fot. pixabay.com

Kuba – Kościół ubogich

Życie na Kubie nie jest łatwe. Trzeba się naprawdę starać i trudzić, żeby cokolwiek tam zrobić. Domy naszych parafian są bardzo ubogie, wewnątrz nie mają praktycznie nic. Można by to określić wyrażeniem „totalne ubóstwo”. Ale zawsze podzielą się tym, co mają. Jestem tam dopiero dwa i pół roku, ale takiej dobroci ludzi, jakiej wtedy doświadczyłem, to ja nie wiem, czy w Polsce bym otrzymał. Cieszymy się z tego, co możemy tam robić i przede wszystkim, że jesteśmy z tymi ludźmi – to jest dla nich najważniejsze – mówił posługujący na Kubie brat Dawid Walczak SAC.

***

Na co dzień pracuje Brat na Kubie. Z informacji, jakie docierają do nas od misjonarzy, którzy tam zostali posłani, wynika, że jest to chyba miejsce niełatwe do pracy?

Zgadza się. Jest to kraj komunistyczny od wielu lat i raczej nic się nie zmienia. Choć trzeba powiedzieć też o pozytywach. Kościół powoli się tam odradza. Żeby cokolwiek mieć, przede wszystkim trzeba pracować. Trzeba starać się o różne produkty, o jedzenie. Do Kościoła chodzą w większości ludzie starsi – w wieku od sześćdziesięciu do dziewięćdziesięciu i więcej lat, którzy przeżyli komunizm, a ich wiara została ugruntowana wiele lat wcześniej. Cały czas państwo trzyma ręce nad Kościołem i raczej nie chce dać wolnej ręki. Nie jest tak jak w Europie.

Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie dostaje prośby od misjonarzy o dofinansowanie różnych projektów. Kubańczycy nie są raczej bogaci, skąd więc misjonarze pozyskują fundusze, by móc funkcjonować i prowadzić duszpasterstwo?

W tym momencie chciałbym podziękować wszystkim dobroczyńcom z naszej ojczyzny, którzy nas wspierają. Dzięki Waszym ofiarom i przede wszystkim dzięki Waszej modlitwie jesteśmy w stanie się tam utrzymać. Życie na Kubie nie jest łatwe. Trzeba się naprawdę starać i trudzić, żeby cokolwiek tam zrobić. My jako pallotyni mamy wiele projektów, zwłaszcza edukacyjnych. Edukacja na Kubie jest bardzo słaba. Począwszy od szkoły podstawowej po liceum. Na studiach wygląda to może trochę lepiej. Ale wyobraźcie sobie, że dzieci w wieku piętnastu lat, kończąc szkołę, nie znają alfabetu, nie potrafią się podpisać. To jest aż niewyobrażalne. Egzaminy zdają jednak wszyscy na poziomie przynajmniej 80 proc. Nie ma tych, którzy by nie zdali. W jednej z parafii, w której pracujemy, w Managua, prowadzimy projekt edukacyjny dla dzieci – od 16.00 do 19.00 przychodzą do nas na zajęcia z hiszpańskiego, matematyki, muzyki i angielskiego na różnych poziomach: od przedszkolaków do dorosłych. Dzieci bardzo się cieszą z tych możliwości rozwoju i same nam mówią, że tutaj uczą się o wiele więcej niż w szkole. W szkołach nie ma nauczycieli. Dzieci przychodzą do szkoły podstawowej i mają zajęcia puszczone z magnetofonu, bo nie ma nauczycieli. Co prawda na Kubie są wykształceni nauczyciele, ale nie idą pracować do szkoły za tak niskie pensje. Ponadto nauka szkolna jest obowiązkowa, a zajęcia na wszystkich poziomach edukacji odbywają się codziennie od 7.30 do 16.00. To samo dotyczy nauczycieli, którzy dodatkowo muszą jeszcze sprzątać swoje klasy, wszystko przygotować, bo problemem jest też dostęp do książek i podręczników.

Jak na Kubie wygląda zwykłe duszpasterstwo parafialne? Czy podobnie jak w Polsce są grupy dziecięce, młodzieżowe, chóry, schole, ministranci…?

