Na zlecenie?

Świadkowie morderczego napadu na Polskę w 1939 roku nieraz wspominają, że dosyć powszechne było nierozpoznanie wcześniej nadchodzących straszliwych wydarzeń. Także dzisiaj, chociaż znane są wszystkim zatrważające fakty naszej własnej teraźniejszości, to jednak można odnieść wrażenie, że nie rozpoznajemy ich w pełni, a także nie przejmujemy się nimi. Wprawdzie do sądów ciągani są obrońcy nienarodzonych dzieci, aby otrzymać wyrok skazujący, jak to ostatnio widzieliśmy w sprawie przeciwko „Gościowi Niedzielnemu”, to jednak wielu polityków, intelektualistów i kaznodziejów zdaje się jeszcze nie zauważać, że już jesteśmy oplecieni nowym kolczastym drutem, a nieraz sami przykładamy się do jego precyzyjnego rozłożenia.

Część z nas trafnie zareagowała na podjętą przez polski sąd próbę kneblowania w debacie publicznej prawdy o aborcji. Przyglądając się tym słusznym reakcjom, należy jednak stwierdzić przeoczanie jednego z wymiarów tej sprawy. Cóż po naszym dzisiejszym lamencie wobec blokowania przez polskie sądy możliwości wyrażania prawdy o moralnym złu aborcji, skoro równocześnie nieraz robimy wszystko, żeby ten uścisk był jak najmocniejszy? Z reguły bowiem nie zauważa się zbieżności wyroku polskiego sądu w sprawie Tysiąc przeciwko „Gościowi Niedzielnemu” z żądaniami wobec Polski zgłaszanymi poza naszymi granicami, a w szczególności w instytucjach Rady Europy i Unii Europejskiej. Czyż zapomnieliśmy, że także Polska przegrała z panią Tysiąc – i jej mecenasami – w Europejskim Trybunale Praw Człowieka? W orzeczeniu zażądano od Polski nie tylko wypłacenia kobiecie finansowego „odszkodowania” za poniesione „straty”, ale także implikowano stworzenie takiej sytuacji prawnej, która wykluczyłaby w przyszłości niewywiązywanie się państwa z aborcyjnych „usług” dla obywateli.
A może nie wiemy również, że sprawą Tysiąc przeciwko Polsce zainteresowani byli także decydenci UE? To zainteresowanie wyrazili w opinii prawnej (z grudnia 2005 r.) przygotowanej na zamówienie Parlamentu Europejskiego przez Sieć Niezależnych Ekspertów UE ds. Praw Podstawowych. Owa „sieć niezależnych ekspertów” od prawa UE wielokrotnie w tym dokumencie odwoływała się do toczącego się wtedy przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka procesu przeciwko Polsce. Domniemywać należy, że także niezawiśli sędziowie tego Trybunału – chcąc być „na bieżąco” – zapoznali się z ekspertyzą swoich kolegów dotyczącą stosunku unijnego prawa odnośnie do respektowania sumień pracowników służby zdrowia w takich kwestiach, jak między innymi aborcja. Przypomnę, że według tych superznawców unijnego prawa, lekarze koniec końców muszą być zaangażowani w aborcyjny proceder. U nas jednak chyba nie wszyscy o tych faktach słyszeli, skoro nawet wybrali do Parlamentu Europejskiego premiera Jerzego Buzka. Mocą tej naszej decyzji pojechał on ostatnio przekonywać Irlandczyków, iż UE nie miesza się do sprawy aborcji. Z dokumentu „sieci niezależnych ekspertów” prawnych UE wynika jednak, że jest inaczej – jak wspomniałem w poprzednim felietonie. Nie wspomniałem jednak, iż siła tego zainteresowania nawet strąca trony, bo omawiana ekspertyza prawna doprowadziła do obalenia słowackiego parlamentu, rozpisania nowych wyborów i dojścia do władzy nowych sił politycznych, już niezainteresowanych jakimś nowym konkordatem ze Stolicą Apostolską, w którym zostałyby zawarte gwarancje chronienia sumień lekarzy odnośnie do aborcji. Miesza się zatem UE do aborcji czy nie? Tylko trochę się miesza czy bardzo?
Niektórym jest wszystko jedno. Chociaż Polska na szczycie w Lizbonie (18-19 października 2007 r.) przyłączyła się do tzw. brytyjskiego protokołu do traktatu lizbońskiego, to po tym kroku we właściwym kierunku zaraz zrobiono kilka do tyłu. Sejm złożył bowiem (już 20 grudnia 2007 r.) „wyrazy nadziei”, „że możliwe będzie odstąpienie przez Rzeczpospolitą Polską od protokołu brytyjskiego”, czyli złożono zapewnienie, iż Polska jest gotowa przyjąć traktat nawet bez owego protokołu. Znaczy to po prostu, że grzecznie czekamy na zlecenia, nawet takie, jakie wykonał ostatnio polski „niezawisły sąd” w sprawie „Gościa Niedzielnego”.
Głupotą jednak może być podejrzewanie mnie o przypisywanie temu sądowi bycia na jakiejś naradzie np. w Komisji Europejskiej. Znaki czasu na niebie i ziemi czytają nawet bociany odlatujące na jesień z Polski, a co dopiero sędziowie posługujący się prawem stanowionym. Zanim uda się przeforsować w Polsce w pełni „europejskie” prawo, dba się pewnie o stworzenie obyczaju sprzyjającego temu przedsięwzięciu. Zauważyli tę konieczność klasycy nowożytnego liberalizmu. Zdaniem Johna Locke”a, nawet Boskiej sprawiedliwości niektórzy mogą umknąć, nawracając się na łożu śmierci. Jeszcze łatwiej ominąć państwowe sądy pomimo naruszania prawa. Natomiast nie sposób uniknąć przykrych konsekwencji lekceważenia opinii publicznej. Pokazano zatem katolickim mediom, czego im absolutnie czynić nie wolno, aby obywatel dobrze wiedział, jak powinien myśleć „po europejsku” w sprawie aborcji. Obawiać się jednak należy – wnioskując z dotychczasowej opcji na rzecz budowania UE na kolanach – że może niektóre z tych mediów skwapliwie z tej rady skorzystają. A może raczej dzięki tej ostatniej orzeźwiającej lekcji zaczniemy myśleć samodzielniej w sprawie UE?


Marek Czachorowski
drukuj