Pogadanka z byłym premierem
O Mariuszu Kamińskim i pracach nad ustawą hazardową za czasów rządów
Prawa i Sprawiedliwości opowiadał wczoraj przed hazardową komisją śledczą prezes
Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. Najwyraźniej z braku pytań do byłego
premiera, który chyba został wezwany raczej dla „zrównoważenia” zeznań premiera
Donalda Tuska niż jako ważny świadek dla wyjaśnienia jakiejś sprawy, śledczy
równie często żartowali, co zadawali poważne pytania.
Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy były premier Jarosław Kaczyński rzeczywiście
powinien wytłumaczyć się przed komisją śledczą, wczoraj chyba swoje wątpliwości
rozwiał. Być może śledczych wyczerpały długie przesłuchania w środę – Grzegorza
Schetyny, i w czwartek – Donalda Tuska, i wczoraj postanowili zrobić sobie
przerwę, spuszczając z tonu. Albo po prostu nie bardzo mieli o co byłego
premiera pytać. Spotkanie przyjęło raczej konwencję miłej pogawędki niż
przesłuchania.
Z prezesem PiS żartował Bartosz Arłukowicz (Lewica), a
błyskotliwe uwagi, żarty i pytania Franciszka Stefaniuka (PSL) odnoszące się do
dotychczasowych prac komisji wzbudzały powszechną wesołość, ożywiając od czasu
do czasu rozmowę komisji ze świadkiem.
Jedynie w pytaniach posła Jarosława
Urbaniaka (PO) można było dostrzec jakąś próbę przyciśnięcia świadka
Kaczyńskiego.
Sam Jarosław Kaczyński nie sprawiał jednak wrażenia
niezadowolonego, że został wezwany na kilkugodzinne przesłuchanie. W dobrym
czasie antenowym – posiedzenie komisji było transmitowane przez stacje
telewizyjne – zyskał bowiem możliwość powtórzenia swojej wizji państwa i przy
okazji podszczypania politycznych konkurentów. – Moje przesłuchanie było
incydentem, jak sądzę, bez większego znaczenia – mówił po przesłuchaniu Jarosław
Kaczyński.
Z ust prezesa Prawa i Sprawiedliwości usłyszeliśmy m.in., że za
rządów PiS politycy rządzącej partii wcale nie spotykali się na cmentarzu z
lobbystami, kilka razy powtórzył, iż mamy „aferę hazardową rządu Donalda Tuska”,
że „stan praworządności w naszym kraju pod rządami Donalda Tuska jest bardzo
niedobry” oraz że były szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusz Kamiński
był tak nieustępliwy i bezkompromisowy w tropieniu korupcji, iż właśnie w wyniku
tego został przez premiera Donalda Tuska zdymisjonowany. – Odwołanie przez pana
premiera Tuska pana ministra Kamińskiego – poza treściami prawnymi, brakiem
przesłanek w moim osobistym przekonaniu, czyli złamaniem prawa po raz pierwszy,
i nieuwzględnieniem konieczności opinii prezydenta, czyli złamaniem prawa po raz
drugi – jest także czymś więcej. Przykro mi to mówić, ale to jest swego rodzaju
przyznanie się do winy – mówił prezes PiS.
Zdaniem Kaczyńskiego, zarzuty,
które Kamińskiemu przedstawiła prokuratura odnośnie do przekroczenia uprawnień
CBA w sprawie afery gruntowej, są akcją polityczną. A za tym wszystkim stoi
premier Tusk.
Samego Kamińskiego określił jako człowieka całkowicie oddanego
swojej misji, który gdy wykryje przestępstwo, jest nie do zatrzymania,
przywołując na to argument wręcz nie do zbicia. – Pan Mariusz Kamiński
doprowadził do upadku rządu, na którego czele ja stałem – mówił Jarosław
Kaczyński, wspominając akcję CBA w ministerstwie rolnictwa.
