Żyjesz? Więc łamiesz prawa człowieka!

„Wszystkie ludzkie istoty rodzą się wolne i równe w godności i prawach. Dziś Trybunał orzekł, że określony człowiek urodził się jako efekt naruszenia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Zgodnie z wyrokiem prawo do narodzin pewnego polskiego dziecka, obecnie sześcioletniego, jest równoznaczne ze złamaniem Konwencji. Nigdy bym nie pomyślał, że można stosować Konwencję w ten sposób. I jestem tym przerażony”.



Niesławny wyrok Trybunału w Strasburgu przeciw Polsce i przeciw prawu do życia nie zapadł jednogłośnie. Sprzeciw wobec sentencji złożył jeden z członków składu sędziowskiego, Javier Borrego Borrego. Zdaniem hiszpańskiego prawnika, Trybunał w sprawie Alicji Tysiąc wydał wyrok sprzeczny z własnym wcześniejszym orzecznictwem. W szczególności wyrok ten jest jaskrawo sprzeczny z decyzją podjętą 8 miesięcy wcześniej w sprawie D. przeciw Irlandii. Chodziło wtedy o zabicie dziecka, które miało po urodzeniu przeżyć nie dłużej niż 6 dni, oraz o usunięcie drugiego martwego dziecka (ciąża bliźniacza). Kobieta dokonała aborcji w Wielkiej Brytanii, a następnie pozwała Irlandię do Strasburga za „nieuznawanie prawa do aborcji”. Wówczas Trybunał uznał skargę za bezprzedmiotową. Powodem takiej decyzji było „niewyczerpanie przez powódkę możliwości dochodzenia swojego roszczenia w kraju”. Wówczas „w 18. tygodniu ciąży w sytuacji realnego zagrożenia życia miałaby ona angażować się w procedury, których czasu trwania nie można było przewidzieć” – przypomina sędzia Borrego, zestawiając to z postawą Trybunału wobec Polski, gdzie w sprawie Alicji Tysiąc czytamy, iż powódka „obawiała się, że ciąża i poród mogą pogorszyć jej wzrok”. Do tej asymetrii hiszpański sędzia dodaje wiele innych. W uzasadnieniu decyzji w sprawie D. Trybunał odniósł się do toczącej się w Irlandii debaty wokół ochrony życia poczętego, gdy w przypadku Alicji Tysiąc pominął fakt podobnej debaty w Polsce. Dalej, Irlandka zasięgnęła opinii prawnika o możliwości uznania swego roszczenia w swoim kraju. Opinia ta była negatywna, jednak Strasburg uznał, że nie może jej brać pod uwagę, gdyż nie była „opinią formalną”. Na jakiej podstawie – pyta Javier Borrego – Trybunał bierze więc pod uwagę opinię lekarza ogólnego w przypadku pani Tysiąc, który to lekarz stwierdził związek między ciążą i rozwiązaniem a pogorszeniem wzroku? I na jakiej podstawie nie wziął pod uwagę opinii ośmiu specjalistów z odpowiednich dziedzin (okulistyki, ginekologii i medycyny sądowej)?

Co więcej, inaczej niż w przypadku D., kiedy to sędziowie wskazali na „takie samo prawo do życia matki i nienarodzonego dziecka”, w sprawie Tysiąc koncentrowano się na tzw. prawie do prywatności.

Po stronie Polski

Zestawiając błędne i nieuprawnione twierdzenia Trybunału, sędzia Borrego wykazuje, że w istocie posunął się on do zasugerowania Polsce zmiany przepisów w kierunku bardziej permisywnych i w swoim orzeczeniu dał wyraz postawie stronniczej, na korzyść aborcji na życzenie, „co wyraźnie widać w paragrafie 128: „Mając na względzie okoliczności przedmiotu sprawy, nie można stwierdzić, że Państwo Polskie wypełniło pozytywne zobowiązania w zakresie prawa powódki do poszanowania jej życia prywatnego w kontekście kontrowersji wokół kwestii jej uprawnienia do aborcji terapeutycznej”” – cytuje Borrego orzeczenie Trybunału. I dodaje: „Z całym szacunkiem stwierdzam, że nie jest rzeczą sądu wygłaszanie takich oświadczeń. Z przykrością to mówię.

To prawda, że wokół sprawy zaistniała kontrowersja. Z jednej strony, mamy polskie prawo, jednogłośną opinię ekspertów z zakresu medycyny i potwierdzony brak związku przyczynowo-skutkowego między porodem a pogorszeniem wzroku powódki. Z drugiej strony – lęki powódki. Jak Strona Konwencji rozwiązała tę kontrowersję? Zgodnie ze swoim prawem krajowym. Jednak sąd orzekł, że to nie było właściwe rozwiązanie, że Państwo nie wypełniło swych pozytywnych zobowiązań w zakresie ochrony powódki. Ochrony pomimo istniejącego prawa krajowego i orzeczeń lekarzy? Zdaniem sądu, państwo powinno było chronić powódkę mimo odpowiednich przepisów i opinii medycznych, ponieważ ona się bała. I sąd, na podstawie jedynie lęków powódki, orzeka złamanie Konwencji.

