Po stronie zbrodni?

Co jakiś czas słyszymy w katolickich mediach, że międzynarodowe organizacje
bardzo angażują się na rzecz legalizacji aborcji w krajach, które tego
"dobrodziejstwa" nie mają. Ostatnio czytaliśmy na ten temat odnośnie do krajów
Ameryki Łacińskiej, konsekwentnie zakazujących prenatalnego dzieciobójstwa. Od
dziesięcioleci przychodzi im się jednak zmierzać z zorganizowanymi i silnymi
naciskami zewnętrznymi. Zanim jednak wyrazimy z pewnością szczere oburzenie
wobec tej przemocy i nieuprawnionego mieszania się w cudzą suwerenność
państwową, trzeba sobie postawić męskie pytanie: Czy na pewno nie mamy z tą
aktywnością nic wspólnego?

Odróżnić tutaj należy dwa rodzaje niewiedzy: zawinioną i niezawinioną.
Mniemanie, że w żaden sposób nie finansujemy proaborcyjnej aktywności w krajach
Ameryki Łacińskiej, może być zatem niezawinione. Tak zwany zwyczajny
śmiertelnik, niedysponujący możliwościami dotarcia do informacji, kto i czym
zajmuje się w globalnej wiosce, może spać spokojnie. Natomiast politycy,
duszpasterze i intelektualiści – już nie zawsze. Wielu z nas – niestety, także
dzisiaj – nie wie, że pieniądze na proaborcyjną aktywność wszyscy wykładamy z
własnych kieszeni jako obywatele UE. Precyzyjnie mówiąc, części z nas te
pieniądze zostały z kieszeni wyrwane wbrew wyrażonej przez nas woli, ale część z
nas sama te pieniądze zechciała wyłożyć. Takie chęci de facto wyrażono w
momencie wbiegania Polski do UE. Tymczasem już wtedy powinno być wiadome, że w
ramach Unii pieniądze polskiego podatnika będą musiały zostać przekazane na
proaborcyjną aktywność UE w krajach rozwijających się. Nasze zlekceważenie tego
faktu pewnie od razu oznaczało czytelny, antyewangeliczny przekaz dla całej
Europy. Skoro nawet Polakom nie przeszkadza finansowanie proaborcyjnej
aktywności, to czym się tutaj przejmować?
Ta nasza ówczesna niefrasobliwość tym bardziej jest zdumiewająca, że 13 lutego
2003 roku COMECE (Komisja Episkopatów Wspólnoty Europejskiej) wyraziła swój
protest wobec zaangażowania UE w proaborcyjną aktywność w ramach "pomocy" dla
krajów rozwijających się. Czy mamy takich polityków z pierwszego szeregu, mężów
stanu, duszpasterzy i intelektualistów, którzy poważnie potraktowali ten
protest, czyli zbadali odpowiednie dokumenty UE, rozdarli swoje szaty i dali tym
samym przykład dobrego rozeznania w sprawach najważniejszych?
Ale nie chodzi tylko o przyszłość czy przeszłość. Chodzi także o naszą
teraźniejszość. Omawiana tutaj zbrodnicza aktywność UE trwa, a wciąż nie widać
naszej stanowczej reakcji na kolejne rozporządzenia UE, czyli dokumenty mające
moc wiążącą w krajach członkowskich. Wkraczaliśmy do Unii w ramach
Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady 1567/2003 o "pomocy w odniesieniu
do polityk oraz działań i praw dotyczących zdrowia reprodukcyjnego i seksualnego
w krajach rozwijających się". W latach 2003-2006 przekazywano na ten cel 73,95
mln euro rocznie. Stawszy się "Europejczykami", współtworzyliśmy już nowe,
szersze zakresowo rozporządzenie, obowiązujące wszystkie państwa członkowskie od
2006 roku (1905/2006 z 18 grudnia 2006 r.) "ustanawiające instrument
finansowania współpracy na rzecz rozwoju". Czytamy tutaj w punkcie 18, że
"należy wspierać działania mające na celu poprawę zdrowia reprodukcyjnego i
seksualnego w krajach rozwijających się oraz zapewnienie poszanowania związanych
z nim praw". Wiemy już zatem, kto się przyczynia do proaborcyjnych akcji również
na terenie Ameryki Łacińskiej. Czas nam chyba z tym skończyć?

 

Marek Czachorowski

drukuj