O spotkania z
Mariuszem Kamińskim prezesa Prawa i Sprawiedliwości pytał Jarosław Urbaniak
(PO). Śledczy z Platformy dopytywał, czy w okresie, gdy działania CBA w sprawie
afery hazardowej i sama afera nabierała rozpędu, spotykał się z szefem CBA.
Można się domyślać, że próbował dociekać, czy działania CBA w związku z aferą
nie były w jakiś sposób zaplanowane wspólnie z największym ugrupowaniem
opozycyjnym. Prezes PiS odpowiadał, że w okresie będącym w zainteresowaniu posła
– od marca do października 2009 r. – w ogóle z Kamińskim się nie spotykał. W
celu weryfikacji słów byłego premiera Urbaniak wnioskował, by komisja wystąpiła
o dane z GPS samochodów CBA. Miałoby to pozwolić na zlokalizowanie miejsc, gdzie
samochody CBA się poruszały, i sprawdzenie, czy nie podjeżdżały pod siedzibę
Prawa i Sprawiedliwości.
Były premier pytany był również o prace jego rządu
nad ustawą hazardową, które ostatecznie zostały zaniechane. Jarosław Kaczyński
wyjaśniał, że do zaniechania prac nad ustawą został przekonany przez minister
finansów Zytę Gilowską. Główna sprawa, która niepokoiła śledczych PO w tej
ustawie, dotyczyła tego, że jej projekt przygotowywany był w Totalizatorze
Sportowym, czyli w firmie, której ustawa dotyczyła, a zakładał m.in. obniżenie
podatków od wideoloterii, które Totalizator miał wprowadzać. Do tej pory
wideoloterie ze względu na wysokie opodatkowanie w ogóle nie funkcjonowały.
Kaczyński tłumaczył, że wtedy nie wiedział, iż projekt był przygotowywany w
Totalizatorze. Wyjaśniał, że powodem nowelizacji ustawy pozwalającej na
uruchomienie wideoloterii była chęć zdobycia pieniędzy, które Totalizator jako
firma Skarbu Państwa przekazałby na budowę obiektów sportowych. W tym kontekście
były premier mówił o zamiarze zorganizowania w Polsce igrzysk olimpijskich. –
Przypomnę status Totalizatora Sportowego. To jest spółka mająca pewnego rodzaju
misję. To jest spółka, która zawsze płaciła na obiekty sportowe, płaciła na
Fundusz Kultury Fizycznej. Czyli miała tutaj pewne szczególne zobowiązania.
Byłem zainteresowany tym, żeby spółka ta miała jak największą część rynku
hazardowego – mówił Kaczyński.
Projekt ten trafił do Przemysława
Gosiewskiego, ówczesnego przewodniczącego Komitetu Stałego Rady Ministrów, od
wiceministra finansów Mariana Banasia za pośrednictwem wiceszefa klubu PiS
Krzysztofa Jurgiela i p.o. wicedyrektora Departamentu Służby Celnej w resorcie
finansów Anny Cendrowskiej. Gosiewski odesłał go jednak z powrotem do
Ministerstwa Finansów, a ze spotkania z Cendrowską i Jurgielem sporządził
notatkę dla premiera. Jarosław Kaczyński zeznał, że w notatce zaniepokoił go
zapis o tym, iż wiceminister Banaś chce, aby projekt został złożony jako projekt
klubowy PiS, a nie rządowy, gdyż departament Ministerstwa Finansów jest
„uwikłany”. Kaczyński powiedział, że sprawę w celu zbadania skierował do CBA.
Jego szef miał odpowiedzieć premierowi, że CBA nie doszukało się niczego, co
mogłoby podlegać zainteresowaniu organów ścigania. Później okazało się, że
„uwikłany” departament został rozwiązany, a jego dyrektor zwolniony.
Prezes
PiS przyznał, że popełnił błąd, chcąc wprowadzić wideoloterie, które należą do
ciężkich form hazardu, i z czasem w tej sprawie zmienił zdanie.
Artur Kowalski
