Zobaczyłem Polaków
Ludzie przychodzą przed Pałac Prezydencki i mają do tego prawo. Demokracja
tym różni się od systemów totalitarnych, że istnieje w niej możliwość wyrażania
własnych poglądów. To zaś niekoniecznie od razu musi być polityką, o co
posądzają uczestników zgromadzeń działacze Platformy Obywatelskiej z premierem i
prezydentem na czele. Słowem, polityką usiłuje się zakneblować usta myślącym
inaczej, którym coś się nie podoba w sposobie sprawowania władzy, a co ma
przełożenie na ich codzienne życie.
Po uroczystościach związanych z pożegnaniem trumny z ciałem śp. prezydenta Lecha
Kaczyńskiego na lotnisku Siewiernyj 11 kwietnia wyjechałem wraz ze
współpracownikami samochodem do Polski. Do Warszawy przybyliśmy około godz. 1.00
w nocy. Po kilkunastogodzinnej podróży udałem się prosto do Pałacu
Prezydenckiego na Krakowskim Przedmieściu. Był to naturalny odruch. Po prostu
wydawało mi się to oczywiste, że w tragicznych chwilach moje miejsce jest przy
moich kolegach i moich przełożonych – tych, którzy podobnie jak ja byli
dotknięci tą tragedią, a którzy nie mogli sobie pozwolić nawet na chwilę
słabości z uwagi na liczne zadania i obowiązki, jakimi byli obarczeni.
Pamiętam, jak około godz. 2.00 w nocy wyszedłem na dziedziniec przed Pałacem
Prezydenckim i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Wielotysięczny tłum, którego
nie sposób było nawet objąć wzrokiem, dziesiątki tysięcy zniczy rozświetlających
przestrzeń Krakowskiego Przedmieścia, kwiaty, wieńce i wszechogarniająca
cisza… Ludzie skupieni, modlący się, wielu klęczących, niektórzy nieśmiało
śpiewający podniosłe religijne pieśni – wszyscy z wilgotnymi od płaczu i
rozpaczy oczami. Młodzi, starzy, dzieci, niepełnosprawni – często na wózkach
inwalidzkich, duchowni, całe wielopokoleniowe rodziny, w garniturach, dresach,
mundurach kolejowych i górniczych. Po prostu cały przekrój naszego
społeczeństwa. Zobaczyłem Polaków.
Tak było. A jak jest dzisiaj, po przeszło 11 miesiącach od katastrofy? Co
takiego się stało, że na ludzi, obywateli Rzeczypospolitej, którzy dziesiątego
dnia każdego miesiąca przychodzą przed Pałac Prezydencki oddać cześć pamięci
tych, którzy zginęli, wysyła się zastępy straży miejskiej i policji? Chodzi o
funkcjonariuszy niejednokrotnie używających środków bezpośredniego przymusu.
Czemu ludzi odgradza się od Pałacu Prezydenckiego zasiekami stalowych barier? Z
drugiej jednak strony zezwala się na równoległe kontrmanifestacje i happeningi
mające na celu zbezczeszczenie pamięci o ofiarach katastrofy.
Naród i koniunkturaliści
Profesor Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego ds. historii
i dziedzictwa narodowego, a do 1990 roku (czyli de facto do końca), historyk o
korzeniach pezetpeerowskich, w wywiadzie udzielonym braciom Karnowskim odniósł
się m.in. do comiesięcznego upamiętniania przed Pałacem Prezydenckim ofiar
katastrofy smoleńskiej, w których uczestniczą brat śp. prezydenta Lecha
Kaczyńskiego, grono jego współpracowników i wszyscy ludzie odczuwający taką
potrzebę.