Wszystkie ludzkie istoty rodzą się wolne i równe w godności i prawach. Dziś Trybunał orzekł, że określony człowiek urodził się jako efekt naruszenia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Zgodnie z wyrokiem, prawo do narodzin pewnego polskiego dziecka, obecnie sześcioletniego, jest równoznaczne ze złamaniem Konwencji.

Nigdy bym nie pomyślał, że można stosować Konwencję w ten sposób. I jestem tym przerażony” – kończy swoje „zdanie odrębne” Javier Borrego Borrego.

Zgłoszenie pojedynczego sprzeciwu wobec całej reszty siedmioosobowego składu sędziowskiego z pewnością nie było łatwą decyzją. Jednak hiszpański sędzia stwierdził, iż w wypadku takiego orzeczenia nie może milczeć. Już samo to sprawia, że Javier Borrego Borrego zasługuje na wdzięczność Polaków. W sprawie Alicji Tysiąc stanął nie tylko po stronie obrońców życia, ale też po stronie Polski wobec quasi-totalitarnych zapędów Strasburga przeciw naszemu krajowi i jego systemowi prawnemu. Trudno przecież inaczej rozumieć jawny nacisk na pogorszenie standardów ochrony życia w Polsce.

Odwaga Hiszpana była tym większa, że podobną postawą nie wykazał się inny członek składu sędziowskiego – Lech Garlicki.

Politycy i dziennikarze

Sprawa Alicji Tysiąc zbiegła się w czasie z innym atakiem na Polskę: artykułem Pilar Raholi „Polska nadal przeraża” w „El País”. „Co do tego nieszczęsnego artykułu o jeszcze bardziej nieszczęsnym tytule, wyraża on jedynie osobiste zdanie autorki, które mało kto podziela” – czytam w życzliwych mailach zza Pirenejów. W tym kontekście postawa sędziego Borrego właśnie jako przedstawiciela Hiszpanii nabiera jeszcze większego znaczenia.

Jeśli chodzi o sam „nieszczęsny artykuł”, to w warunkach ciągłej ofensywy antypolonizmu musi on oczywiście budzić zaniepokojenie. Jednak warto go odnieść do hiszpańskich realiów – realiów innej ofensywy, rewolucji „desde arriba” (od góry), którą próbowano już przeprowadzić w latach 30. XX wieku. Lewackie „reformy” Zapatero są wspierane przez tak samo lewackie media, do których należy „El País”. Dziennik jest własnością grupy medialnej Prisa (podobnie ogólnokrajowa radiostacja SER i szereg innych mediów), która najwyraźniej dąży do statusu, jaki do niedawna u nas miała Agora – uzyskania monopolu, jeśli nie rynkowego, to co najmniej ideologicznego.

W tej walce o rząd dusz ciosy padają na prawo i lewo. Musi budzić najwyższe oburzenie, że dla celów wewnętrznej rozgrywki posłużono się antypolskimi uprzedzeniami. Być może zadziałała zasada „na pochyłe drzewo każda koza skacze”. A drzewo istotnie jest pochyłe, skoro przez kilkanaście lat w Polsce nie reagowano na tego typu ataki, a i obecne władze uaktywniają się zazwyczaj dopiero na dźwięk słowa „kartofel”. Nie zmienia to faktu, że Hiszpanie są świadomi nierzetelności mediów grupy Prisa. W ostatnich tygodniach politycy opozycji (Partii Ludowej – PP) przestali odpowiadać na zaproszenia dziennikarzy Prisy do udziału w wywiadach i programach. To reakcja na oskarżenia PP o „faszyzm” i „dążenie do wojny domowej”. Oczywiście zaraz pojawiły się komentarze na temat „niewłaściwego stosunku polityków do dziennikarzy”, jednak – jak wyjaśnił sekretarz generalny PP Angel Acebes, „nikt nie ma obowiązku wchodzić do domu, gdzie go obrażają i zniesławiają”.

Być może, mutatis mutandis, jest to też wskazówka dla nas na wypadek, gdyby zapowiadana (oby z pokryciem w faktach) apelacja od strasburskiego wyroku nie odniosła skutku – skoro status sygnatariusza Europejskiej Konwencji Praw Człowieka oznacza konieczność poddawania się nieuprawnionym naciskom, to może trzeba ją wypowiedzieć? W imię rzeczywistych praw człowieka.

Krzysztof Jasiński
drukuj