Znowu wyszło za dobrze?

Czy są zbrodnie doskonałe? Policja twierdzi, że nie ma, ale przyjmowanie
na wiarę tego, co mówi policja, jest bardzo ryzykowne. Myślę sobie tedy, że ze
zbrodniami jest podobnie jak z propagandą. Może i nie ma doskonałych, ale bywają
zbliżone do doskonałości. Zbrodnia jest tym doskonalsza, im bardziej przypomina
zwykły zbieg okoliczności. Podobnie z propagandą – im bardziej propaganda
przypomina informację lub publicystykę, tym jest skuteczniejsza. Tylko bowiem
durnie – których skądinąd też nie brakuje – nabraliby się na propagandę
ostentacyjną, która otwarcie głosiłaby, że jej celem jest podjudzenie ludzi
przeciwko komuś lub czemuś. Zatem wypada zgodzić się z Antonim de Saint-Exupérym,
który poucza w "Małym Księciu", że "najważniejsze jest niewidoczne dla oczu".

Ale jeśli zacieraniem śladów zajmuje się zbyt wielu ludzi, to większe jest
ryzyko braku koordynacji. I taki właśnie casus pascudeus przytrafił się
tubylczemu rządowi premiera Donalda Tuska. Jeszcze kilka miesięcy temu
zapewnienia premiera i jego podwładnych, że współpraca polskiego wymiaru
sprawiedliwości z rosyjską komisją badającą przyczyny katastrofy smoleńskiej
układa się dobrze, wydawały się wiarygodne, ale w miarę upływu czasu przestawali
w nie wierzyć nawet "młodzi, wykształceni, z wielkich miast", co to, zdawałoby
się, uwierzą we wszystko. Co więcej, w opinii publicznej zaczęła utrwalać się,
słuszna zresztą opinia, że tubylczy rząd premiera Tuska zwyczajnie przed
Rosjanami kuca. W tej sytuacji Rosjanie, być może nawet na prośbę protektorów
premiera Tuska z tubylczej razwiedki, mogli dojść do wniosku, że nadszedł
moment, by udzielić mu bratniej pomocy w postaci pokazuchy jego niezależności.
Przed kongresem PO taki sygnał byłby dla niego na wagę złota.

Wygodnym pretekstem okazał się Światowy Kongres Narodu Czeczeńskiego w Pułtusku,
na którym miał zjawić się poszukiwany przez Rosję międzynarodowym listem gończym
Ahmed Zakajew. Najpierw więc na konferencji prasowej rosyjski ambasador dał
wyraz swemu "bólowi" z tego powodu i wraził nadzieję, że Polska wyda Rosji
Zakajewa. Gdyby wydała – wbrew zasadzie "za wolność naszą i waszą" – to byłoby
jasne, że pod rządami premiera Tuska stała się już "bliską zagranicą".
Indagowany i chyba niedopuszczony w tej sprawie do konfidencji (bo razwiedka
chyba po staremu "Szpaku" do końca nie ufa) minister Sikorski jednym susem
schował się za szaniec "niezależnej prokuratury" – że to niby rząd nie ma w tej
sprawie nic do gadania. Każde dziecko wszak wie, że prokuratura w Polsce jest
"niezależna", nie mówiąc już o sądach, które nawet są "niezawisłe". Ale lepsze
jest wrogiem dobrego, więc jeśli wszyscy tak dobrze chcą, to ryzyko, że w końcu
wyjdzie za dobrze, gwałtownie wzrasta. Jakoż i premier Donald Tusk, który nieco
wcześniej też chronił się za murami "racji stanu" oraz "niezawisłości" sądowej,
w końcu jednak wypaplał, że Zakajew wprawdzie musi zostać przez niezależną
prokuraturę zatrzymany, ale że żadnego aresztowania, ani tym bardziej
ekstradycji do Rosji, nie będzie. Skąd premier Tusk mógł wiedzieć takie rzeczy
zanim jeszcze Zakajew do Polski przyjechał, zanim został przez policję
zatrzymany, zanim został przez prokuraturę przesłuchany i zanim niezawisły sąd
podjął decyzję w tej sprawie? Mamy dwie możliwości: albo premier Tusk ma
zdolności profetyczne, albo właśnie został przez swoich przełożonych z razwiedki
poinformowany o zatwierdzonym scenariuszu wydarzeń. Która z tych dwóch
możliwości jest bardziej prawdopodobna?

I rzeczywiście. Ahmed Zakajew w drodze do prokuratury został o godzinie 8.00
zatrzymany przez policję, potem przesłuchany, a już o godzinie 21.00 zwolniony.
Kropkę nad "i" postawił zaś pan Krzysztof Kwiatkowski, minister sprawiedliwości,
który w radiu TOK FM stwierdził, iż "Rosjanie doskonale zdają sobie sprawę z
tego, że sądownictwo w Polsce jest niezawisłe". Co do tego nie ma wątpliwości.
Dlaczego Rosjanie mieliby o takich rzeczach nie wiedzieć, i to nawet
"doskonale", skoro w Rosji sądownictwo jest tak samo niezawisłe jak w Polsce?
Chyba pan minister Kwiatkowski nie podejrzewa, że może być inaczej, hę? Więc
chociaż bardzo się cieszymy z niezawisłości polskiego i rosyjskiego sądownictwa,
to jednak wypada wyjaśnić drobiazg, skąd premier Tusk wcześniej wiedział, jakie
postanowienie podejmie pan sędzia Schab? Gdyby nie ta wątpliwość, pewnie łatwiej
byłoby nam uwierzyć i w niezawisłość, i w widowisko, jak to Polska nie kuca
przed Rosją nie tylko w sprawie katastrofy smoleńskiej, ale nawet w sprawie
Ahmeda Zakajewa. Przygotowali je naprawdę pierwszorzędni fachowcy, po których
premier Tusk, mimo wszystko – dyletant – niepotrzebnie próbował poprawiać, no i
znowu wyszło za dobrze.

Stanisław Michalkiewicz

drukuj