Nowa Europa pod Kostrzynem?

Ogromnie ważną rolę w życiu politycznym republiki rzymskiej odgrywało pojecie
"novus homo". Rządząca elita – nobilitas – określała tym nieco pogardliwym
mianem "nowego człowieka" przedstawiciela pozostałych warstw społecznych –
mówiąc w największym skrócie – o ile zechciał sięgać po najwyższe państwowe
godności. Taki "nowy człowiek" musiał dopiero udowodnić swoimi czynami, iż
godzien jest uczestniczyć w odpowiedzialności za państwo w jednym szeregu z
tymi, o których można już było domniemywać, iż się sprawdzą. Gwarancją tych
domniemywań były wielkie czyny ich przodków. Szczególne jest to, że jedynym
przywilejem nobilitas była możliwość umieszczania w centralnym miejscu domu
(atrium) woskowych masek wybitnych przodków, co było pewnie wskazówką, czym w
życiu należy się chlubić. Podczas pogrzebu członka rodziny nobilitas wkładano
wszystkie te maski i tworzono orszak jak najbardziej przypominający wybitną i
żywą przeszłość zmarłego.

Ta przypominana wybitna przeszłość oddziaływała na wszystkich obywateli. Zdaniem
Polibiusza – ok. 200-118 (przed n.Chr.) – greckiego starożytnego historyka, tą
drogą wyrabiano męstwo Rzymian, w czym mieli przewyższać wszystkie narody, bo
"kogóż nie zagrzałby widok wszystkich razem, jak gdyby żywych i uduchowionych
podobizn mężów, których z powodu dzielności uwielbiono (…) w ten sposób stale
odświeża się wieść o dzielności zacnych mężów, wieczna staje się sława tych,
którzy dokonali jakiegoś chwalebnego czynu, a imię tych, co zostali
dobroczyńcami ojczyzny, staje się znane ogółowi i przechodzi do potomności. Co
zaś najważniejsze, młodzież znajduje w tym podnietę, żeby wszystko znieść dla
państwa, celem osiągnięcia sławy towarzyszącej dzielnym mężom" (Polibiusz,
Dzieje Rzymu, 53-54). Ale w czasach odchodzenia w przeszłość świetności
starożytnego Rzymu widzimy już lekceważenie zakorzeniania teraźniejszości w
wielkiej przeszłości. Nawet sam Seneka przekonywał, iż "Dom pełen zakurzonych
wizerunków praojców nikogo jeszcze nie uszlachetnia", zapominając jednak o tym,
iż uszlachetniają nas nie same wizerunki praojców, ale odświeżana w nich pamięć
o ich wybitnych czynach.
Zamiast wspominania wielkich czynów przodków część naszej młodzieży celebruje
wspomnienia nic nieznaczącego w sensie pozytywnym trzydniowego koncertu
rockowego z 1969 roku w USA. Wtedy jedynym "mężnym" czynem, którego trzeba było
na tę okazję dokonać, było kupno wejściowego biletu lub sforsowanie ogrodzenia z
metalowej siatki. Z samej kąpieli w błocie pod Kostrzynem nasza młodzież też nie
wydobędzie z siebie żadnego mężnego czynu, chociażby obecny tam przewodniczący
Jerzy Buzek – jak zawsze optymistycznie uśmiechnięty – dawał słowo honoru, że na
tym polega Europa. Rzeczywiście tonie ona w jakimś błocie, bo deptana jest przez
nowych Galów, Hunów i Wandalów. Z Europą Solona, Sokratesa, Cycerona, Augustyna
itd. nie ma ona jednak nic wspólnego. Kąpią się w tym błocie "novi homines",
ludzie bez przeszłości, skoro chlubią się i wspominają bryję błota sprzed
czterdziestu lat, spowodowaną ulewnym deszczem, pomimo próby jego powstrzymania
siłą woli zgromadzonych, skandujących na komendę: "No rain!". Mocno jednak wtedy
popadało, a po odrobinie haszyszu – pisał Charles Baudelaire – nawet bohomaz
wydaje się arcydziełem, a błoto pewnie stosami zroszonych płatków róży. Tak
chyba tłumaczyć należy poranne moczenie się w błocie zmęczonej, ale
uśmiechniętej amerykańskiej młodzieży, hojnie jednak raczącej się haszyszem, jak
to widzimy na filmie z 1969 roku.
Obywatele spoza rzymskiej elity stanowili jeszcze społeczną niewiadomą i żadnego
politycznego kredytu nie otrzymywali za obietnice, porywającą mowę czy gotowość
kąpieli w błocie. Najsłynniejszym "nowym człowiekiem" w Rzymie był Cyceron,
główny obrońca republiki rzymskiej w czasach jej schyłku przed ludźmi bez
przeszłości i bez jutra, ale mamiących innych swoją powierzchownością, jak to
było w przypadku Katyliny. Brakuje jednak wielkiej i zasłużonej postaci Cycerona
dostatecznego docenienia dobrej przeszłości. Kiedy rozkoszujemy się lekturą jego
prac filozoficznych, wprawia nas w zdumienie jego opinia, iż nie ma obiektywnych
powodów, aby Rzymianie mieli wysoko cenić sobie Greków. Rzymianie albo jakoby
nie życzyli sobie biegłości w jakiejś dziedzinie, ale gdyby tego zechcieli, to
nawet w muzyce przewyższyliby Greków. Albo też im jak najbardziej dorównywali,
jak np. w filozofii. Zaskakuje ta teza u tak wybitnego popularyzatora greckiej
filozofii, jakim był Cyceron, bo dzisiaj nawet student – mający kurs z historii
filozofii – otrzymałby bez pardonu dwóję za wypowiedzenie na egzaminie tak
oczywistego głupstwa. Widać zatem, że Cyceron nie do końca podjął dziedzictwo
przeszłości. Wielkość nigdy nie polega na nowości, tylko na pamiętaniu wielkiej
przeszłości, podjęciu tego skarbca, ocaleniu go przed zapomnieniem i na koniec
dorzuceniu do niego jakiegoś malutkiego dobra. Zamiast pamięci o dziedzictwie
Jerozolimy, Aten, Rzymu i Warszawy, walczącej 1 sierpnia, "nowi Europejczycy"
spod Kostrzyna z dumą wpatrywali się w niezaschniętą od 1969 roku kałużę błota.
 

Marek Czachorowski

drukuj