fot. facebook

Mobbing socjalny pracowników delegowanych to mit

Nowe kraje członkowskie UE nie stosują mobbingu socjalnego – to wnioski płynące z raportu Instytutu Bruegla działającego przy Komisji Europejskiej. Raport jest ciosem w politykę prezydenta Francji Emmanuela Macrona, który naciska na zmiany w unijnej dyrektywie o przepływie pracowników. Z niepokojem na proponowane zmiany reagują polskie firmy transportowe. W najbliższy wtorek minister Elżbieta Rafalska ma się spotkać z minister pracy Francji.

Pracownik delegowany to taki, który zatrudniony jest w swoim kraju, ale pracę wykonuje poza jego granicami. Polscy pracownicy delegowani zarabiają według polskich stawek, przez co są konkurencyjni w krajach zachodnich. Prezydent Francji twierdzi, że zabierają pracę francuzom i domaga się zmian w odpowiedniej dyrektywie. Analitycy Instytutu Bruegla obalają ten mit. W Unii Europejskiej pracuje tylko 2 mln pracowników delegowanych, co nie stanowi nawet 1 proc. całkowitego zatrudnienia.

“Zgodnie z danymi Instytutu Bruegla Polska jest krajem, który wysyła najwięcej pracowników w Unii – to ponad 22 proc. pracowników delegowanych. Jednak już na drugim miejscu są Niemcy, które wysyłają ponad 11 proc. pracowników. Co ciekawe, na trzecim miejscu jest sama Francja, która wysyła ponad 6 proc. pracowników” – wynika z wniosków analityków.

Prezydent Macron myli się zatem twierdząc, jakoby pracownicy delegowani pochodzili tylko z krajów o niskich zarobkach. Te dane przeczą także zarzutom o stosowanie “dumpingu socjalnego” – zwraca uwagę ekonomista dr Zbigniew Kuźmiuk, poseł do PE.

– Trudno mówić, że Ci pracownicy uprawiają “dumping socjalny”, bo przecież Niemcy nie pracują we Francji po najniższych stawkach. A więc okazuje się, że problem pracowników delegowanych podnoszony przez prezydenta Macrona to problem polityczny, a nie ekonomiczny – wskazuje dr Kuźmiuk.

Najwięcej kontrowersji w nowym projekcie zmian proponowanym  m.in. przez Francję, Belgię i Niemcy wywołuje zrównanie wynagrodzenia pracowników delegowanych z zarobkami w krajach starej Unii oraz sprawa czasu delegowania. Prezydent Francji chce ograniczenia do roku, a Komisja Europejska mówi o dwóch latach. Dla polskich firm, które delegują prawie 0,5 mln pracowników, to skrajnie niekorzystne zapisy. Zwłaszcza dla branży transportowej – mówi Piotr Mikiel ze Zrzeszenia Międzynarodowych Pracowników Drogowych.

– Konsekwencje wprowadzenia tych rozwiązań przeniosą się bezpośrednio na klienta, bo wzrosną koszty transportu. I o tym mówimy. Państwa próbują chronić swoje rynki, a przecież w UE mamy jeden wspólny europejski  rynek transportowy – wskazuje Piotr Mikiel.

W obronie praw polskich przedsiębiorców stanęła premier Beata Szydło.

– Z niepokojem obserwujemy  tendencję do podważania fundamentów Unii, jakimi są cztery swobody jednolitego rynku. Uważamy, że te swobody, w szczególności swoboda świadczenia usług, wymagają większej ochrony – zaznacza polska premier.

Szefowa Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Elżbieta Rafalska będzie rozmawiać w przyszłym tygodniu o zmianach w unijnej dyrektywie ze swym francuskim odpowiednikiem.

– Dla nas problem pracowników delegowanych jest niezwykle ważny. Mamy tych pracowników delegowanych ponad 460 tys. A więc jest to rzesza pracowników, którzy mają zatrudnienie i też duża grupa pracodawców, którzy obawiają się, że po wdrożeniu tej dyrektywy konkurencyjność polskich firm mocno straci – zaznacza.

Ruch Francji i Niemiec to krok, który ma na celu złamanie krajów środkowo-europejskich – zwraca uwagę prof. Mieczysław Ryba.

– Tutaj praktycznie głównym kosztem jest koszt pracownika. W związku z czym chcą tę eliminacje dokonać poprzez ingerencję unijną, poprzez dyrektywy unijne. Oczywiście to jest wbrew prawu europejskiemu i traktatom, ale wiadome, że traktaty mają służyć krajom wielkim, a nie tym, które weszły – krajom małym – mówi prof. Ryba.

23 października w Luksemburgu o sprawie pracowników delegowanych będą rozmawiać wszyscy ministrowie pracy krajów Unii Europejskiej.

TV Trwam News/RIRM

drukuj