Podobnie, choć jest trudniej. Mamy np. scholę dziecięcą – kiedy maluchy przychodzą na zajęcia edukacyjne z muzyki, wtedy proponujemy im od razu śpiew w scholi. Choć – tak jak mówię – nie jest to łatwe. Dzieci przychodzą do nas same, bez rodziców. Ci najczęściej do kościoła nie chodzą, bo są niewierzący. A dzieci przychodzą z własnej woli, nikt ich nie zmusza, nic za to nie dostają. Nie mówimy „przyjdźcie, bo coś dostaniecie” – przychodzą, bo chcą i to jest piękne. Mamy również ministrantów. Z nimi też trzeba się nieco natrudzić, by ich przygarnąć do kościoła. W drugiej naszej parafii, w Guarze oddalonej od pierwszej o 30 km, do kościoła przychodzi ok. trzydzieścioro, czasem pięćdziesięcioro dzieci – pojawiają się same, bez rodziców. Czasem rodzice nawet o tym nie wiedzą. Dzieci przychodzą, grzecznie siedzą, mają organizowane różne zajęcia, a także katechezę. Jako misjonarze stawiamy przede wszystkim na katechezę zarówno dzieci, jak i dorosłych. Bardzo wiele osób jest nieochrzczonych, zwłaszcza czterdziesto- i pięćdziesięciolatków, więc przygotowujemy ich do przyjęcia sakramentów. Dwa lata temu w Wigilię Paschalną ochrzczone zostały cztery dorosłe osoby, które przygotowywały się cały rok. Jest to dla nas wielkim sukcesem i cieszymy się z tego, że przyjęły one chrzest i są w Kościele.

Jak funkcjonuje życie na Kubie w dobie pandemii?

Niestety trzeba powiedzieć, że przez COVID-19 jest jeszcze gorzej niż wcześniej. Przede wszystkim brakuje turystów, gdyż – jak wiemy – to oni generują największy dochód w kraju. To oni zostawiają tu pieniądze, a obecnie ich nie ma. Jest za to pandemia. Dawniej też były tu kolejki do sklepów, ale teraz są one przeolbrzymie. Ich długość sięga często pięć, siedem kilometrów. By cokolwiek kupić, ludzie ustawiają się w kolejce już w nocy. Jest bardzo mało produktów, więc nie dla wszystkich wystarcza. Chodzi głównie o żywność – ludzie stoją w kolejkach za jedzeniem i to jest przerażające. Zdarza się, że stoisz w takiej olbrzymiej kolejce wiele godzin, przychodzi twoja kolej na zakupy, a sprzedawca informuje cię, że nie ma już tego, co chcesz kupić i koniec. Poza tym ceny poszły w górę. Nie wiem, jak to dalej będzie, ale nie wygląda to zbyt ciekawie.

Jednak misjonarze tam są i nadal będą – nie planujecie zamykać swoich placówek i wracać do Polski?

Nie, nie planujemy. Cieszymy się z tego, co możemy tam robić i przede wszystkim, że jesteśmy z tymi ludźmi – to jest dla nich najważniejsze. Przechodząc ulicą naszej parafii, wszędzie widzę otwarte domy. Ludzie wołają: „Zapraszamy, zapraszamy! Przyjdźcie!”. Oni tego potrzebują. Domy naszych parafian są bardzo ubogie, wewnątrz nie mają praktycznie nic. Można by to określić wyrażeniem „totalne ubóstwo”. Ale zawsze podzielą się tym, co mają. Niedawno miałem taką sytuację, że przez osiem miesięcy byłem w parafii sam – przez pandemię jeden mój współbrat nie mógł wrócić na Kubę. Jestem tam dopiero dwa i pół roku, ale takiej dobroci ludzi, jakiej wtedy doświadczyłem, to ja nie wiem, czy w Polsce bym otrzymał. Czy miałem podejrzenie koronawirusa, czy byłem na kwarantannie – zawsze zapukali albo dzwonili i pytali, czy wszystko w porządku. Pod drzwiami zawsze coś znajdowałem. To, co mieli, to mi przynieśli. Bardzo o mnie dbali. Coś wspaniałego! Dla takich chwil warto tam dla tych ludzi być.

 

Kinga Waliszewska, ACN Polska

drukuj