Aborcjoniści obrońcami życia?

Niezawodna "GW" zaraz po wyborach ruszyła do kolejnej ofensywy. Aktualnie
przesłuchuje się tam i piętnuje lekarzy odmawiających uczestnictwa w procederze
aborcyjnym. "Gazecie" pomagają niezawodni od lat specjaliści, w tym przede
wszystkim prof. Jacek Zaremba z PAN, od 1993 roku niezmiernie aktywny na rzecz
dokonywania aborcji eugenicznej.

Jego zdaniem, zwodzą poznańscy lekarze, którzy ostatnio nie chcieli dokonać
zabójstwa nienarodzonego dziecka chorego na zespół Downe´a. Przesłuchiwani
zeznają, że ta choroba nie kwalifikuje się do legalnej aborcji eugenicznej. Czy
owi poznańscy lekarze myślą konsekwentnie w tej fundamentalnej kwestii, pewnie
nie dowiemy się z "GW". Trzeba zatem pozostawić ten wątek rozważań. Konieczne
jest jednak zauważenie aktualnego bałamucenia polskiego środowiska medycznego
sposobem argumentacji, który przedstawia współuczestniczenie lekarza w aborcji
eugenicznej jako formę obrony życia.

Takim sposobem argumentacji forsuje umysły polskich lekarzy sam prezes
Polskiego Towarzystwa Bioetycznego. Zdaniem prof. Włodzimierza Galewicza
(Uniwersytet Jagielloński), lekarz odmawiający kobiecie skierowania na badania
prenatalne (zorientowane nie na leczenie dziecka przed narodzeniem, ale na jego
ewentualne zabójstwo) dopuszcza się moralnego występku. Z tego również powodu,
że odmową tego skierowania może współuczestniczyć w zabiciu nienarodzonego
dziecka! Gdyby bowiem przeprowadzone badania prenatalne wykazały, że dziecko
jest zdrowe, to uspokojona kobieta nie dokonałaby aborcji. Pozbawiona zaś
skierowania może natomiast skorzystać z oferty nielegalnej aborcji, zabijając
dziecko zdrowe. Oto zatem sposób argumentacji, który przedstawia uczestniczenie
w kierowaniu kobiet na proaborcyjne badania prenatalne jako obronę życia, a
odmawianie takich skierowań – jako działalność aborcyjną, z której pewnie
należałoby się spowiadać i za którą należałoby pokutować.
Polski bioetyk w tej argumentacji wyraźnie zatem różnicuje zabicie dziecka
zdrowego i dziecka chorego. To ostatnie zabójstwo miało być jakoby w pewnych
sytuacjach uzasadnione, a zabójstwo dziecka zdrowego już nie. O wartości życia
człowieka decydowałby zatem stan jego zdrowia. Człowiek lepszego zdrowia rzekomo
jest lepszym człowiekiem niż człowiek gorszego zdrowia, będący z tego powodu
tylko "podczłowiekiem". Oto zatem fundament bioetyki czy też raczej eugeniki
Włodzimierza Galewicza, usprawiedliwiającego zabijanie ludzi gorszego zdrowia…
Drugim elementem tej "nieludzkiej" lub "nadludzkiej" bioetyki prof. Galewicza
jest przypisanie lekarzowi – jeśli odmawia uczestniczenia w skierowaniach na
eugeniczną aborcję – odpowiedzialności moralnej za zabicie dziecka. Tymczasem
zrobił on wszystko, aby do tej zbrodni nie doszło. Odmowa takich skierowań jest
formą walki o zagrożone życie nienarodzonego dziecka, niezależnie od stanu jego
zdrowia, i formą wsparcia kobiety we właściwej decyzji. Czy ona z tego wsparcia
skorzysta, to znajduje się poza polem odpowiedzialności lekarza. Jeśli swoje
dziecko zabije, mniemając, że jest ono chore, to jest to jej własna decyzja i
nie lekarz jest za nią odpowiedzialny. Gdyby rację miał prof. Galewicz
obwiniający lekarzy niechcących wydawać skierowań na proaborcyjne badania
prenatalne, to trzeba by także obwiniać samego Pana Boga. Zamiast spełniać
pragnienia np. bandytów i zrzucać im na ziemię worki z pieniędzmi, aby z racji
ich braku nie grabili i nie zabijali innych, jakoby współuczestniczy w ich
zbrodniach. Znamy od dawna, a nawet od początku dziejów ludzkości, tę
argumentację "dobrego wujka" spod "drzewa poznania dobra i zła". Odbija się
zatem echem aż do dzisiaj ta usprawiedliwiająca przemoc "bioetyczną"
argumentacja, że zamiast się podzielić z człowiekiem dobrem, Bóg mu je odebrał.
Trzeba zatem siłą odebrać Bogu to dobro.
 

Marek Czachorowski

drukuj