Zbudujmy pomnik prawdy, pamięci i nadziei

Z o. Ptolemeuszem Kuczmikiem, franciszkaninem, proboszczem parafii
Niepokalanego Poczęcia NMP w Smoleńsku, rozmawia Piotr Falkowski

Proszę Ojca, proszę nam przybliżyć historię parafii, w której Ojciec
posługuje, i obecności Kościoła katolickiego na ziemi smoleńskiej.

– Początki to XII wiek. Z tego czasu pochodzą pierwsze wzmianki o istnieniu
kościoła katolickiego w Smoleńsku – informacja o świątyni znalazła się w tekście
umowy zawartej między Smoleńskiem, Rygą i Gotlandią. Nasze miasto znajduje się
na skrzyżowaniu szlaków handlowych, przybywali tu kupcy z różnych stron, wśród
nich katolicy. Dla nich był ten pierwszy kościół. Wiadomo, jak wyglądał. To była
trzypiętrowa rotunda. Nie wiadomo, jak długo przetrwała. Gdy do Smoleńska
wkroczył w 1611 r. król Zygmunt III Waza, kościół leżał w gruzach. Wtedy
rozpoczął się nowy okres, który można nazwać polskim. W 1636 r. Papież erygował
diecezję smoleńską, w mieście istniały trzy katedry: łacińska, grekokatolicka i
prawosławna, klasztory: Franciszkanów, Jezuitów, Dominikanów i Benedyktynek. Gdy
po 40 latach Smoleńsk ponownie przeszedł w ręce Moskwy, klasztory i kościoły
zostały zlikwidowane. Zostali jedynie prowadzący szkoły jezuici.

Mimo to Kościół szybko się rozwijał…
– Tak, kolejny etap to powstanie archidiecezji mohylewskiej w 1783 roku. Wtedy
erygowano oficjalnie pierwszą parafię w Smoleńsku, poza murami miejskimi, w
miejscu, w którym się teraz znajdujemy. Tę parafię prowadzili franciszkanie,
mały, drewniany kościół nosił wezwanie Matki Bożej Anielskiej. Ta świątynia
spłonęła podczas wojny 1812 roku. Potem, w 1829 r. franciszkanie wybudowali nowy
kościół, już murowany, oraz klasztor. Parafia liczyła wtedy 200-300 osób,
głównie cudzoziemców, kupców, przyjezdnych bardzo wielu narodowości. Sytuację
zmienił rok 1830, kiedy to w ramach represji po Powstaniu Listopadowym wielu
Polaków zesłano w głąb Rosji. Po odbyciu kary mieli oni wciąż zakaz osiedlania
się na terenach Polski przedrozbiorowej, dlatego przybywali tu, gdzie było
najbliżej do Ojczyzny. Z tego powodu liczba katolików wzrosła. W 1880 roku
parafia liczyła już 5 tysięcy osób, głównie Polaków.

Wtedy powstał kościół, w którym Ojciec posługuje?
– Pojawiła się idea budowy nowego kościoła. Ukończono go w 1894 roku. Powstał
zatem dzięki zesłańcom i potomkom zesłańców. W 1902 roku parafia liczyła 11
tysięcy osób w czterdziestotysięcznym Smoleńsku. Kościół konsekrowano pod
wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, tak jak wiele innych
ówczesnych świątyń katolickich w związku z ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym
Poczęciu w 1854 roku. Ale wkrótce przyszedł komunizm i represje stalinowskie lat
trzydziestych XX wieku. Ostatnia Msza św. została tu odprawiona w 1930 roku,
chociaż ksiądz był w Smoleńsku do 1938 r., jednak nie mógł publicznie celebrować
Mszy Świętych. Było tych księży czterech i wszyscy zostali rozstrzelani w
Katyniu.

Mówi zatem Ojciec o najtrudniejszym okresie historii tutejszego Kościoła.
– W 1938 roku kościół definitywnie zamknięto, według propagandy komunistycznej,
"na prośbę parafian". Potem otworzyli go na krótko Niemcy w 1941 roku, ale
miejscowi wierni nie chcieli przychodzić, odprawiał tu tylko kapelan niemiecki
dla żołnierzy Wehrmachtu. Po powrocie Sowietów kościół zamieniono na spichlerz,
a w 1952 na archiwum miejskie. I tak trwa do dzisiaj. Czekamy na jego
odzyskanie. W przyszłym roku ma powstać nowy gmach archiwum. Wtedy może oddadzą
nam kościół.

