaźni; por. STh, II, q. 23, a.1), a nawet jest
ona „największą przyjaźnią” (por. „Contra Gentiles”). Bycie ojcem to dla
Tomasza owoc realizacji przyjaźni małżeńskiej. Pytanie: „Czy dobrze
jest mieć dzieci?”, jest zatem – z tej perspektywy patrząc – źle
postawione i musi prowadzić do odpowiedzi Demokryta, zgodnie z którą
mieć dzieci jest zawsze złem, a zatem ojciec to tylko ktoś zły.
Ale
nawet z lektury tekstów św. Tomasza nie odniesiemy pożytku, chcąc
zrozumieć rolę ojca, jeżeli zapomnimy o przywołanej wskazówce
metodologicznej. Twierdził bowiem Akwinata, że rola ojca jest ważniejsza
w rodzinie niż matki, zwłaszcza w odniesieniu do wychowania potomstwa. Z
rozumieniem tej tezy muszą mieć problemy najpierw ci, którzy twierdzą,
że ojciec nie obdarza potomstwa istnieniem, ale tylko „daje mu swoje
geny”, jak to czytamy we wspomnianej książce. Wtedy też stosunek ojca do
swojego dziecka niewiele różni się od stosunku do swojego fryzjera, u
którego po goleniu i strzyżeniu także zostawiamy swoje geny starannie
przez tego ostatniego zbierane i wrzucane do kosza. Jeśli obdarzamy
nasze dzieci istnieniem, to fakt ten pociąga za sobą obowiązek nie tylko
ochrony tego istnienia, ale także jego rozwoju, co nazywa się
wychowaniem.
Zdaniem Tomasza z Akwinu, tutaj właśnie – mówiąc o
wychowaniu – rola ojca jest ważniejsza niż matki. Jest ważniejsza,
ponieważ w dziele wychowania nie tylko potrzeba pouczenia, czyli
informowania o dobru i złu, ale także skarcenia, czyli wymierzenia kary
za dokonane zło. Do tej roli karcenia – dodaje Akwinata –
mężczyzna-ojciec jest odpowiedni z racji swojej siły. Te lapidarne
sformułowania Tomasza należy najpierw odpowiednio zrozumieć, na co nie
mają ochoty spragnieni nade wszystko rozrywkowego myślenia. Z pewnością
nie chodziło Tomaszowi o siłę fizyczną mężczyzny konieczną do
wychowania. Gdyby o to chodziło, to ojciec kulturysta musiałby zostać
uznany za lepszego ojca niż ten słabszej postury. Tomasz miał na myśli
siłę woli, która konieczna jest do dokonywania tego aktu
sprawiedliwości, którym jest karanie. Bliższa analiza różnicy relacji
matki i ojca w stosunku do ich dziecka mogłaby precyzyjnie wskazać,
dlaczego akurat ojciec może lepiej dysponować odpowiednią siłą woli, aby
stosując kary, zadbać o dobro rozwoju swojego potomstwa. Tego także
możemy się nauczyć od mistrza sztuki myślenia.

Marek Czachorowski

drukuj