Panu Nałęczowi nie podobają się miejsce, forma i rzekomy podtekst polityczny,
dlatego nie widzi nic zdrożnego w tym, że służby porządkowe miasta, nie
czekając, aż wypalą się znicze i zwiędną kwiaty, porządkują chodnik – wszystko,
włącznie ze zdjęciami pary prezydenckiej, traktują jak śmieci. Człowiek, który
ma doradzać prezydentowi w materii dziedzictwa narodowego, a który z bliżej
niewiadomych powodów stał się "złotoustym" ekspertem w sprawie emocji
społecznych, nie rozumie albo – kierując się koniunkturalizmem bądź złą wolą –
nie chce rozumieć, że w polskiej tradycji narodowej znaczące miejsce ma nie
tylko sam krzyż, ale także szacunek dla zmarłych (o których źle mówić nie wolno
– cóż za archaizm dla salonu) i związana z tym symbolika.
W wystąpieniach prof. Nałęcza nie da się dostrzec ani krztyny empatii dla tych,
którzy stracili najbliższych czy dla dużej części społeczeństwa, które było
poruszone tą niebywałą tragedią, wynikającą w dużej mierze z niedoskonałości
polskiego państwa. Ludzie ci odczuwają potrzebę przyjścia przed Pałac, tak jak w
dniach tuż po katastrofie, w miejsce, z którego wyruszył prezydent Kaczyński w
swoją ostatnią podróż. Chcą oddać hołd ofiarom i dać dowód pamięci o nich.
Przychodzą także być może dlatego, by zamanifestować niezadowolenie z powodu
nieudolności państwa w kontekście wyjaśniania przyczyn katastrofy. A jest z
czego być niezadowolonym: wspomnijmy choćby o pozwoleniu na prowadzenie śledztwa
w zasadzie wyłącznie przez Rosjan, braku stanowczej reakcji premiera na raport
MAK oraz kompletnej dezinformacji społeczeństwa przez stronę rządową, a także
odwlekaniu w nieskończoność kwestii postawienia pomnika na Krakowskim
Przedmieściu. Polacy przychodzą przed Pałac być może także dlatego, by
zadośćuczynić śp. prezydentowi Kaczyńskiemu lekceważonemu przez salon i media, a
może z tęsknoty za tamtymi dniami, kiedy wydawało się, że Polacy stanowią
jedność i że nie mogą się już zdarzyć raniące słowa i zachowania w polityce.
Wynik wyborów prezydenckich, w których Jarosław Kaczyński przegrał o włos z
Bronisławem Komorowskim, a także chociażby fora internetowe świadczą, że takich
odczuć społecznych nie można już marginalizować, a tych, którzy tak czują i
myślą skazywać na społeczny ostracyzm. Motywy tych zachowań ludzkich to
interesujący materiał do badań dla psychologów i socjologów.
Niegodne chwyty
Prezydent ponadpartyjny, którego zwolennikiem była PO jeszcze w czasie
sprawowania prezydentury przez Lecha Kaczyńskiego, potrafiłby uszanować odczucia
tej części społeczeństwa i starałby się zrobić dużo, by ludzie ci poczuli się
lepiej we własnej Ojczyźnie. Szacunek i poważanie zdobywa się nie poprzez
uładzone otoczenie w Pałacu, bo to jest sprawa drugorzędna, tylko własnymi
działaniami, wynikającymi z doświadczenia, wiedzy, przemyśleń, u których
podstawy powinna leżeć zwykła ludzka przyzwoitość i uczciwość, a także
wrażliwość – choć mam świadomość, że w świecie wszechobecnego PR wartości te nie
są już niestety w cenie.
Wizerunek zewnętrzny (ten złoty cielec naszych czasów) dziś każe martwić się
prezydent Warszawy Hannie Gronkiewicz-Waltz, nomen omen koleżance partyjnej
prezydenta i premiera, o płyty chodnikowe przed Pałacem. Jeszcze trzy lata temu
nie przeszkadzało jej przeciągające się rozrycie Krakowskiego Przedmieścia i
całego terenu wokół. Cóż, inny prezydent, inne standardy… Jako żywo
przypominają się wydarzenia sprzed ponad ćwierć wieku, z nieodległego placu –
wtedy Zwycięstwa, dziś Piłsudskiego – gdy esbecy i milicjanci równie gorliwie
usuwali krzyże z kwiatów i płonące znicze.
