fot. PAP/Piotr Polak

[NASZ DZIENNIK] Chiny zarabiają na ideologii

Kolejne miliardy złotych mają popłynąć do zagranicznych firm rozwijających w Polsce odnawialne źródła energii. OZE mamy rozbudowane już jednak do tego stopnia, że destabilizują nasz system.

Miniony rok klimatyści mogą zaliczyć do udanych. Zmniejszono bowiem udział w miksie energetycznym węgla gwarantującego nam bezpieczeństwo energetyczne do blisko 53 proc., a produkcja energii z OZE przekroczyła 30 proc. W czerwcu triumfalnie ogłoszono natomiast, że odnawialne źródła energii po raz pierwszy wyprodukowały więcej energii niż źródła węglowe. Gdy jednak w ostatnich tygodniach w związku z falą mrozów mieliśmy do czynienia z rekordowym zapotrzebowaniem na energię, to w chwili tej prawdziwej próby mogliśmy przede wszystkim liczyć na węgiel i gaz, a OZE zapewniały jedynie blisko 20 proc. mocy.

Występy klimatystycznych propagandzistów usiłujących przekonywać, że energia z fotowoltaiki czy elektrowni wiatrowych jest kluczem do uzyskania tańszej energii, stanowią ideologiczną osłonę gigantycznych interesów. Miliardy euro, ale także złotych, trafiają do chińskich firm sprzedających Europie technologie fotowoltaiczne, jak i do niemieckich, którym płacimy za montaż turbin wiatrowych. Nowych elektrowni wiatrowych i fotowoltaiki, które powstają praktycznie tylko dlatego, że są sowicie dotowane, mamy już tyle, że realnie zmagamy się z destabilizacją systemu ze strony tych niestabilnych źródeł energii, a operatorzy bronią się, jak mogą przed ich przyłączaniem. Choć także na poziomie Komisji Europejskiej zapadają decyzje dotyczące obostrzeń w zakresie importu z Chin komponentów do rozwoju OZE, to faktycznie trudno temu skutecznie przeciwdziałać. Zwłaszcza że Chiny nie tylko konkurują ceną, ale także realnie trudno znaleźć inne źródło importu.

Chiny, dominując w produkcji fotowoltaiki, odpowiadają za 85 proc. światowej produkcji paneli, mają ponad 90-procentowy udział w produkcji ogniw i płytek krzemowych. Dochodzi przy tym do sytuacji, że także w Polsce do skorzystania z dotacji z państwowych funduszy na budowę magazynów energii kwalifikowana jest firma związana z Jinko – chińskim światowym potentatem na rynku.

– Chińczycy przystosowali swoją gospodarkę także do tego, aby bardzo dobrze zarabiać na ideologicznej głupocie Europy. Wychodząc naprzeciw polityce w Unii Europejskiej, rozwinęli u siebie produkcję paneli fotowoltaicznych czy komponentów do elektrowni wiatrowych, stając się wręcz monopolistami na świecie. Sami natomiast nie ograniczają się w wykorzystaniu w swojej gospodarce węgla, gazu jak usiłuje to robić Europa – zwraca uwagę prof. Zbigniew Krysiak ze Szkoły Głównej Handlowej.

Rozmówca ocenia, że nachalną promocją OZE robimy sobie w Europie olbrzymią krzywdę, przede wszystkim narażając bezpieczeństwo zaopatrzenia w energię, a przy tym podwyższając koszty jej produkcji.

– Nie dość że penalizowany jest węgiel, to promuje się – także poprzez szereg różnego rodzaju dotacji – fotowoltaikę czy elektrownie wiatrowe. Wyrzuca się pieniądze, które trafiają do chińskich firm, czy też jak w przypadku Polski m.in. do niemieckich, które realizują inwestycje w wiatraki. To tworzy środowisko dla różnych nieczystych interesów – podkreśla prof. Zbigniew Krysiak.

Liberalizacja przepisów wiatrakowych

Blisko 90 proc. „wiatrakowego” rynku w UE kontrolują trzy firmy: duńska Vestas oraz niemieckie Siemens Gamesa oraz Nordex. Profesor Krysiak przypomina również, że Niemcy ciągle bardzo liczą na szersze otwarcie polskiego rynku na kolejne elektrownie wiatrowe. Rząd Donalda Tuska broni w sprawie wiatraków nie składa i po raz trzeci rusza z próbą liberalizacji przepisów, co zapewni niemieckim firmom i tamtejszej gospodarce duży zastrzyk pieniędzy z Polski.

Politycy, którzy tworzą obecną koalicję rządzącą, projekt nowelizacji ustawy wiatrakowej przygotowali jako jeden z pierwszych na początku swojej kadencji. Wówczas w przestrzeni publicznej nie brakowało wprost oskarżeń o sprzyjanie niemieckim firmom. Projekt został wstrzymany i przygotowany od nowa. I choć za drugim razem ustawa wiatrakowa została przez Sejm uchwalona, to jednak w czerwcu wybory prezydenckie wygrał nie ten kandydat, na którego rządzący liczyli. Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę, która umożliwiała budowę turbin już w odległości 500 metrów od domów. W tej chwili mamy trzecie podejście. Projekt ustawy jest na etapie uzgodnień w Komitecie Stałym Rady Ministrów. I choć nie przewiduje już zmniejszenia minimalnej odległości wiatraków od domów, to koncentruje się na uproszczeniu przepisów i skróceniu procedur pozwalających budować farmy wiatrowe. Co ciekawe, rządzący również tym razem nie zdecydowali się na skupienie regulacji dotyczących wiatraków w osobnej ustawie. Poprzednio, usiłując przekonać Prezydenta do złożenia podpisu, do ustawy wiatrakowej przyczepiono regulacje dotyczące podtrzymania mrożenia cen energii dla gospodarstw domowych. Tym razem liberalizacja przepisów w sprawie wiatraków znalazła się w jednym projekcie z przepisami o wsparciu dla inwestycji w obszarze biometanu, biogazu i biomasy.

Artur Kowalski/Nasz Dziennik

drukuj