Jak udało się katolikom smoleńskim przetrwać ten czas?
– To byli już głównie nowi ludzie, którzy przybyli tu po wojnie z nakazu pracy i
podobnych przyczyn. Z drugiej strony wciąż jeszcze żyją osoby ochrzczone w tym
kościele w okresie międzywojennym. Z pomocą Bożą udało się przetrwać
najtrudniejsze lata prześladowań. Parafia odrodziła się w 1991 roku, kiedy
nawiązano stosunki dyplomatyczne między Federacją Rosyjską a Stolicą Apostolską.
Wtedy przyjechał do Moskwy nuncjusz, utworzono administraturę apostolską. Można
było oficjalnie rejestrować parafie. Pan Bóg chciał, że franciszkanie po latach
wrócili do Smoleńska. Prowincjał zaproponował mi przyjazd na dwa tygodnie. No i
zostałem 18 lat…

Ta parafia ma jeszcze jednego, nieoficjalnego patrona…
– W latach 1873-1874 przebywał w Smoleńsku Józef Kalinowski, przyszły św. Rafał.
Przyjechał tu po zesłaniu i czekał na pozwolenie wyjazdu do Królestwa Polskiego.
Otrzymał je po pół roku, a zatem stosunkowo szybko. W tym czasie nie próżnował.
Mieszkał między innymi w obecnym budynku smoleńskiej parafii, katechizował,
uczył polskie dzieci języków obcych, matematyki, fizyki. W swoich listach bardzo
miło wspomina ten pobyt, najlepiej ze wszystkich innych miejsc w Rosji, był
gotów tu zostać. Było tu wielu innych ciekawych ludzi. Święty Rafał wspomina o
rodzinie Giedroyciów, o hrabim Platerze, arystokracie zesłanym ze swojej
posiadłości w Dyneburgu [obecnie Daugavpils na Łotwie – przyp. red.] za
ukrywanie polskiego zesłańca. Był on malarzem, pozostawił wiele obrazów
znajdujących się obecnie w Galerii Miejskiej. Namalował też freski do kościoła.

Ojca parafia to cały obwód smoleński. Jest tu też Katyń. To chyba dla Polaka
najważniejsze miejsce w całej Rosji.

– Gdy tu przyjechałem w 1992 roku, parafianie zaraz zabrali mnie do Katynia. Na
pomniku, a tam zawsze był pomnik, widniał jeszcze napis, że "tu leżą polscy
żołnierze zamordowani przez faszystów". Ale tutaj nikt nie miał wątpliwości co
do sprawców. Ten pomnik był symbolem zakłamania. Potem sytuacja zaczęła się
zmieniać. Wybudowano polski cmentarz wojenny. Obejmujemy opieką duszpasterską to
miejsce i przybywających pielgrzymów. Po pierwsze, aby oddać hołd tym, którzy
polegli, a po drugie, aby pomóc ludziom, którzy przyjeżdżają do Katynia. Wielu z
nich to ludzie poranieni, szczególnie rodziny katyńskie, dla których strata
najbliższych, ojców to wielki ból. Staramy się głosić to, co głosi Chrystus i
Kościół – nadzieję, miłosierdzie i przebaczenie. To jest w tym miejscu
najważniejsze. Oprócz pamięci!

Witał Ojciec w Katyniu niejedną ważną delegację przybywającą z Ojczyzny. W
tym roku nie doleciała…

– To była chyba najdramatyczniejsza chwila w moim życiu po śmierci rodziców.
Zostanie mi na zawsze w pamięci. Byłem jednym z oczekujących na polską
delegację. Gdy dowiedzieliśmy się, co się stało… Nie mogłem uwierzyć, to nie
docierało do mnie. Ale niestety, to się rzeczywiście wydarzyło. Każdy, kto był
wtedy w Katyniu, chyba też tak to przeżywał. Mam nadzieję, że prędzej czy
później stanie tu jakiś pomnik. To sprawa bez precedensu i nie może przejść bez
echa w historii Polski i Rosji. A jeszcze ważniejsze są wnioski, jakie z tego
wyciągniemy.

A jakiej lekcji udziela nam ta tragedia?
– Ważne jest, żeby przyszła wewnętrzna przemiana. Żeby uświadomić sobie, że
życie przemija, a śmierć może przyjść zawsze. Nie lubię określenia "pojednanie
polsko-rosyjskie", bo tu, w Smoleńsku, nie odczuwamy jakiejś nienawiści Rosjan
do nas ani na odwrót. Ale trzeba, żeby ta śmierć wydała owoce także na tym polu.
Pomnik ma sprawić, by katastrofa nie była traktowana tylko jako wielkie
wydarzenie w historii, ale które nic nie znaczy w sferze duchowej. Może nasz
jedyny w obwodzie kościół katolicki mógłby być takim pomnikiem…

Dziękuję za rozmowę.

drukuj