Profesor Nałęcz doskonale rozumie odczucia prezydenta Komorowskiego. Wie, jak
dyskomfortowa jest dla niego sytuacja czczenia pamięci nielubianego i
pogardzanego poprzednika. Przypomnijmy, że to właśnie do tragicznie zmarłego
poprzednika po incydencie gruzińskim skierował znamienne słowa, oznaczające ni
mniej, ni więcej tylko – gdyby Lech Kaczyński był znaczącym prezydentem, to na
pewno zamach by się udał. Czy to przypadkiem nie wygląda na kompleksy? Ówczesny
marszałek Sejmu, który dziś cierpi z powodu rzekomego podważania legitymacji
sprawowanego przezeń urzędu, sam deprecjonował prezydenta Rzeczypospolitej i nie
spotkał go za to żaden ostracyzm. Dziś on i jego otoczenie nie mogą znieść ludzi
myślących inaczej – którzy pamiętają i będą pamiętać po wsze czasy o tym, kim
był i czego dokonał w swoim życiu Lech Kaczyński – i zapominają, iż każdy ma
prawo do przeżywania żałoby na swój własny sposób, także w grupie. Hipokryzja
godna Krzyżaków, jak powiedziałby Stanisław Michalkiewicz. Niestety, nie sposób
nie zauważyć, że to hipokryzja stała się lejtmotywem obecnej prezydentury.
Odczucia społeczne i powstające na ich bazie oddolne ruchy mają na ogół to do
siebie, że są niesterowalne. Spychane do podziemia czy na margines prędzej lub
później odżyją. Ludzie, którzy szczycą się opozycyjną kartą z okresu
"Solidarności", powinni to doskonale rozumieć.
Jednak dla nich liczy się przede wszystkim tu i teraz. Marszałek Komorowski,
który tak ochoczo wkroczył w rolę pełniącego obowiązki prezydenta RP, już tego
samego dnia ogłosił nominację Jacka Michałowskiego na stanowisko szefa
kancelarii prezydenta. Nie uchybiając panu ministrowi Michałowskiemu – stało się
to, zanim w sposób oficjalny, tj. poprzez akt zgonu, została potwierdzona śmierć
poprzedniego szefa kancelarii, ministra Władysława Stasiaka, chociaż Jacek Sasin
jako zastępca szefa kancelarii miał wszelkie kompetencje, by sprawować ten
urząd. Komorowski, ubiegając się o prezydenturę w wyborach powszechnych,
powinien zdawać sobie sprawę, że ta funkcja to przede wszystkim zobowiązanie
społeczne wobec Polaków. Wszystkich Polaków – nie tylko tych, którzy na niego
głosowali, o czym mówił w swoim wystąpieniu po wstępnym ogłoszeniu wyników, a
już na pewno nie wyłącznie wobec swoich towarzyszy partyjnych. Zobowiązanie
takie to także m.in. rozwiązywanie problemów, konfliktów, sporów, i to
bynajmniej nie w sposób autokratyczny. Gdyby był prawdziwym mężem stanu,
pozostawiłby krzyż przed Pałacem Prezydenckim. Ręczę, że po pierwszej rocznicy
katastrofy już nie gromadziłby on tłumów, zwłaszcza gdyby nieopodal Pałacu
postawiono pomnik. Prezydent wychodzi natomiast na małego człowieka, nijakiego
niezgrabeusza, popełniającego gafę za gafą – słowem, karykaturę ziemianina
niczym z angielskich komedii. Jeśli wierzyć sondażom, cieszy się on zaufaniem
sporej części społeczeństwa, co dowodzi, że czasy są nie tylko PR-owskie, ale
także byle jakie, bo wartość stanowią pozory działań, bierność i tzw. święty
spokój.
Jakub M. Opara
Autor jest historykiem, byłym zastępcą dyrektora Zespołu Gabinetu śp. prezydenta
RP Lecha Kaczyńskiego.
