O psie Łajce i samolocie bez pilota

Dobiega końca polska prezydencja w Unii Europejskiej. Została ona
podsumowana przez ekipę Donalda Tuska jako sukces. W rzeczywistości była to
prezydencja nijaka, pełna eurokratycznego żargonu, pustosłowia i frazesów, ale,
co najgorsze, działań na rzecz oddania Unii Europejskiej pod protektorat
niemiecki. Rząd Donalda Tuska nie poruszał tak fundamentalnych tematów, jak
zapaść demograficzna oraz w jaki sposób wspierać rodziny i wdrażać politykę
pronatalistyczną, bez której nie ma przyszłości Europy. Szczyt w sprawie
partnerstwa wschodniego zakończył się klapą, nie załatwiono wyrównania dopłat
dla polskich rolników, nie podjęto renegocjacji pakietu klimatycznego, który
jeśli zostanie utrzymany na dotychczasowych zasadach, oznacza trwałe okaleczenie
polskiej gospodarki.

Rodzi się pytanie, co dla Polski wynika z tej prezydencji. Można odpowiedzieć
jednym zdaniem: Polacy mają z niej tyle, ile psy miały z lotu Łajki, psa
wystrzelonego w kosmos w sowieckiej rakiecie orbitalnej 3 listopada 1957 roku.
Jak wiadomo, psy nic nie miały z lotu Łajki, a jej lot, w którym notabene
zginęła, wykorzystano do uprawiania Himalajów sowieckiej propagandy. Podobnie PO
wykorzystuje prezydencję przede wszystkim do uprawiania hiperpropagandy i
fałszowania obrazu Unii Europejskiej, w której wbrew temu, co twierdzą rządzący
Polską, interesami narodowymi kierują się wszyscy europejscy gracze. Niemcy,
Francja, Wielka Brytania, Węgry, Czechy dbają o swoje. Natomiast przedstawiciele
Polski są tak "europejscy", bardzo martwią się o interesy Niemiec i ustanowienie
stolicy Unii Europejskiej w Berlinie, o euro, o dobre samopoczucie eurokratów,
natomiast nie dbają o interesy naszego kraju.
Polscy podatnicy mają finansować bogatsze kraje. Polska ma płacić za utopijne
pomysły eurokratów, jak na przykład euro, o którym jego twórca – czołowy
euroideolog Jacques Delors – powiedział, że od początku było naznaczone
konstrukcyjnymi wadami. Polscy przywódcy w ciemno popierają irracjonalne pomysły
euronacjonalistów, którzy chcą ratować euro przy pomocy lekarstwa gorszego od
choroby. Przy czym nie moderują dyskusji o tych sprawach najpierw w Polsce
odwołując się do woli Narodu, a swoje skompilowane złote myśli z programu
niemieckiej partii rządzącej lizusosko ogłaszają, jak Radosław Sikorski w
Berlinie, a Donald Tusk również za granicą, na forum Europejskiej Partii
Ludowej.
Polityka Donalda Tuska jest szkodliwa dla Polski i żałośnie nieporadna. Na
zeszłotygodniowym szczycie UE "ostatniej szansy" do końca nie wiadomo, co
ustalono. Rzecznik rządu Paweł Graś pytany w jednej z komercyjnych stacji
radiowych o tryb zatwierdzenia przez Polskę postanowień szczytu, odparł z naiwną
szczerością, że tak naprawdę dopiero za kilka tygodni, jak przyjdzie z Brukseli
tekst uzgodnień, będzie wiadomo, co ostatecznie ustalono i w jakiej formule
prawnej poszczególne państwa będą to ratyfikowały. Nawet nie wiadomo, czy te
postanowienia przyjmą formę prawną umowy międzyrządowej, paktu, a może jednak
traktatu i jaką większością parlamentarną, zwykłą czy w trybie art. 90
wymagającą większości dwóch trzecich w Sejmie i Senacie będą zatwierdzane. Czy w
tym locie leci z nami pilot? Pocieszające w tej historii jest to, że – jak się
wydaje – Niemcy na razie jeszcze nie zażądali od ekipy Donalda Tuska całkowitej
rezygnacji z suwerenności, na co zapewne liderzy PO ochoczo by przystali w imię
ratowania "projektu europejskiego".

Jan Maria Jackowski
 

drukuj